JoomlaStats Activation
- Ąśram - wakacje z medytacją.
- Jesienna Poezja - sardyński likier z jagód
- Parowozy dymiące historią.
- Exploseum. Wybuchowa historia Bydgoszczy.
- Będomin Batalia Napoleońska 2011
- Jeep safari
- Mój pierwszy raz w Turcji
- Jachcice. Historia pewnej dzielnicy.
- O człowieku, który umiał obserwować.Tiziano Terzani.
- Osama bin Laden prywatnie. (cz.2)
- Osama Bin Laden prywatnie. (cz.1)
- Kanaryjskie szaleństwo
- Ściąga. Hiszpania ? Portugalia w 12 dni (cz.2)
- Ściąga. Hiszpania - Portugalia w 12 dni (cz.1)
- Święta głowa i nieczysta stopa. Niezwyczajne zwyczaje.
- jak odzyskac pieniadze z staropolskigo Więcej ...
- Cegielski urodził się w Ławkach koło Trzemeszna a nie w Gnieźnie Więcej ...
- Przeczytałam Wasze -Kochane Druhny i Druhowie -wspomnienia. Przy wielu wzru... Więcej ...
- fajna ta remiza Więcej ...
- Jestem bylą mieszkanką Wiśliny ,i bardzo się cieszę ,że mogłam poznać histo... Więcej ...
- Bardzo ciekawy pomysł na opisanie życia brygidek. I myślę, że potrzebny. Sa... Więcej ...
- W Poznaniu znajduje się StuG IV ,Panzer IV został wykopany w tym roku w kwi... Więcej ...
| Wpisany przez obrazki |
| czwartek, 17 lutego 2011 18:43 |
|
Była sobie rzeka, czekała…
Pewnego dnia została odnaleziona na mapie przez spragnionego wolności Samotnika, uwięzionego w mieście. Samotnik namówił mnie, by odnaleźć rzekę w rzeczywistości. Zakupił dmuchany kajak, wiosła i inne bardzo ważne rzeczy potrzebne do poznania rzeki. Zdobywszy w internecie wiedzę na temat spływów, wsiadł w pociąg ,objuczony jak wielbłąd i pojechał do miasta , gdzie byłam uwięziona Ja. Czasem uciekamy wspólnie stąd do tam. Obudziliśmy się więc lipcowym rankiem i zaczęliśmy pakować potrzebne rzeczy do dwóch nieprzemakalnych worków. Szło nam bardzo opornie, nie mogliśmy się zdecydować co jest niezbędne, a co tylko „może się przydać”. Pakowanie nie skończyło się aż do późnej nocy i padliśmy wyczerpani. O czwartej rano zadzwonił budzik. Jednak, zwątpiwszy, że zdążymy zakończyć upychanie rzeczy w workach przed wyjazdem porannego pociągu, zasnęliśmy znowu smacznie. W południe podjęliśmy na nowo wysiłek pakowania i następnego dnia podreptaliśmy jednak na dworzec z workami i kajakiem. Z pociągu był piękny widok na wolność, stare stacje, jeziora i łąki. Po południu wyskoczyliśmy na maleńkiej stacyjce Siedliska, gdzieś na Mazurach.
Wciągnęliśmy na siebie ciężkie bagaże i poszliśmy drogą przez pola do wsi Kruklin. Stamtąd podążyliśmy nad jezioro o tej samej nazwie, gdzie zaczęła się nasza przygoda z rzeką. Nad jeziorem byliśmy zupełnie sami, co wydało nam się cudem – wiadomo: lipiec plus Mazury równa się tłum ludzi. Poszłam po wodę do picia. Nieee , nie z wiadrami. Wróciłam do wsi, gdzie był sklep, w którym, prócz wody można było nabyć również inne rzeczy np. cukierki (cukierki są niezbędne do życia :/) Dzień był powszedni, więc i sklepik otwarty. Po powrocie zastałam mężczyznę…ach! Co teraz będzie?!……w jeziorze ;) Pływał napompowanym już kajakiem.
Ponieważ zbliżał się wieczór rozbiliśmy w trawie namiot (miejsce wyznaczone, rzecz jasna). Samotnik padł wyczerpany dźwiganiem i kilkukilometrowym spacerem. Ja również padłam, lecz na krócej. Kobiety muszą przecież pilnować ogniska i odpoczywających mężczyzn ;) Leżałam sobie szczęśliwa w trawie, pilnowałam skarbów i robiłam zdjęcia.
