|
Poczatkowo miala byc tylko Ghana, z poludnia na polnoc, moze jeszcze krotki wypad do Burkiny na skraj pustyni- tego prawdziwego Sachelu, i z powrotem do Akry. Ale jak juz Burkina, to moze i Mali, jak Mali to Kraj Dogonow, trasa sie wydluzyla, tylko czas przeznaczony na podroz pozostal ten sam: dwa tygodnie. Dwa tygodnie, trzy kraje, ponad trzy tysiace kilometrow droga ladowa, lokalnymi srodkami lokomocji, to juz pewne logistyczne wyzwanie. Zwazywszy, ze trasa dosc nietypowa (do Mali jezdzi sie raczej przez WKS albo Senegal), trzeba bylo dosc precyzyjne zaplanowac poszczegolne etapy podrozy. Czyli autobusem z Akry do Ouagodougu, stamtad szybko nastepnym pod granice malijska, i dalej okazja do Bandiagary u stop krainy Dogonow. tam ze trzy cztery dni- juz to zaprzegiem z osiolkiem, juz to na wlasnych nogach. Autobus wyjechal punktualnie, wczesnym rankiem, tak, zeby wieczorem po pokonaniu 600km dotrzec do stolicy Burkiny Faso, skad nastepnego ranka jedynym w ciagu dnia autobusem dojechac do granicznego miasteczka i lapac nastepny, juz do Mali; taki co to jezdzi dwa razy w tygodniu, wiec lepiej sie nie spoznic, zeby nie czekac trzech dni na nastepny. Tych trzech dni, ktorych sie nie ma, nawet w zapasie. Ghana badz co badz najlepiej rozwiniety kraj regionu, wiec drogi dobre, wiec jedzmy, wiec pedzmy w gore, przed siebie- do tajemniczych Dogonow gdzies na skraju pustyni... Do Kumasi, dawnej stolicy szybko i sprawnie,- zegarek na reku skwapliwie potwierdza zgodnosc z planem..
 Ale potem juz wolniej i wolniej, asfalt zanika, niemal niezauwazlanie przechodzi w te cudowna afrykanska ochre- pylista tetnice wnetrza Afryki. Sila rzeczy srednia predkosc przemieszczania sie spada, zaczyna robic sie troszke nerwowo- no ale kilka godzin spoznienia to jeszcze nie tragedia, tyle zapasu na szczescie jeszcze jest. Zapada zmierzch, gdzies tam niedaleko powinna byc juz granica. No i faktycznie jest, tyle, ze juz pozno, nerwowe spojrzenie na zegarek- za pozno... zamknieta. Wiele granic afrykanskich cznnych jest tylko w ciagu dnia- jak sklepy albo urzedy. w koncu ruch niewielki, mozna poczekac. a jak komus miejscowemu spieszno to i tak przejdzie, w koncu jest w domu, nie dla niego granice. Formalnosci sa dla autobusu dla turysty, dla obcego. Stajemy wiec do rana, wspolpasazerowie juz sie ulozyli mniej lub bardziej wygodnie- komu nie duszno ten spi w poczekalni, ale wiekszosc wybiera ten najwiekszym hotelu- otwarty zawsze dla kazdego- pod gwiazdami. Wszyscy dziwnie spokojni, tylko ja podszyty nerwowoscia, bo przeciez poj doby spoznienia, moje dalsze polaczenie pod znakiem zapytania, autobus nie bedzie na mnie czekac, wiec dwa dni straty, na Dogonow bedzie niewiele czasu... - przynajmniej tak wynikalo z precyzyjnego planu. Nastepnego ranka granica- odprawa podroznych szybko i sprawnie, autobusu mniej. pol godziny, godzina, dwie, znowu nerwowe spogladanie na zegarek, krazenie w okolicach sparawdzanego (?) autobusu- jakby to mnialo cos przyspieszyc; tylko miejscowi spokojnie przysialszy pod drzewem zapadli w ten specyficzny rodzaj letargu, gdzies na brzegu czasu: naszego i tego innego- ich wlasnego, afrykanskiego. W koncu po wielogodzinnych przestojach ruszylismy dalej, po to by poznym popoludniem dotrzec do Ouagodougu- z perspektywa spedzenia kilku dni w oczekiwaniu na autobus jadacy dalej. Zrezygnowanym krokiem udalem sie na dworzec- po to, by dowiedziec sie, ze ...autobusu jeszcze nie bylo! czyli plan uratowany, Dogoni beda- no... jeszcze nie do konca wiadomo, bo okazalo sie, niektorzy czekaja nan od trzech dni- ale wiesc krazac troche niepewnie twierdzila, ze juz juz, autobus wyjechal i bedzie jeszcze dzis. Troche w niedowierzaniu podejmuje niemrawe proby szukania alternatywnego transportu (oczywiscie mozna, oczywiscie bardzo drogo). W koncu przachodzi refleksja: wlasciwie po co, po co ta nerwowka, to ciagle usilowanie przykladanie naszych miar do niemierzalnego, wytlumaczenia tego co mozna tylko czuc, czemu mozna i nalezy sie poddac. Nie minelo kilka godzin i siedzialem w miare wygodnie w autobusiku, jadac dalej na polnoc. i wtedy odruchowo i po raz ostatni spojrzalem na zegarek- po to by stwierdzic, ze jest to przedmiot zupelnie tu nieuzyteczny- bo czas plynie zupelnie inaczej- i albo poddajemy sie temu nurtowi, i plyniemy w jego tempie, albo nerwowo staramy sie dopasowac go do naszej miary- ale niezaleznie od tego co zrobimy skutek bedzie ten sam- dotrzemy w koncu tam gdzie chcielismy, w tym samym czasie- zdenerwowani do granic, albo spokojni i szczesliwi. Dotarlem do Dogonow, zobaczylem w drodze powrotnej najpiekniejszy chyba gliniany meczet w Bobo-Dioulasso, z przygodami dotarlem na czas do Akry. Bez stresu, bez spogladania na zegarek.

DOŁĄCZ DO NAS 
|
Komentarze