KOMENTARZE
  • jak odzyskac pieniadze z staropolskigo Więcej ...

  • Cegielski urodził się w Ławkach koło Trzemeszna a nie w Gnieźnie Więcej ...

  • Przeczytałam Wasze -Kochane Druhny i Druhowie -wspomnienia. Przy wielu wzru... Więcej ...

  • fajna ta remiza Więcej ...

  • Jestem bylą mieszkanką Wiśliny ,i bardzo się cieszę ,że mogłam poznać histo... Więcej ...

  • Bardzo ciekawy pomysł na opisanie życia brygidek. I myślę, że potrzebny. Sa... Więcej ...

  • W Poznaniu znajduje się StuG IV ,Panzer IV został wykopany w tym roku w kwi... Więcej ...

Była sobie rzeka, część 2
PDF Drukuj
Wpisany przez obrazki   
środa, 23 lutego 2011 00:46

 

                Drugi dzień spływu Sapiną spędziliśmy nad jeziorem w Kruklankach na leniuchowaniu, a Samotnik złowił dmuchany materac - na którym potem spałam jak księżniczka - i naprawił nadwyrężone plastikowe wiosła. Odbyliśmy też spacer do apteki po środki ratunkowe dla poparzonej skóry (filtr 12 to stanowczo za mało).

 

 

                Wszystko skwierczało od żaru. Na polu prażyło się zboże, w polnym strumyczku buszowały żaby, kwitły kwiaty…pozornie zwyczajne, wiejskie lato...a jednak niezwyczajne… nawet zapomniane, sprane przez wiatr i słońce wychodki, odnalezione na jakimś nieużywanym polu namiotowym, miały swój urok :). Ponieważ jezioro Gołdopiwo leży w strefie ciszy,  żyją tam sobie w spokoju stada ptaków. Można sobie było siedzieć na brzegu długie godziny i obserwować przyrodę. Okolice są wymarzone na rowerowe wycieczki.

Trzeciego dnia czekaliśmy, aż burza się zdecyduje…być albo nie być. Około południa wyruszyliśmy w stronę śluzy Przerwanki. Wiatr przeganiał ciemne chmury…Zajrzeliśmy po drodze na leśne pole namiotowe pełne ludzi. Na jeziorze spotkaliśmy rybaków na połowach, więc mogliśmy zapytać, gdzie skręcić na skrzyżowaniach w gęstym sitowiu i trzcinach. Udało się. Przenieśliśmy  kajak na drugą stronę śluzy, która, zgodnie z przewidywaniami, była nieczynna i żywego ducha w pobliżu.  

Zdążyliśmy wypić herbatę, gdy w końcu zwaliła się na nas gęsta ulewa i burza. Nie mieliśmy żadnego schronienia, więc zwinęłam się w kłębek, żeby nie zmarznąć (nie wiem czemu, ale płaszcze przeciwdeszczowe najczęściej przemakają:/) Lało i lało…a gdy się skończyło, byliśmy tak mokrzy, że postanowiliśmy rozbić namiot na leśnym boisku przy śluzie i zaczekać do rana.

Nadal byliśmy sami. Zajęłam się rozwieszaniem mokrych ubrań na rozwalającej się bramce, a Samotnik wyruszył po wodę pitną na drugą stronę kanału i znalazł podupadający sklepik z załamaną sprzedawczynią, która poratowała nas wodą z kranu :) Wyszło slońce, ale nocą znowu lało i namiot przeciekał.

Rano znaleźliśmy przeróżne żaby, były wszędzie, nawet w kubku.

Mimo, że deszcz nie chciał się do końca wypadać, zwodowaliśmy kajak i ruszyliśmy w dalszą podróż. Mżyło, ale znowu daliśmy się zaczarować rzece i jej brzegom. Sapina, choć raczej spokojna, nieustannie się zmieniała, zarówno ona sama - jej dno, roślinność - jak brzegi, najczęściej zarośnięte i podmokłe. I ta namacalna cisza…pulsująca jednak odgłosami zwierząt, wiatru, pluskiem wody.

Następnym jeziornym koralikiem na nitce rzeczki był Wilkus z ukrytymi w krzakach kempingami. Przepłynęliśmy go dość szybko i odszukaliśmy prawie zupełnie zarośnięte przejście - zdążyłam zwątpić, że jest jakaś dalsza droga - na maleńkie, urokliwe jeziorko Brząs. Na jego brzegu straszyła opuszczona osada Wizental (tu aparat odmówił posłuszeństwa, więc nie ma zdjęć).

Po sforsowaniu kolejnej roślinnej ściany znaleźliśmy się w dość szerokim, krętym kanale rzeki z brzegami zarośniętymi wysoką trzciną. Czułam się jak w dżungli, tym bardziej, że wyszło słońce i zdążyło nas podgrzać. Zrobiliśmy sobie krótki postój na jakimś prywatnym pomoście. Na szczęście nikt nas nie przegonił.

