KOMENTARZE
  • jak odzyskac pieniadze z staropolskigo Więcej ...

  • Cegielski urodził się w Ławkach koło Trzemeszna a nie w Gnieźnie Więcej ...

  • Przeczytałam Wasze -Kochane Druhny i Druhowie -wspomnienia. Przy wielu wzru... Więcej ...

  • fajna ta remiza Więcej ...

  • Jestem bylą mieszkanką Wiśliny ,i bardzo się cieszę ,że mogłam poznać histo... Więcej ...

  • Bardzo ciekawy pomysł na opisanie życia brygidek. I myślę, że potrzebny. Sa... Więcej ...

  • W Poznaniu znajduje się StuG IV ,Panzer IV został wykopany w tym roku w kwi... Więcej ...

Snawball - twarzą w twarz z Yetim
PDF Drukuj
Wpisany przez Kristin   
poniedziałek, 27 grudnia 2010 12:53

Snowball

 

Kula śnieżna, Yeti, Sumo, nawet Rambo... Kogo tam nie było! A zjeżdżać lub stoczyć się każdy może, jeden lepiej, drugi nieco gorzej...

 

Snowball to  nazwa wyjazdu narciarsko-snowboardowego. Kto choć raz o tym słyszał lub miał okazję doświadczyć, wie, że snowball jest czymś więcej to cała  kultura wraz ze swoją historią, tradycją oraz zagorzałymi wielbicielami.

 

Impreza na maxa

 

Wyjazdy skierowane do konkretnej grupy odbiorców o określonych preferencjach to stosunkowo nowy trend w turystyce. Nowy, ale rozwijający się z zawrotną prędkością. Tutaj nie chodzi o zorganizowanie „tradycyjnej” wycieczki, w czasie której uczestnicy mają możliwość jazdy na nartach. Ważniejsza, o ile nie najważniejsza, jest atmosfera towarzysząca takiemu wyjazdowi. A to już niebagatelna sztuka! Konkursy na śniegu, przebierańce i łamańce na parkiecie, muzyka z hukiem lawiny otwierająca każdy wieczór, popisy kreatywności w najdziwniejszych kategoriach, perforomanse, fajerwerki i wiele wiele innych atrakcji skumulowanych zaledwie w jednym tygodniu! Mały, ale istotny szczegół, który odróżnia takie wyjazdy od innych – frekwencja. Żelazną regułą stało się, że nie ma grup mniejszych niż kilkaset osób, zazwyczaj liczą one od pięciuset w górę.

 

La Plagne 10-19.12.2010 – wyjazd  pt. Born in the 80's

 

W tym roku ogromna kula śnieżna stoczyła się z samego szczytu lodowce Bellecôte! W ten sposób został zainicjowany nowy sezon zimowy w La Plagne Francji. Uroczyście i z hukiem!

Mała górska miejscowość zasypała lawina osób... rodem z lat osiemdziesiątych.  To właśnie lata osiemdziesiąte były tematem przewodnim wypadu. Dlatego w podręcznym bagażu, obok polaru i barchanowych spodni, obowiązkowo muszą znaleźć się relikty z szafy rodziców i dziadków oraz zdobycze z second handu: „obciślaki”, getry, papiloty, frotki, podkoszulki a’ la Rambo oraz wdzianka w stylu Madonny. Troszkę tego było... i przyznam, że  kreatywność ekipy przerosła najśmielsze oczekiwania.

 

Piątek, tygodnia koniec i początek. Jak to się zaczęło?

 

Zaczęło się w piątek. Z rana upychanie dawno już przepakowanych bagaży, zbiórki na stacjach benzynowych i pod halami. Tysiące pytań w rodzaju: „Dlaczego autobus nie ma skrzydeł i nie lata jak samolot?” i „Czemu deski snowboardowe zajmują więcej miejsca niż narty?”. Mimo niesprzyjającej, zimowej aury w całej Europie (w Polsce wypadek na drodze,w Niemczech „mała” śnieżyca) sprawnie udało nam się dotrzeć na miejsce. Już w sobotę  rano naszym zaspanym oczom ukazały się Alpy. W lokalnym supermarkecie uzupełniamy uszczuplone przez 26 godzin jazdy zapasy żywności i napojów.  Autokar zaczyna się  wspinać się serpentynami na dwa tysiące metrów. Na widok kolejnego zakrętu niejeden  wydał  z siebie okrzyk: „Kocham życie i jeszcze nie chcę umierać!”.

