KOMENTARZE
  • jak odzyskac pieniadze z staropolskigo Więcej ...

  • Cegielski urodził się w Ławkach koło Trzemeszna a nie w Gnieźnie Więcej ...

  • Przeczytałam Wasze -Kochane Druhny i Druhowie -wspomnienia. Przy wielu wzru... Więcej ...

  • fajna ta remiza Więcej ...

  • Jestem bylą mieszkanką Wiśliny ,i bardzo się cieszę ,że mogłam poznać histo... Więcej ...

  • Bardzo ciekawy pomysł na opisanie życia brygidek. I myślę, że potrzebny. Sa... Więcej ...

  • W Poznaniu znajduje się StuG IV ,Panzer IV został wykopany w tym roku w kwi... Więcej ...

Pierwsze kroki
PDF Drukuj
Wpisany przez odpryski   
środa, 23 marca 2011 16:06

 

Pisząc te wspomnienia z przed ponad trzydziestu lat nie przypuszczałem, że Libijczycy powstaną przeciw Kadafiemu Już w czasie naszego pobytu w Libii byliśmy świadkami okrucieństwa tych rządów. Pucz zbuntowanych studentów, krytycznych wobec Kadafiego krwawo stłumiono, wieszając przywódców na latarniach ulicznych w Benghazi.

Z wielkim smutkiem i nadzieją obserwuję sytuację Libijczyków walczących o swoje prawa

Pięć lat, które spędziłem w tym kraju powoduje moją sympatię i solidarność z walczącymi.

Cisną się zapytania, jaka będzie Libia, jeżeli Libijczycy wygrają wolność? A jaka jeżeli przegrają?

 

PIERWSZE KROKI ( rok1975 )

 

Z zimnej grudniowej Warszawy lecę do Aten. W Atenach muszę przenocować, samolot do Libii będzie dopiero następnego dnia. W samolocie spotkałem kolegę, który też leci w ramach kontraktu Polservice do Benghazi, jest nam raźniej. Co nas czeka w Libii? Nafaszerowani wiadomościami z różnych źródeł i z 20 dolarami w kieszeni nie czujemy się zbyt pewnie. Na razie korzystamy ze słonecznego dnia w Atenach i świeżego soku wyciskanego z pomarańczy, który można kupić za drobne centy na każdym rogu ulicy. Na zwiedzanie mamy za mało czasu, następnego dnia mamy samolot do Benghazi

 

Pierwsze zetknięcie z ziemią Libijską robi wrażenie, całkowita zmiana kolorów i zapachów. Przyzwyczajeni jesteśmy do szarości i zieleni, tutejsze kolory to ochra, brąz, żółć i błękitne niebo. Brak zieleni, nieliczne palmy, inne nowe zapachy. Grudzień, a tu nasze ciepłe lato. - Jesteśmy w Afryce.

Na lotnisku czeka na nas kolega, (Janusz), który jest tu już od kilku lat, a teraz odbiera takich wystraszonych nowicjuszy i wiezie do hotelu, który trudno nazwać hotelem, ale tylko na taki nas stać.

W sumie w przeciągu miesiąca przyjechało, do Benghazi 20 polskich inżynierów i kilku lekarzy. Długie oczekiwanie na kontrakt znalazło nareszcie swój finał. Nikt się jednak nie spodziewał, że początki będą tak trudne.

Paskudny termin wybrałem na przylot, dwa tygodnie przed Świętami Bożego Narodzenia. Szykują mi się samotne Święta z dala od bliskich, rodzina przyjedzie dopiero za dwa miesiące

Pierwsze noce spędzam w hotelu, trzy dolary za dobę. Hotel na urągowisko nazywa się Grand, ciężko w nim wytrzymać dłużej niż kilka dni. Brud nie do opisania.

Już następnego dnia trzeba zameldować się w pracy

Jestem zatrudniony w Zarządzie Miasta (Baladyja) Poznaję kolegów, z którymi będę pracował, są tu już czterej polscy inżynierowie. Większość pracowników to Egipcjanie, kilku Jugosłowian i Palestyńczycy. Pierwsze kroki ułatwia mi Janusz, który jest doskonale we wszystkim zorientowany. Po kilku dniach zdaję sobie sprawę, że nikt nie oczekuje od nas pracy inżynierskiej, nasi szefowie to Egipcjanie, którzy obawiając się konkurencji nie chcą nas zbytnio angażować. Siedzimy i kolorujemy kredkami jakieś idiotyczne mapki. Wyjechałem z Polski prowadząc poważne roboty inżynierskie, a tu muszę siedzieć w biurze w roli kreślarza.