Przed nami było jezioro Pozezdrze. Wiatr rozbujał fale i zbliżała się burza, więc przyłożyliśmy się do wiosłowania pod wiatr (ja oczywiście w strachu, ale Samotnik był ostoją spokoju) , by dotrzeć do bezpiecznego brzegu. Udało się trafić na prywatne pole namiotowe z wiatą (co się stało z ludźmi?!). Ponieważ nie zamierzaliśmy tam zostać, nie pofatygowaliśmy się by znaleźć właściciela. Burza rozszalała się dość solidna, ale wiata nas uratowała przed zamoknięciem. Mieliśmy czas, by wlać w siebie gorącą zupę i herbatę. Po burzy jezioro wyglądało niezwykle spokojnie, zapakowaliśmy rzeczy i odszukaliśmy znowu naszą rzekę.

Mieliśmy zamiar przenocować na leśnej polanie oznaczonej na mapie jako pole namiotowe. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy jak zakończy się ten bardzo długi dzień.

A Sapina była przecudna, barwna, porośnięta miejscami przez grążele i grzybienie, z pochylającym się nad nią bajkowym, tajemniczym lasem. Przez długi czas towarzyszyła nam czapla.

Minęliśmy domostwo położone na wysokim brzegu, na ostrym zakręcie rzeki i dotarliśmy do mostku, za którym chcieliśmy rozbić namiot.

Nie pamiętam już co nas zniechęciło, chyba  obawa, że naruszymy czyjąś prywatność. Ruszyliśmy w dalszą drogę, ale żałowaliśmy potem tej decyzji. Pożegnaliśmy się z Sapiną na jeziorze Stręgiel.

Nadchodził wieczór. Wcześniej rozważaliśmy nocleg nad Stręgielkiem, gdzie miało być jakieś prywatne pole namiotowe , ale baliśmy się że niczego tam nie znajdziemy (czasem rzeczywistość nijak się ma do mapy). Z jeziora Stręgiel właściwie nie było widać brzegów, tylko trzcina i sitowie, sitowie i trzcina…nie udało nam się więc wypatrzyć innego miejsca na noc, a na drobiazgowe poszukiwania nie mieliśmy sił. Byliśmy już bardzo zmęczeni, pozostały nam Ogonki jako ratunek. Zaczęłam śpiewać żeglarskie piosenki, by nie podupaść na duchu. Przegarnialiśmy wiosłami fale, zrobiło się chłodno. W Ogonkach wypełzliśmy na rozpadający się pomostek i Samotnik udał się na poszukiwanie miejsca na nocleg. Wrócił z niczym, nikt nic nie wiedział :/, więc wpłynęliśmy na Święcajty. Gdzieś na brzegu zasięgaliśmy informacji i wskazano nam kierunek, gdzie miał być ośrodek wypoczynkowy. Wydawało się niedaleko, ale przepłynęliśmy jeszcze połowę Święcajt, całe dwie godziny po ciemku. Byłam  zupełnie zmarznięta i przemoczona, zachlapana wodą z intensywnie obracanych wioseł, u kresu wytrzymałości psychicznej ( a wystarczyłyby piankowe spodenki ).

W końcu w ciemnościach zamajaczyły mdławe lampy. Wyciągnęliśmy naszą łódeczkę na brzeg i rozbiliśmy namiot na dziko (poszukiwanie o północy obsługi ośrodka zakończyło się  fiaskiem). Zdołałam jeszcze podreptać do łazienki gdzieś w lesie, ale nie miałam już siły, by otworzyć usta i powiedzieć mężczyźnie, że wszystko w porządku.  Chyba się martwił :/W namiocie było sucho i można się było w końcu ogrzać i zasnąć. Tego dnia przepłynęliśmy 21 km.

Poranek wyglądał właśnie tak:

Nad Święcajtami zostaliśmy jeszcze dwa dni, lecz to już nie było TO. Jednak wyspaliśmy się ;), a w Węgorzewie kupiliśmy przepyszną wędzoną sieję.

Żałowaliśmy pośpiechu na rzece, ale goniła nas niepomyślna prognoza pogody, która niezupełnie się nie sprawdziła.

Sapina jest moją pierwszą rzeczną miłością i boję się, że inne rzeki mnie zawiodą. Był to też mój pierwszy spływ i przeżyłam, a Samotnik znosił dzielnie mój brak doświadczenia, za co jestem mu wdzięczna. Właściwie nie sposób ująć słowami, tego co tam czułam. Pamiętam tylko, że byłam szczęśliwa ...

Uważam, że na Sapinę tydzień to minimum, a jeśli chce się zajrzeć do wszystkich zakątków, nawet i dwa tygodnie, chociaż można by zostać na  całe życie. Bywają co prawda jednodniowe spływy, ale nie umiałabym znaleźć w tym przyjemności prócz tej wynikającej z czysto fizycznego wysiłku. Rzeki nie można poznać z brzegu, gdyż jest trudno dostępna. Trzeba się w niej zanurzyć. Nadal czeka …

   Jeśli chcecie zobaczyć Sapinę taką jak ją widziałam, powinniście się pospieszyć. Kilka dni temu znalazłam w internecie informację, że nad rzeką, niedaleko Pozezdrza powstanie osiedle mieszkaniowe. Obawiam się, że na tym się nie skończy.

 

 


DOŁĄCZ DO NAS
 

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież


Zgłoś nadużycie