O zmierzchu jesteśmy już na miejscu, czyli w gigantycznej, dziesięciopiętrowej rezydencji o pakowności przypominającej akademiki. Przygotowujemy się do całotygodniowej akcji na stoku i poza stokiem, a pozostałą część nocy poświęcamy na modlitwę o dodatkowe opady śniegu. Białego puchu niby nie brakuje, ale odnosimy zgodne wrażenie, że ojczyzna jakoś kilkakrotnie szczodrzej została obdarzona niż Francja tym darem niebios.

 

Pierwsza niedziela, pierwszy raz się zobaczymy...

 

Od świtu zakładamy dechy i mocujemy wiązadła. Już o 9:00 (po tak długiej podróży to przecież środek nocy!) zaczynają się spotkania organizacyjne z uczestnikami kursów narciarskich i snowboardowych, a także warsztatów freestyle'owych. Rozpoczynamy wyczyny na stoku, ale pierwszego dnia tylko na 75% możliwości  ostrzegają instruktorzy... Energii potrzeba jeszcze na wieczór! Na bardzo dobry początek o 22:00 w Belle Plagne startuje impreza zapoznawcza Bonsoir Party! A dojechać na nią  i wrócić w jednym kawałku to nie lada wyczyn! By dotrzeć do miejscowości trzeba wsiąść w wagonik gondoli i wysiąść na pierwszej stacji, która znajduje się oczywiście wyżej. Jeśli chodzi o drogę „tam” - nie ma większych problemów, które dopiero zaczynają narastać przy powrocie (gondolkę zamykają o pierwszej w nocy). Od godziny drugiej do samego rana na przełaj stoków, pod wyciągami i po szosie przetoczyła się istna lawina ludzkich ciał.

Tydzień później, przy pożegnalnym „Au-revoir Party” dała o sobie znać intensywnie ćwiczona kreatywność... Wielu uczestników pod pachą lub w plecaczkach dźwigało duże worki na zakupy, ceraty, jabłuszka, prześcieradła, kartony i inne sprzęty ułatwiające przedostanie się z górnego tarasu z powrotem do Plagne Bellcôte.

 

Rozpędzamy się na stoku i...  zawody zjazdu na byle czym

 

Śnieżna aura dała nam się we znaki już pierwszego dnia. Od poniedziałku zaczynamy zatem regularne wizyty na basenie. W Plagne Bellcôte tuż przy wyciągach znajdziecie odkryty basen z podgrzewaną wodą. Mieszkańcy zakwaterowani w miejscowości mają wstęp  darmowy. Nie muszę więc chyba tłumaczyć, dlaczego od poniedziałku lawina ciał  zaczęła przemieszczać się także w kierunku basenu.

Ale to jeszcze nie koniec. To poniedziałkowe popołudnie jeszcze długo będzie rozpamiętywane! Prace konstrukcyjne, znikające kartony, zaginione deski snowboardowe i niekończące się burze mózgów wszystko to w ferworze walki o stworzenie jak najlepszego sprzętu do zjazdu na byle czym.

Godzina 20:00, noc rozświetlona pochodniami, ośla łączka, drużyny na starcie. Zjazdy grupowe są wyżej punktowane, dlatego na małej górce zrobiło się aż gęsto od zawodników. Jedni z paletą od wózka widłowego (skąd oni to wzięli!), inni z deską klozetową, jeszcze inni z powiązanymi kartonami (ci to nawet kierownice mają!). Niektórzy w workach, siatkach, śpiworach, na jabłuszkach... Pomysłowość uczestników nie zna granic!

A przed zawodami jeszcze niespodzianka! Na górce pojawiają się sumocy! Dwóch, przesympatycznych panów w nietuzinkowych, pompowanych strojach stacza się z samego szczytu, inaugurując tym samym zawody.

Nasza drużyna startuje na hotelowym prześcieradle, które od spodu podklejone jest ceratą. Aby uatrakcyjnić show, przebieramy się w dziwaczne stroje (pominę tutaj opis części  garderoby oraz kolejności zakładania ubrań – to zbyt skomplikowane),na głowy zakładamy kuchenne rondle, sitka i miski, a do rąk bierzemy deski, tłuczki, łyżki i inne „sprzęty hałasujące”. Nazwa naszej drużyny jest więc nieprzypadkowa Rondel Team. Wszystko było by super, gdybyśmy  nie położyli naszego prześcieradła na  odwrotnej stronie. Po pewnym czasie przekonaliśmy się, skąd ten brak mobilności... Na szczęście, nasza  pomysłowa koleżanka, tylko sobie znanym sposobem,  dociągnęła nas do mety i udział w zawodach mieliśmy zaliczony.

