JoomlaStats Activation
- Ąśram - wakacje z medytacją.
- Jesienna Poezja - sardyński likier z jagód
- Parowozy dymiące historią.
- Exploseum. Wybuchowa historia Bydgoszczy.
- Będomin Batalia Napoleońska 2011
- Jeep safari
- Mój pierwszy raz w Turcji
- Jachcice. Historia pewnej dzielnicy.
- O człowieku, który umiał obserwować.Tiziano Terzani.
- Osama bin Laden prywatnie. (cz.2)
- Osama Bin Laden prywatnie. (cz.1)
- Kanaryjskie szaleństwo
- Ściąga. Hiszpania ? Portugalia w 12 dni (cz.2)
- Ściąga. Hiszpania - Portugalia w 12 dni (cz.1)
- Święta głowa i nieczysta stopa. Niezwyczajne zwyczaje.
- jak odzyskac pieniadze z staropolskigo Więcej ...
- Cegielski urodził się w Ławkach koło Trzemeszna a nie w Gnieźnie Więcej ...
- Przeczytałam Wasze -Kochane Druhny i Druhowie -wspomnienia. Przy wielu wzru... Więcej ...
- fajna ta remiza Więcej ...
- Jestem bylą mieszkanką Wiśliny ,i bardzo się cieszę ,że mogłam poznać histo... Więcej ...
- Bardzo ciekawy pomysł na opisanie życia brygidek. I myślę, że potrzebny. Sa... Więcej ...
- W Poznaniu znajduje się StuG IV ,Panzer IV został wykopany w tym roku w kwi... Więcej ...
| Wpisany przez obrazki |
| poniedziałek, 07 lutego 2011 18:18 |
|
Jestem zdecydowaną zwolenniczką podróżowania po Polsce, zwłaszcza tam, gdzie mało kto bywa.
Wielu miejsc jeszcze nie widziałam. Jest też sporo takich, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Jedno z nich do niedawna ukrywało się przede mną gdzieś na Dolnym Śląsku. Poznałam je za sprawą pewnego zatwardziałego samotnika, który jest też niezwykłym gawędziarzem. Jego opowieść o przebudzeniu o świcie w ruinach starego zamku, w towarzystwie salamandry, nie mogła nie zaowocować wyprawą w tamte tajemnicze strony. A mowa o Rudawach Janowickich. Po czasie okazało się, że przejeżdżałam ongiś tamtędy pociągiem. Zapamiętałam podupadający dworzec kolejowy, jakich dziś bez liku w naszym kraju. Na tej właśnie stacji, w Marciszowie, wylądowałam pewnego wrześniowego, mglistego ranka z zatwardziałym samotnikiem, a jakże ;) Mniej więcej dwie godziny zajęło nam dojście do lasu szlakiem wiodącym przez łąki i wioski. Mijaliśmy leniwy Bóbr, przydrożne chałupki z siedzącymi na dachach ptakami… Jesiennym rankiem szło się bardzo przyjemnie, zwłaszcza w porannym słońcu, które rozświetlało mokre pajęczyny. Było chłodno i czysto, nostalgicznie.
Na przystanku PKS, gdzie na chwilę przysiedliśmy (dał nam się we znaki brak kondycji), zagadał nas spragniony towarzystwa staruszek i zapraszał na dożynki w Wieściszowicach. Nie mogliśmy jednak zostać do wieczora, gdyż ograniczał nas kolejowy rozkład jazdy i brak czasu. Przeszliśmy przez wioskę do lasu, gdzie droga była już bardziej stroma, jednak dość szybko dotarliśmy nad kolorowe jeziorka. Powstały one w miejscu wyrobisk dawnej kopalni pirytu, która przestała działać jeszcze przed II wojną. Turystów było jeszcze niewielu. Odpoczęliśmy chwilkę nad złocistym stawem. Tuż obok można podziwiać jezioro o wodzie w kolorze purpury.
Wokół jest mnóstwo ciekawych skalnych form, zakamarków, przejść. Na skałach można znaleźć kryształy pirytu.
Po kopalni, w rejonie jeziorek pozostały też sztolnie. Do kilku z nich można zajrzeć, pokonawszy ciasne wejścia.
Po okrążeniu jeziora podążyliśmy wcale nie szlakiem, zachciało nam się wdrapywać po stoku (zdecydowanie odradzam! - mokre, śliskie liście, bardzo stromo i nie bardzo jest się czego złapać) na wyżej położoną ścieżkę, która doprowadziła nas z powrotem na szlak. Dobrze jednak mieć mapę
Nad szmaragdowym z kolei jeziorem trafiliśmy na dość liczną wycieczkę konną, która uprzyjemniała sobie czas grillowaniem. Wszystko byłoby w porządku, gdyby jedna z kobiet nie wrzeszczała donośnie szukając koleżanki z kiełbasą. A szkoda, bo w takich miejscach warto czasem „po prostu być” zamiast zagłuszać wszystko wokół. Jezioro zachwyca niespotykaną barwą, położeniem, przejrzystością. W głębokiej, czystej, szmaragdowej (a może turkusowej…) wodzie można dostrzec przedziwne, delikatne wodorosty.
Na stromym brzegu jest sporo miejsca na odpoczynek, jednak po zrobieniu zdjęć uciekliśmy stamtąd. Jeszcze na drugim skraju jeziora ścigało nas rozdzierające: „Daaaariaaaaaa!!!!”. Mam nadzieję, że przynajmniej kiełbasa się znalazła. Ponieważ spieszyliśmy się bardzo, musieliśmy zawrócić, ale miałam choć przedsmak tego, co można zobaczyć w Rudawach. Wracaliśmy szlakiem pośród korzeni, miejscami w błocie, w dół. Wleźliśmy jeszcze na skały - w końcu po to istnieją, by na nie wleźć. Podobnie jak wieże z niekończącą się ilością schodów. Po wyjściu z lasu znowu minęliśmy rozpadające się, starodawne chałupki, rudy strumyczek, psa uwiązanego na podwórzu (chciałam go uwiecznić, ale mnie, skubany, obszczekał – jego strata) ziemną piwniczkę, bajorko z gęsiami, jesienne zarośla, rzeczkę, konia, stare lipy, jabłonie, wiekowe domy ze schodami wychodzącymi na szosę... Ogrzewało nas słońce, a ciepłe światło pozwalało nie myśleć o bolących nogach. Nie wspomniałam, że jedno z nas taszczyło w plecaku zdobyczne kamienie. Wracaliśmy resztkami sił na stację kolejową, przy której stoją jeszcze rozpadające się, baśniowe wieże ciśnień.
Na starym, brukowanym peronie, pod drewnianym zadaszeniem zjedliśmy resztki kanapek, dając się pożreć wygłodniałym komarom.
Słońce już zachodziło....
Niestety tym razem nie udało mi się przebudzić w ruinach zamku. Widziałam tylko skrawek tej uroczej krainy, położonej u stóp popularnych Karkonoszy. Chciałabym wrócić w Rudawy Janowickie, by zobaczyć wszystkie jeziorka, zameczki, kamieniołomy, wejść na jakiś szczyt lub przemierzyć szlak rowerem. Może inną jesienią… ;)Tymczasem usiłuję zasłużyć sobie na te cuda, czyli zwyczajnie zapracować ;) DOŁĄCZ DO NAS |
Zgłoś nadużycie






. 



Komentarze