Janusz odkreśla w kalendarzu dni i twierdzi, że trzeba to polubić, i traktować jak pobyt w wojsku.

Po trzech dniach w hotelu i podłym jedzeniu, które sam sobie przyrządzam, (wystrzegam się jedzenia i picia czegokolwiek w mieście) mam kłopoty z żołądkiem. Idę do polskich lekarzy, którzy pracują w szpitalu, zapisują mi różne pigułki w obawie, że może złapałem jakieś świństwo.

Dzięki tej wizycie poznałem Zbyszka, który zaprosił mnie do wspólnego zamieszkania. Przyjechał wcześniej i jest już urządzony. Z dużą radością przyjąłem tą propozycję, wieczorem spakowałem walizkę i zjawiłem się szczęśliwy, że mogłem opuścić hotel.

Zbyszek przejrzał moje pigułki, które zapisali mi jego koledzy i ku mojemu zdumieniu wyrzucił je do kosza, wyciągnął z lodówki butelkę whisky i szybko mnie wyleczył.

Spędziliśmy razem wieczór wigilijny z dala od rodzin słuchając kolęd w odbiorniku na baterie Takie chwile bardzo ludzi zbliżają. Dzięki Zbyszkowi łatwiej było mi przejść przez ten trudny początek.

Podzieliliśmy obowiązki, na mnie wypadło gotowanie. Kupiłem garnek pięciolitrowy i raz na dwa dni gotowałem kurę. Po dłuższym czasie mogliśmy już gdakać, mieliśmy dość. Postanowiłem zmienić menu, co Zbyszek przyjął z dużym entuzjazmem. Kupiłem kawał wołowiny i postanowiłem usmażyć befsztyki, efekt był taki, że nie można było ich przekroić a zgryźć tym bardziej. Zbyszek ze smutkiem w oczach powiedział „wracamy do kury”. Tak się skończyły moje kulinarne ambicje.

 

„Stara bolanda” (polonia), czyli koledzy mający już staż w Libii, twierdzą, że pierwsze kroki tutaj stawia się na kolanach, ja miałem wrażenie, że raczej czołgając się. Zaczyna się walka od zera o stworzenie sobie warunków bytowania. Trzeba wynająć mieszkanie nie mając pieniędzy, (Pierwsze pieniądze otrzymaliśmy dopiero po miesiącu), zorganizować jakieś prowizoryczne meble a przynajmniej materac, do spania.

Chodzę po arabskich wąskich uliczkach i szukam mieszkania. Ciężko się dogadać po angielsku przydałby się włoski. I tak dzień po dniu w końcu trafiam na właściciela, który zgodził się wynająć mi mieszkanie, ale „od studni” to znaczy bez okien na ulicę tylko na wewnętrzne patio, a raczej śmietnik. Biorę, bo nie mam innego wyjścia. Później będę szukał lepszego.

Jak już zdobyłem to marne mieszkanie zaczął się etap produkcji mebli. Nie ma możliwości zakupu, ceny nowych są nie na naszą kieszeń. Trzeba najprostsze meble wykonać samemu. Zmieniłem się w stolarza i tragarza. Trzeba było dostarczyć do domu, często z odległych miejsc na własnych plecach materiały typu deski, płyty, narzędzia itp..,

Kiedy tak jednego dnia paradowałem z materacem na głowie wśród tubylców w samochodach, pomyślałem sobie, że trochę moje wyobrażenie o Afryce się zmieniło, Kto tu jest białym sahibem?.

Wszystko odbywa się w zwolnionym tempie i nigdy nie można przewidzieć końcowego efektu, wszech obecne, „bukra” i „insz Allach” nie pozwalają na ustalenie realnych terminów, co i kiedy będzie zrealizowane. Miotam się żeby jak najszybciej pozałatwiać wszelkie niezbędne formalności, bank, dokumenty, arabskie prawo jazdy i wiele innych. Ten mój pośpiech wyraźnie dziwi arabskiego kierowcę, który ze mną jeździ, tłumaczy mi, że trzeba zwolnić, „szłeja, szłeja” a starej bolandzie mówi, że ten nowy, mohandys (inżynier) jest coś nie tak, z wyraźnym wskazaniem na głowę. Po powrocie do kraju, po pięciu latach pobytu w Libii, bukra i szłeja tak mi weszły w krew, że patrzyłem ze zdziwieniem na miotających się nerwowo w pracy kolegów.