Nie pamiętam już, kto wygrał zawody. Byliśmy tak przemarznięci, że zaraz po zjeździe poszliśmy się rozgrzać.

 

 Last Christmas, czyli najbardziej „obciachowy” sweter

 

Poniedziałkowa noc była jeszcze długa. Po zmaganiach na oślej łączce, impreza przeniosła się do klubu, gdzie również sporo się działo. Kolejna, tym razem swetrowa konkurencja  zainspirowana utworem Georga Michaela – Last Christmas. Wygrywa ten, kto założy wdzianko najbardziej modne w czasie Świąt dwadzieścia bądź trzydzieści lat temu.    Pomysły były nietuzinkowe: w różach, w paski, w serek, w kratkę, swetry włożone w dresy, czapki i komplet gotowy!

 

Après-ski z Yetim

 

Po aż nadto intensywnym poniedziałku, we wtorek rano czekała mnie krótka debata z nogami, które bolały i nie chciały się więcej ruszać. Brzmiała ona mniej więcej tak:

Nie idziemy na stok, jesteśmy zmęczone.

-         Idziecie, nie jest aż tak źle, a o 15:0 après-ski!

 Après-ski powiadasz, a gdzie?

Na L’ARPETTE, będzie Yeti.

 No dobra, idziemy, Yetiego jeszcze nie widziałyśmy!

 

Bez après-ski, popularnie zwanych „apresami”, nie obyłaby się żadna porządna impreza narciarska. W okolicach godziny 15,  gdzieś na trasie, po kilku godzinach  na śniegu, chwila przerwy jest wręcz konieczna. Przed schroniskiem wypinamy deski i zbieramy siły na końcowy zjazd. DJ Glame i DJ BTR utrzymują wszystkich ponad parkietem. Ale główna atrakcja ma dopiero nadejść! To Yeti! Bajkowy stwór w mięciutkim ubranku, rodem z krainy lodowców okazuje się być urodzonym showmanem, przybierającym do zdjęć wszystkie możliwe pozy.

 

Nic nie zatrzyma toczącej się kuli zawody ski-orienteringowe

 

Już w południe trwa pełna mobilizacja. Znowu:  drużyny, start, meta i nagrody. W naszych kolejnych zawodach na orientację startują 3 osobowe drużyny mieszane, czyli 2 zawodników na snowboardzie i jeden na nartach lub jeden zawodnik na snowboardzie i 2 na nartach. Po otrzymaniu numerów startowych oraz mapy z zaznaczonymi punktami kontrolnymi zaczyna się ostra jazda!!!

W trójkę na jednej narcie... hmm... – jednak jest to możliwe. Przed metą na każdą z drużyn czeka szereg zadań i wesołych niespodzianek. Nie zabrakło skoków w workach, jazdy na jednej narcie czy slalomu na skrzynkach po napojach. A  przy tym wszystkim dużo śmiechu i ubaw po pachy. Sukcesem było już samo dotarcie do mety i nie zagubienie się w gąszczu jedenastu miejscowości połączonych wyciągami. Na najszybsze teamy dodatkowo czekały nagrody (kursy kite'owe i sprzęt turystyczny).

 

 Co to była za noc!

 

 Późnym popołudniem po hotelowych korytarzach  zaczęły snuć się tajemnicze postacie rodem z innej epoki: wokaliści Guns N’ Roses, prawie sobowtóry Madonny, Rockie'go i Rambo. Do tego muzyka -  przeboje Queen, Johna Lenonna, Perfectu, Lady Pank i Boba Marleya.

Kulminacja o 21:00 – klubowe „The 80's  Party”.  Przez wejściem obowiązkowa fotka z Rambo – taka okazja może już się nie powtórzyć. Ta noc to było istne szaleństwo w stylu lat 80. I nie tylko przebrania odegrały tu swoją rolę. To była podróż w przeszłość w stylu Dirty Dancing.

Nie mogliśmy tylko zrozumieć, dlaczego miejscowi dziwnie się na nas patrzą i kręcą nosem, że Polacy noszą się tak niemodnie. Od 30 lat nie wymienili garderoby!

