JoomlaStats Activation
- Ąśram - wakacje z medytacją.
- Jesienna Poezja - sardyński likier z jagód
- Parowozy dymiące historią.
- Exploseum. Wybuchowa historia Bydgoszczy.
- Będomin Batalia Napoleońska 2011
- Jeep safari
- Mój pierwszy raz w Turcji
- Jachcice. Historia pewnej dzielnicy.
- O człowieku, który umiał obserwować.Tiziano Terzani.
- Osama bin Laden prywatnie. (cz.2)
- Osama Bin Laden prywatnie. (cz.1)
- Kanaryjskie szaleństwo
- Ściąga. Hiszpania ? Portugalia w 12 dni (cz.2)
- Ściąga. Hiszpania - Portugalia w 12 dni (cz.1)
- Święta głowa i nieczysta stopa. Niezwyczajne zwyczaje.
- jak odzyskac pieniadze z staropolskigo Więcej ...
- Cegielski urodził się w Ławkach koło Trzemeszna a nie w Gnieźnie Więcej ...
- Przeczytałam Wasze -Kochane Druhny i Druhowie -wspomnienia. Przy wielu wzru... Więcej ...
- fajna ta remiza Więcej ...
- Jestem bylą mieszkanką Wiśliny ,i bardzo się cieszę ,że mogłam poznać histo... Więcej ...
- Bardzo ciekawy pomysł na opisanie życia brygidek. I myślę, że potrzebny. Sa... Więcej ...
- W Poznaniu znajduje się StuG IV ,Panzer IV został wykopany w tym roku w kwi... Więcej ...
| Wpisany przez obrazki |
| niedziela, 27 lutego 2011 16:07 |
|
W dzieciństwie prawie co roku jeździłam na zakładowe kolonie. Pewnego lata wywieziono nas autokarem do Szczawnicy. Zapamiętałam potok Grajcarek z pijawkami, który w czasie deszczu przybierał wygląd czekoladowego budyniu, „kąpiele” pod rynną w czasie ulewy, ogniska na łące pod gwiazdami, domy w miasteczku, które miały swoje nazwy, szorstką wełnę owiec, noc świętojańską i wianki na rzece, mineralne źródła. Największe wrażenie zrobił na mnie wtedy tajemniczy wąwóz Homole, górale wędzący sery na hali i bardzo stary drewniany kościółek w Dębnie. Na Trzy Korony nie mogłam pójść, ponieważ wlazłam na pszczołę i miałam opuchniętą stopę. Kolonie były zwariowane. Mieszkaliśmy w szkole podstawowej. Rano były apele i gimnastyka :/ Większość czasu spędzaliśmy nad rzeką, na boisku albo w szkole. Koleżanki się mnie bały i nie chciały spać w łóżku obok, bo lunatykowałam (okna nie miały zasłon, a księżyc świecił straszliwie). Pieniędzy miałam niewiele, więc najfajniej było, gdy dostałam z domu paczkę ze słodyczami, w której były m.in. cukierki zrobione przez moją mamę. Paczki strzegłam zazdrośnie przed innymi dziećmi. Z kolonii rzadko chciałam wracać do domu w rozpalonym, dusznym mieście.
W Pieniny poniosło mnie znowu kilka lat temu i zobaczyłam je zupełnie inaczej niż w dzieciństwie, nikt mnie już zresztą nie poganiał i mogłam pójść, gdzie zechcę. Namówiłam też na nie Samotnika.
Miasto nas nie pociągało. Pierwszego dnia wleźliśmy więc jak inni na zatłoczone Trzy Korony. Oczekiwanie w długaśnej kolejce zostało nagrodzone wspaniałym widokiem na Tatry, Dunajec, pola, łąki, górki, zalew czorsztyński i kolorowe wioski.
