KOMENTARZE
  • jak odzyskac pieniadze z staropolskigo Więcej ...

  • Cegielski urodził się w Ławkach koło Trzemeszna a nie w Gnieźnie Więcej ...

  • Przeczytałam Wasze -Kochane Druhny i Druhowie -wspomnienia. Przy wielu wzru... Więcej ...

  • fajna ta remiza Więcej ...

  • Jestem bylą mieszkanką Wiśliny ,i bardzo się cieszę ,że mogłam poznać histo... Więcej ...

  • Bardzo ciekawy pomysł na opisanie życia brygidek. I myślę, że potrzebny. Sa... Więcej ...

  • W Poznaniu znajduje się StuG IV ,Panzer IV został wykopany w tym roku w kwi... Więcej ...

Zwariowane wakacje
PDF Drukuj
Wpisany przez obrazki   
niedziela, 27 lutego 2011 20:56

 

       Dawno, dawno  temu…chodziłam do liceum, okropnego miejsca, gdzie ciężko się było z kimkolwiek dogadać. Wakacje zawsze były wyczekiwane, mimo, że głównie pracowałam wtedy na działce moich rodziców. Pracowała tam też oczywiście moja siostra. Właściwie miałyśmy mało ciekawe życie, chociaż siostra radziła sobie dużo lepiej.

       Zabrałam się pewnego dnia z nią i jej znajomymi na Kaszuby. Zapakowałyśmy rzeczy do wiekowego, brezentowego plecaka naszego ojca i pojechałyśmy . Było nas kilkoro.  W rozklekotanym autobusie śpiewaliśmy głośno piosenki, m.in. o pożartych kluskach. Po drodze zgubił nam się jeden namiot (zniknął na jakimś przystanku).

        To chyba była moja pierwsza taka wyprawa, a nie przypominam sobie by była jakaś następna. Obeszliśmy jezioro i zadomowiliśmy się na kilka dni w zacisznym miejscu. Opalaliśmy się tam, przeprawialiśmy na dmuchanym materacu przez jezioro wzbudzając przerażenie wśród żeglarzy i kajakarzy, gotowaliśmy w ognisku i zmywali naczynia piachem w jeziorze. Nocą było ciężko z powodu zgubionego namiotu. Zwłaszcza, że czasem ktoś się wpraszał.

          Pewnego dnia wybrałam się z koleżanką do sklepiku. W drodze powrotnej przyszedł jej do głowy straszny pomysł, żeby wykopać sobie trochę ziemniaczków z pola (czytaj ukraść). Nie umiałam wtedy odmawiać, co mi zresztą jeszcze dziś doskwiera, więc zaczęłam dziabać palcami ziemię. Udało nam się wydrapać kilka młodych kartofelków i wsadzić je do siatki. Koleżanka mnie nawet instruowała, bo nie miałam wprawy. Ktoś chyba czuwał nad naszą głupotą, bo zaprzestałyśmy szkodliwej społecznie działalności i przysiadłyśmy przy szosie. Przejeżdżał właśnie tamtędy motocykl. Coś mnie tknęło i przykryłam woreczek kurtką. Po kilku minutach motocykl znowu się pojawił, siedział na nim właściciel poletka.  Zapytał nas oczywiście co wyprawiamy. Jakoś gładko mi się skłamało, że odpoczywamy i zapytałam o drogę  (sic!). Nie wiem jaki mechanizm tu zadziałał. Było mi niedobrze ze strachu i sądziłam, że zginiemy tam marnie. Nigdy już później nie próbowałam niczego ukraść. Wyrzuty sumienia miałam jeszcze przez kilka lat.

           W ogóle cały ten wyjazd wiele mnie nauczył. Po paru dniach miałam jednak dość i chciałam już wracać do domu. Okazało się, że dziewczyny mają inne plany. Znowu zostałam namówiona, tym razem na wyjazd za Warszawę na wesele u mojej koleżanki (tej od ziemniaków) w rodzinie . Moi rodzice sądzili, że jeszcze parę dni będziemy nad jeziorem, więc nie było problemu z pytaniem o zgodę. Wróciłyśmy do miasta, wykąpałyśmy się u jednej z nas w domu i wieczorem wsiadłyśmy do pociągu. Działy się tam straszne rzeczy . Otóż na jednej ze stacji chciałyśmy się dostać nielegalnie do zamkniętego wagonu (pociąg był zapchany). Zaczęłyśmy więc przechodzić od strony torów. Ja byłam ostatnia, pociąg zaczął odjeżdżać i dziewczyny wciągały mnie do środka za ręce (o, właśnie czuję jak mi się jeżą włosy na głowie). Wtedy nawet nie zdążyłam się przestraszyć.

          Rano wysiadłyśmy na wcześniejszej stacji, tylko po to, żeby kupić sławne w okolicy lody jagodowe. Potem udałyśmy się PKSem na wieś, do koleżanki babci. Choć było nas trochę za dużo, to przywitano nas mile. Spaliśmy w stodole (no tak, był z nami jeden chłopak), myliśmy się pod studnią itd.  Ponieważ nie byłam przygotowana na ten zwariowany wypad, musiałam pożyczyć spódniczkę i bluzkę, by pójść na wesele. A wesele było zupełnie odjechane (zresztą pierwsze, na którym się bawiłam). Kazali nam jeść (wiadomo) i tańczyć  :)), orkiestra grała , łaziłam gdzieś nocą po polu, jacyś ludzie kotłowali się za stogiem siana. Tam też się dowiedziałam od jednego chłopaka, że można nie tolerować kogoś, bo jest ze wschodu (zachodu, Księżyca, wsi, itd.*…niepotrzebne skreślić). Sam miał takie właśnie kompleksy, a ja nawet nie zauważyłam, że ma inny akcent niż mój. Nad ranem położyłyśmy się we cztery w starym drewnianym łóżku pod pierzyną ;) Zupełnie nie pamiętam jak stamtąd wróciłam.

           Moi rodzice nigdy się nie dowiedzieli o naszej szalonej eskapadzie.

DOŁĄCZ DO NAS
 

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież


Zgłoś nadużycie