KOMENTARZE
  • Cegielski urodził się w Ławkach koło Trzemeszna a nie w Gnieźnie Więcej ...

  • Przeczytałam Wasze -Kochane Druhny i Druhowie -wspomnienia. Przy wielu wzru... Więcej ...

  • fajna ta remiza Więcej ...

  • Jestem bylą mieszkanką Wiśliny ,i bardzo się cieszę ,że mogłam poznać histo... Więcej ...

  • Bardzo ciekawy pomysł na opisanie życia brygidek. I myślę, że potrzebny. Sa... Więcej ...

  • W Poznaniu znajduje się StuG IV ,Panzer IV został wykopany w tym roku w kwi... Więcej ...

  • super Więcej ...

Haiti 2010
PDF Drukuj
Wpisany przez Darex567   
wtorek, 16 lutego 2010 12:49

To są wspomnienia zasłyszane od jednego z ratowników polskich, którzy uczestniczyli w akcji na Haiti. Myślę, że niewiele z tego da się znaleźć w prasie, bo nie są one pochlebne dla organizatorów akcji, chociaż nasi ratownicy należą do 11 najlepszych ratowników na świecie. Z oczywistych przyczyn nie podaję od kogo pochodzą te informacje, ale zapewniam, że są prawdziwe.

Pierwsze problemy zaczęły się już przy starcie z Polski. Najpierw odlot samolotu był opóźniany co kilka godzin z powodu ciągle wykrywanych usterek. Wreszcie ratownicy dowiedzieli się, że samolot odleci następnego dnia. Pilot poinformował, że załadowana zbyt dużo sprzętu i trzeba samolot odciążyć. Ponieważ nie można było wynieść sprzętu ratowniczego, trzeba było uszczuplić zapasy wody pitnej. Zamiast zapasów tygodniowych, ratownicy mieli do dyspozycji tylko kilkudniowe i na miejscu musieli korzystać z uzdatnia czy wody. W tym samym czasie Rosjanie dysponowali samolotem gotowym do startu przez 24 godziny z możliwością załadowania na pokład śmigłowca. Rosjanie … niestety lepiej przygotowani niż my.

Po starcie i przylocie nad Haiti okazało się, że mimo dwóch godzin kołowania nie można było wylądować. Samolot musiał polecieć na Dominikanę. Stamtąd, po wypakowaniu i zorganizowaniu transportu ekipy ratunkowe potrzebowały dwóch dni, żeby dostać się na miejsce tragedii.

Na Haiti panuje dramatyczny chaos. Nie ma żadnej koordynacji . Nikt nie ewidencjonuje miejsc już sprawdzonych przez ratowników. Zwyczajowo, po sprawdzeniu gruzowisk, każda ekipa maluje farba datę i nazwę grupy, która sprawdziła miejsce.  Tam nikt tego nie robi, co może spowodować kilkukrotne sprawdzanie tego samego terenu.  Brak szpitali polowych i miejsc dla rannych. Prowizorycznie stawiane wiaty z byle czego momentalnie się zapełniają, albo rozpadają przy pierwszym podmuchu wiatru. Z tego powodu ranni wyciągani z gruzów układani są często przy ulicy, pod gołym niebem.

Nikt nie nadąża z pomocą. Ratowanie ludzi i wysyłanie do amerykańskich szpitali odbywa się w sposób całkowicie przypadkowy. Decyduje nie tylko stan zdrowia, ale często dobre relacje z pilotami amerykańskimi. Dzięki temu naszym ratownikom udało się wywieźć do amerykańskich szpitali dwie dziewczynki w bardzo ciężkim stanie: z rozległym poparzeniem i zaawansowana chorobą płuc, która nieleczona groziła szybką śmiercią. Odbyło się to na zasadzie prośby ratownika do pilota – amerykańskiego „sure, no problem”.

Pod czas jednej z akcji ratowniczych na gruzach, kiedy pies podjął trop, bo wyczuł żywych ludzi, do ratowników podszedł dowódca oddziału ONZ odpowiedzialnego za ich ochronę i powiedział, że muszą zakończyć akcję poszukiwawczą. Sto kilometrów dalej wybuchły zamieszki wśród mieszkańców i dostali rozkaz natychmiastowego przyjazdu. W tamtych warunkach nikt nie zaryzykuje pozostania bez ochrony, więc musieli pozostawić żywych ludzi pod gruzami. Rosjanie przysłali swoich żołnierzy z bronią automatyczną i mieli niezależną ochronę.

Kiedy po drugim epicentrum udzielali pomocy głównie ludziom ze złamaniami po godzinie zabrakło im usztywniaczy. Jedyne co mieli, to kawałki kartonów, którymi usztywniali połamane ręce i nogi.

Wszędzie brak sprzętu, lekarstw, ale przede wszystkim koordynacji. Podczas powrotu, również ich wylot opóźnił się o dobę. Wydali wszystkie leki i zapasy, bo nie zostali o tym wcześniej powiadomieni. Poszli poprosić o pomoc i przenocowanie anglików. Ci, którzy mieli więcej szczęścia dostali nocleg w namiotach, inni musieli spać pod gołym niebem. Dopiero, kiedy księdza ukąsiła tarantula dowiedzieli się, że wszędzie krążą wszystkie rodzaje jadowitych owadów i wszelkiego świństwa. Nikt ich nawet nie uprzedził, na co byli narażeni w tym miejscu. Ksiądz przeżył dzięki szybkiemu przewiezieniu do amerykańskiego szpitala.

Ratowników mamy najlepszych na świecie, uznawanych przez wszystkich, nawet amerykanów, ale logistyka to po prostu wstyd, a szczególnie na tle rosyjskim. Trochę to dotyka polskiej dumy.

kilka filmów z YouTube


Google Map
ContentMap by Turismo.eu

DOŁĄCZ DO NAS
 

Inne historię Autora:

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież


Zgłoś nadużycie