Na szlaku spotkaliśmy staruszkę sprzedającą kwaśne mleko (genialny napój na upalne letnie dni). Wybraliśmy się też do Dębna. Trochę się tam powściekaliśmy, bo kościółek jest zamknięty, zamknięta też zakrystia i trzeba czekać nieznośnie długie godziny - mimo informacji, że wystarczy zadzwonić - by ktoś zechciał stamtąd wyjść i otworzyć. Bardzo to żałosne. Dzień uratował nam pomysł wybrania się nad Białkę, uroczą rzeczkę w korycie pełnym okrągłych, białych kamieni.
Musiałam znowu zobaczyć Homole, więc zaciągnęłam tam Samotnika. Było upalnie, ale wąwóz zapewniał chłód. Fajnie było iść w górę wzdłuż strumyka, między wysokimi, stromymi ścianami, obserwować motyle, świetliste pajęczyny i dzikie ptaki, które mają gniazda na szczycie.
Nie przepuściliśmy okazji, by zamoczyć zmęczone stopy w zimnej wodzie Kamionki. Na końcu wąwozu odpoczęliśmy pod jabłonią. Udało nam się tam dostrzec wielkiego Niepylaka Apollo. Wróciliśmy przez wąwóz, a gdy go opuściliśmy był już wieczór i żadnego autobusu powrotnego. Poszliśmy więc szosą . Zeszliśmy z niej by ukryć się na chwilę na koronkowej pienińskiej łące. Tego lata w Pieninach łąki były nieskoszone, bardzo kolorowe i bujne. Połaziliśmy jeszcze trochę po krzakach. Zjedliśmy kolację w jakiejś karczmie i pomaszerowaliśmy 14 kilometrów do naszego tymczasowego domu. Chwilę siedzieliśmy jeszcze na schodach nad Dunajcem. Było już ciemno.
Pewnego dnia przeszliśmy cały przełom Dunajca ( najlepiej tam jednak pojechać rowerem). Wstaliśmy trochę za późno i nie spodziewaliśmy się, że to tak długa wycieczka. Wzięliśmy niewiele jedzenia, dlatego potem burczało nam w brzuchach. Szlak jest zachwycający, pełen niespodzianek ukrywających się za każdym zakrętem.
Granicę jednak zamykali o 19.00.
Nie zdążylibyśmy wrócić o czasie spod Czerwonego Klasztoru (bardzo ciekawe miejsce, lecz z powodu późnej pory obejrzeliśmy je tylko z zewnątrz), więc mieliśmy do wyboru nocowanie na ławce nad rzeką (życie po słowackiej stronie wieczorem zamiera) albo przejście Dunajca w bród ( o tej możliwości dowiedzieliśmy się z przewodnika) w miejscu, gdzie zaczynają się spływy. W książce ta przeprawa wyglądała niewinnie, a ponieważ do mostu było kilka kilometrów, weszliśmy do wody. Cudem udało nam się nie zamoczyć plecaka z aparatem, woda sięgała pasa, nurt silny, a na dnie śliskie kamienie. Udało się jednak i mogliśmy zjeść w Polsce zapiekankę z budki. Późnym wieczorem nie jeżdżą już autobusy. Wracaliśmy w mokrych butach i majtkach przez niesamowicie piękny wieczorem Wąwóz Szopczański.
O tej porze (po 21) był bezludny, słychać było tylko pojedyncze ptasie krzyki. Wydawało mi się wtedy, że czas cofnął się o kilka wieków. Wąwóz jest inny niż Homole, wąski, surowy, suchy, stromy i kamienisty. Miałam straszliwą ochotę zostać tam na noc, ale nie byliśmy na to przygotowani. Gdy dotarliśmy na przełęcz, słońce już zaszło. Schodziliśmy do Krościenka w ciemnościach, bez latarki, co było fantastyczne. Towarzyszyły nam świetliki. Wzrok się przyzwyczaił i czułam się w tym mroku bezpiecznie, nawet można było dostrzec nieco jaśniejszą niż las, drogę i iść swobodnie. Innego dnia wybraliśmy się na niebieski szlak, który biegnie przez hale. Wjechaliśmy na szczyt Palenicy wyciągiem, co nieco skróciło drogę. Potem podreptaliśmy wzdłuż grzbietu górskiego, łagodną ścieżką wśród pastwisk, łąk i lasu.
