KOMENTARZE
  • Cegielski urodził się w Ławkach koło Trzemeszna a nie w Gnieźnie Więcej ...

  • Przeczytałam Wasze -Kochane Druhny i Druhowie -wspomnienia. Przy wielu wzru... Więcej ...

  • fajna ta remiza Więcej ...

  • Jestem bylą mieszkanką Wiśliny ,i bardzo się cieszę ,że mogłam poznać histo... Więcej ...

  • Bardzo ciekawy pomysł na opisanie życia brygidek. I myślę, że potrzebny. Sa... Więcej ...

  • W Poznaniu znajduje się StuG IV ,Panzer IV został wykopany w tym roku w kwi... Więcej ...

  • super Więcej ...

studenckie wakacje lat 90
PDF Drukuj
Wpisany przez darek.p   
sobota, 03 kwietnia 2010 12:09

 

Za czasów studenckich, tuż po „końcu komuny”, modne było jeżdżenie na „Zachów” i zarabianie w wakacje. Coraz trudniej było znaleźć pracę, służby emigracyjne były wyczulone po otwarciu granic, więc bardzo często takie wyjazdy kończyły się autostopową podróżą po niedawnym eldorado. Dobrze było, jak udało się zarobić na wyżywienie i pobyt. Zresztą koszty takiego życia nie były wysokie. Jadło się głównie konserwy zabrane z sobą z kraju. Nieśmiertelna mielonka była  nie do przebicia jeszcze wiele lat po upadku muru berlińskiego. Spało się gdzie popadło: w krzakach przy autostradzie na wysokości Getyngi, na polu za łazienkami przy przejściu granicznym między Francją i Niemcami, albo w ogrodzie u polskiego emigranta z czasów wojny, który osiedlił się w Szampanii i przyglądał nam się jak zjawom z innej planety. Ludzie byli życzliwi, chętnie zabierali autostopem, czasem nawet dali 10 marek i nadrobili drogi żeby nas gdzieś podrzucić.

Zjeździliśmy tak pół Francji i Niemiec, bez większych sukcesów finansowych, ale za to zbierając sporo doświadczeń i przeżyć. Jednym z ciekawszych był przelotny pobyt w małej miejscowości pod Saarbrucken, niedaleko francuskiej granicy. Nie pamiętam jak się nazywała, bo kierowca zostawił nas przy jakimś starym dworcu kolejowym. Wokół było pusta, ani żywej duszy. Na peron i drugą stronę torów, gdzie było centrum miasteczka, prowadziły stalowe schody i kładka dla pieszych.  Ruszyliśmy na górę, żeby w centrum miasta poszukać jeszcze jakiegoś autostopu do Francji, albo rozejrzeć się za bezpiecznym miejscem do spania. Humor skończył nam się już w połowie drogi po schodach na kładkę - na stalowej platformie namalowana była wielka swastyka. Na plecach mieliśmy nasze polskie plecaki ze stelażem, znak polaka za granicą – to było bardziej charakterystyczne niż koszulka z napisem „I bin Pole”. Nie było wyjścia, trzeba było iść dalej.

W ponurym, trochę przygnębiającym centrum znaleźliśmy jakąś spelunę dla kierowców. Tam można załapać się na transport więc weszliśmy do środka. Duszno, zadymione i po niemiecku gwarno. Przy barze i stolikach wszystkie miejsca zajęta. Sytuacja beznadziejna. Chcieliśmy już wyjść, kiedy zaczepiła nas kelnerka. Od razu zaczęła po polsku: skąd jesteśmy, gdzie jedziemy, co nam potrzeba. Pełen szok. Dała nam jeść, wykombinowała skądś kartonik i napisała na nim Paris, a na koniec zagadała z jakimś Niemcem i powiedziała, że zabierze nas ze sobą do autostrady. To był jej znajomy. Prowadził nadzory budowlane i najpierw musiał objechać kilka miejsc nad granicą, wrócić do biura, a potem jego kierowca zawiezie nas gdzie będziemy chcieli. Byliśmy szczęśliwi jak nigdy. Staliśmy przy barze i czekaliśmy aż niemiecki inżynier skończy obiad i zabierze nas do samochodu. W pewnej chwili, jakiś miejscowy, który zagadnął kelnerkę na nasz temat, odwrócił się do mnie i sam z siebie powiedział po angielsku: uważajcie na tego kierowcę, to jest volksdeutsch z Breslau (Wrocławia). Uciekł tu z wojskiem w czasie wojny.

Od razu nas to zaintrygowało. Jego zachowanie było wyraźnie aroganckie i niechętne. Inżynier był grzecznie obojętny. Kazał nam usiąść z tyłu, objechaliśmy kilka miejsc na pograniczu, gdzie rozmawiał z ludźmi jakimś dziwnym językiem niemiecko-francuskim, a na koniec kazał kierowcy zwieść nas do początku autostrady. Volksedutsch nie odzywał się do nas, tylko patrzył z pogardą w lusterku. Zaczęliśmy głośno, po polsku o nim rozmawiać unikając słów, które mogły być zrozumiałe w niemieckim. Cały czas na nas łypał i widać było jak się wzdrygał. Świetnie rozumiał o czym mówimy, ale się nie przyznawał. Kiedy dojechaliśmy do początku autostrady, wysiadł, otworzył bagażnik i cały czas pogardliwie wskazał żebyśmy zabrali swoje rzeczy. Wtedy popatrzyłem mu prosto w oczy i grzecznie podzelowałem po polsku. Odburknął bez akcentu: proszę bardzo.

Naszły mnie wtedy dwie refleksje. Jedna, że czystki etniczne po 45 roku dały nam co prawda państwo narodowe i uchroniły przed losem Jugosławii ale odebrały ten posmak pogranicza. Nad odrą po jednej stronie mówią po polsku, a po drugiej po niemiecku. Nie ma tego języka pogranicza, stopniowego przechodzenia z jednego w drugi. Nie ma slangu polsko-m niemieckiego tak jak jest francusko-niemiecki. Druga, to satysfakcja, że zdrajców nikt nie szanuje. Jak ktoś raz zdradził to zdradzi i drugi, więc nawet Niemcy nie szanują volksdeutschów i pamiętają im to do końca życia – a na pewno jeszcze czterdzieści pięć lat po wojnie.     


Google Map
ContentMap by Turismo.eu

DOŁĄCZ DO NAS
 

Inne historię Autora:

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież


Zgłoś nadużycie