 

Dwa razy na pokazy

 

Minęła już połowa wyjazdu, zatem pora pokazać, czego się nauczyliśmy. Wieczorem usypujemy hopę (przeszkodę) i startujemy z zawodami freestyle'a. W tym roku są dwie odrębne kategorie: best trick dla sportowców i best impression dla performerów. Liczą się nie tylko umiejętności czysto sportowe, ale też umiejętności... zaszokowania sędziów. Best tricki, przysiady, przewroty, przebrania, ubrania, a nawet rozbieranie się – każdy miał okazję zaprezentować to, co najlepiej potrafi. Najbardziej ekscentrycznym trickiem popisał się zawodnik w bieliźnie aby było jasne w samej bieliźnie przy pierwszym skoku, zaś w trakcie drugiego ściągnął w locie spodnie snowboardowe (niewyjaśnione pozostaje, jak to zrobił).

Ze względu  na niskie temperatury duża część publiki pozostała na balkonach, z których roztaczał się zdecydowanie lepszy widok  niż z dołu. To właśnie na balkonach tworzyły się alternatywne grupy sędziowskie, oceniające zawodników w skali od zera do nieskończoności.

 

Boże, daj śnieg! Ale nie aż tyle!

 

W piątek nareszcie zostały wysłuchane nasze gorliwe modlitwy o biały puch! Być może ze względy na intensywność owych próśb, otrzymaliśmy go aż w nadmiarze. O świcie rozpętała się zamieć, co z kolei znacznie ograniczyło widoczność.  Pomimo że ratraki  działają, jakoś nie widać efektów. Pada i pada. Pozamykane trasy. Kataklizm.

Ze względu na warunki atmosferyczne odwołano wspólny zjazd ze szczytu w strojach z lat 80.

Za drzwiami słychać stukanie butów zapaleńców, którzy jednak chcą iść na stok – za wszelką cenę.

Po południu nieco się poprawia. Kolejna tura amatorów białego szaleństwa poszła wykorzystać ostatni dzień wyjazdu. Jednak w większości przypadków piątek był „dniem lenia”. A na korytarzach można było usłyszeć żart dnia: „Zawieja..., ale zamieść to nie ma kto”.

Koniec wyjazdu był równie dobry jak jego początek. Zorganizowano spektakularny pokaz fajerwerków przed naszą majestatyczną rezydencją. Posłaliśmy też światełka do nieba, czyli kilka kolorowych lampionów, a na koniec nasze ulubione Au-revoir Party, z którego po doświadczeniach imprezy powitalnej, wrócić było znacznie prościej.

 

NIE-pełna mobilizacja

 

„Wynieść śmieci, odkurzyć podłogi, umyć wannę, umywalkę i toaletę, opróżnić lodówki, wszystkie powierzchnie mają być suche i nic nie może znajdować się na balkonie. Czas wykwaterowania zależy od porządku” – instrukcja sprzątana apartamentu, czyli najważniejszy w mijającym tygodniu SMS, który z lotem błyskawicy obiegł wszystkie pokoje.

W sobotę rano każdy robi to samo. Najpierw chwila konsternacji – a jak te meble stały zanim przyjechaliśmy? Potem ustalenie wspólnej wersji, ewentualnie szybki rzut oka na rezydencję sąsiadów i działamy! Wnosimy stoły z balkonów, wyrzucamy zalegające butelki, rozsuwamy łóżka, rozpoznajemy, co w lodówce jest śmieciem, a co można jeszcze zabrać na drogę itd. itd.

Kiedy odbierałam klucze, przekonałam się, że dla części  osób pożegnalna noc jeszcze się nie skończyła – śpią w najlepsze, kiedy właśnie mija godzina zdania pokojów. Prawie pięćset osób czeka  z walizkami w holu, zastanawiając się co dalej i jak długo to potrwa.  Natomiast oni wstają leniwie, jak gdyby nigdy nic robią śniadanie i zabierają się za porządki. Swoiste poczucie czasu... Z drugiej strony, jak na wyjeździe toczącym się z  prędkością kuli śnieżnej nie stracić kontaktu z rzeczywistością?

 

Do wyjazdów tego typu adekwatniejsza jest nazwa „festiwal” niż wycieczka. Jest ich kilka – zarówno rodzajów jak i terminów. Cieszą się ogromną popularnością i jest niemal pewne, że ich liczba wzrośnie gwałtownie w krótkim czasie.

 

DOŁĄCZ DO NAS
 

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież


Zgłoś nadużycie