Rozciągały się stamtąd rozległe widoki na góry i hale. Spotkaliśmy niewielu ludzi, szumiącą sosnę, stado owiec i poziomki. W pewnym momencie zapragnęłam zostać owcą i paść się na hali ;)
Znaleźliśmy opuszczony szałas. Mogliśmy się pogapić na obrośnięte porostami stare drzewa, galasy, górskie roślinki. Na Durbaszce zaczęliśmy schodzić, najpierw łąką aż do schroniska, gdzie wypiliśmy herbatę z cytryną i zjedliśmy rybki z puszki, potem długą, krętą kamienistą drogą aż do zmierzchu w dolinie.
Stamtąd już tradycyjnie wracaliśmy piechotą po ciemku (ostatni autobus dawno odjechał). Dopiero w Szczawnicy trafił nam się przypadkiem PKS do Krościenka. Chociaż nie przepadamy za miastem, to jednak jednego dnia zachciało nam się wleźć do prawie suchego kanału rzeki Krośnicy w Krościenku i powędrowaliśmy z jej biegiem aż do miejsca, gdzie wpada do Dunajca. Fajnie było brodzić sobie w płytkiej wodzie i zaglądać w ukryte zazwyczaj zakątki, podwórka, usiąść na schodkach prowadzących nad rzekę. Hmm, chyba nigdy nie dorosnę… :/ Najlepszą porą, by wyjść w góry jest bardzo wczesny poranek, nawet godzina piąta czy czwarta nie jest przesadą. W upalne dni jest wtedy najprzyjemniej. Tylko raz nam się udało wstać tak wcześnie. Ruszyliśmy na Czerteż, Czertezik i Sokolicę pięknym szlakiem nad zamglonym Dunajcem, potem stromą skalistą ścieżką w lesie.
Rankiem, gdy ludzie śpią, dzieją się tajemnicze rzeczy. My mieliśmy szczęście spotkać na ścieżce niebieskiego ślimaka, który zwiał z jakiejś bajki. I nie ma przy tym żadnego znaczenia, że ma zwyczajne imię: pomrów błękitny.
Nie wiem dlaczego, ale zapomniałam w tym lesie, gdzie jestem i zaczęłam zbierać pojedyncze kwiaty, by je zasuszyć. Dopiero strażnik sprzedający bilety na szczyt przypomniał mi, że to Park Narodowy :/. Na Sokolicy uśmialiśmy się do łez widokiem rachitycznej, bardzo znanej ze zdjęć sosenki. Z tego szczytu mogliśmy zerknąć na, poznany wcześniej przez nas z innej perspektywy, przełom Dunajca i rozpoznać z góry znajome miejsca. Nie było jeszcze tłoku na ścieżce, więc szło się bardzo przyjemnie. Najprzyjemniejszy jednak i najbardziej zaskakujący był zielony szlak, który sprowadził nas z powrotem do Krościenka. Wędrowaliśmy niesamowitą, starodawną, kamienistą dróżką przez wspaniałe łąki, wśród drzew i krzewów nie spotykając prawie nikogo.
Było zielono, wilgotno i kwieciście, słońce już prażyło…można się było zupełnie tam zagubić. Nie spieszyliśmy się przecież nigdzie. Niezwykłość tamtych chwil w pewnym momencie pogłębił, dobiegający z miasteczka, głos chóru śpiewającego jakąś starą, przejmującą pieśń… Na nieśpiesznym wędrowaniu minęły nam prawie dwa tygodnie. Dopiero ostatniego dnia naszych wakacji padał deszcz. Wieczorem mieliśmy okazję postać przy ognisku nad rzeką i posłuchać góralskich piosenek. Pieniny to jedno z takich miejsc, w które warto wracać. DOŁĄCZ DO NAS |
Zgłoś nadużycie