Dopiero zachodzące słońce uświadomiło mi, że czas obudzić mena i coś zjeść oraz umyć zęby. Pora była najwyższa, bo pojawiły się komary. Na kolację zjedliśmy zupkę chińską z dużą ilością makaronu. Zrobiło się zimno, więc wskoczyliśmy do namiotu i zachrapaliśmy. Jak dobrze, że istnieją letnie poranki …człowiek ma powód, by wyleźć z namiotu. Potem można schować się w zaroślach i wziąć prysznic w wodzie z butelki. Tak też zrobiliśmy. Po śniadaniu spakowaliśmy się, popływaliśmy w jeziorze i wyruszyliśmy kajakiem w poszukiwaniu rzeki. Nie przepuściliśmy okazji, by zajrzeć na jeziorne wysepki. Wiosłowaliśmy niespiesznie, słońce prażyło, kajak z jednej strony zaczął tracić powietrze…trzeba było dobić do brzegu i dopompować. Przy okazji poszłam szukać rzeczki i nic nie znalazłam :/ Jednak uważne przestudiowanie mapy doprowadziło nas do wypatrywanego mostku. Kajak trzeba było przenieść lądem na drugą stronę.
Za mostem przywitała nas rzeka. Miała na imię Sapina… Była spokojna, z brzegami obrośniętymi trzciną i sitowiem, w tym miejscu głęboka.
Pierwszy odcinek prowadził do maleńkiego jeziora Patelnia. Z jego wody widać było stary nasyp kolejowy i ruinę wiaduktu w Grądach Kruklaneckich.
Niedaleko wiaduktu przybiliśmy do pomostu, na którym siedzieli sobie wędkarze. Kajak trzeba było wyciągnąć z wody, konieczna była druga przenoska. Na brzegu panoszyło się lato odludne, pachnące trawą , cykające świerszczami, rozsłonecznione… Wdrapałam się na wiadukt, skąd rozpościerał się zachwycający widok na Patelnię, ślady przedwojennej linii kolejowej, rzekę i zieloność…
Łódka została spławiona za mostem. Płynęliśmy powoli w zielonym, cichym, chłodnym korytarzu…wokół unosiły się błyszczące, granatowe świtezianki. Siedziałam w łódce z wielkim, niewysłowionym ACH! w środku…i tak już pozostało do końca podróży.
Jednak trzeba było wiosłować i uważać na korzenie drzew, rzeka zmieniała głębokość.
Wpłynęliśmy w wąski odcinek z wysokimi, stromymi brzegami i nagle zaskoczył nas pień leżący w poprzek nurtu. Wpadłam w lekkie przerażenie, bo wydawał się nie do obejścia. Z wrażenia zapomniałam zrobić zdjęcia :/ Samotnik pokombinował i znalazł sposób. Dało się znaleźć oparcie dla nóg w wodzie, a kajak przepchnąć pod pniem, potem już tylko wykonać akrobacje, by znaleźć się znowu w łódce…i popłynęliśmy, uff. Zbliżaliśmy się do Kruklanek. Miejscami brodziliśmy w bardzo płytkiej wodzie (niezbędne obuwie). Rzeczka w tej miejscowości była niestety zaśmiecona (druty i inne paskudztwa) przez mieszkańców nadbrzeżnych domostw. Przed zachodem słońca dopłynęliśmy do jeziora Gołdopiwo, które przywitało nas falami. Wynurzyliśmy się z sitowia i szukaliśmy w pośpiechu miejsca na nocleg. Wybraliśmy trawiastą plażę (brak ludzi!). Wyciągnęliśmy kajak na brzeg, odgarnęliśmy szyszki i rozbiliśmy namiot. Nadleciały wygłodniałe, cięte komary, więc Samotnik - zlitowawszy się nade mną - zamknął mnie w namiocie i wziął się za przygotowanie posiłku. Wieczór był spokojny - tylko jedno śpiewające ognisko w pobliżu ;), które potem się zmyło - mogliśmy nareszcie odpocząć. Cdn… DOŁĄCZ DO NAS |
Zgłoś nadużycie











Komentarze