Przed przyjazdem żony z córką udało mi się zamienić mieszkanie na większe z oknami od ulicy i balkonem a najważniejsze, że blisko pracy, co ze względu na brak samochodu miało zasadnicze znaczenie,

W nowym mieszkaniu czekała mnie niespodzianka – szczur w ubikacji, który dostawał się przez muszlę klozetową. Nie miałem innego wyjścia musiałem muszlę zabetonować. Nie wyobrażałem sobie jak by zareagowały moje panie na takiego lokatora. Musieliśmy korzystać z toalety w łazience. Do gafirów i wszędzie obecnych karaluchów trzeba było się przyzwyczaić albo jak to mówił Janusz - polubić. Gafir to taki cieć, który jest wszędzie wszystko widzi i zawsze może donieść.

Nareszcie po dwóch miesiącach przyjeżdżają nasze rodziny. Koniec singlowania.

Na lotnisku sami wyczekujący mężowie. Wszyscy starali się jak najlepiej przygotować do tego przyjazdu, Stara bolanda pomaga nam jak może, trzeba z lotniska dostać się do domu. Nikt z nas jeszcze nie miał samochodu.

Zaczyna się nowy etap naszego pobytu w Libii. Rozszerzamy produkcję mebli, organizujemy sprawy zakupów i dostawy wody, ta z wodociągu nie nadaje się do picia-słona. Problemem jest brak samochodu, trzeba ciągle korzystać z uprzejmości starej bolandy. Kobiety nie mogą same poruszać się po mieście, bo są narażone na agresywne zaczepki. Okres organizacji życia jest trudny i stresowy. Zaczyna się lato, przyzwyczajamy się do upałów i gibli (gorący wiatr od pustyni) Ochłodę daje nam wspaniałe morze, nad które jeździmy prawie codziennie. Ci, których rodziny nie dojechały mają kłopot, wstęp na plaże tzw. „rodzinną” jest zabroniony. Plaża dla singli jest osobna, ale pobyt na niej nie należy do przyjemności. Od czasu jak kupiłem samochód nie korzystamy już z plaży miejskiej, jeździmy na plaże dzikie, gdzie nie ma tubylców.

Po pół roku pobytu, przeżywamy tragedię: Czterech polskich inżynierów ginie w oczyszczalni ścieków, jeden ląduje w szpitalu. Wszyscy zatruli się siarkowodorem, schodząc kolejno jeden po drugim bez masek do głębokiej studni zasuw, żeby ratować poprzedników. Pierwszy ratował arabskiego robotnika. To wydarzenie położyło się cieniem na cały nasz pobyt.

Zbliża się rok pobytu, coraz częściej myślę o zakończeniu kontraktu. Brak prawdziwej inżynierskiej pracy jest psychicznie trudny do wytrzymania.

Po dziewięciu miesiącach dostajemy nowego szefa, młody Libijczyk, który ukończył studia inżynierskie we Włoszech zostaje szefem naszego wydziału a później merem Benghazi.

Wizytując poszczególne oddziały zjawił się i w naszym biurze.

Kiedy podszedł do mnie i zapytał, jakie są moje zadania, byłem tak zdeterminowany do zakończenia kontraktu, że powiedziałem: „moim głównym zajęciem jest, co miesięczne pobieranie pensji z banku” Ta wypowiedz zaważyła o moim dalszym losie w Libii.

Po kilku dniach dostałem nadzór nad kontraktem budowy przepompowni i rurociągów przesyłowych do oczyszczalni ścieków. Kiedy mer mnie sprawdził i doszedł do wniosku, że jestem inżynierem a nie kreślarzem, powierzono mi wiele inżynierskich zadań, a dowodem pełnego zaufania był mój wyjazd z nim do Włoch w celu dokonania testów i podpisania kontraktu na zakup rur dla sieci kanalizacyjnej w Benghazi.

Dalszy pobyt w Libii to już inna bajka. Po pięciu latach musieliśmy ze względów rodzinnych wrócić do Polski. Nie opuszczaliśmy Libii z radością, chętnie byśmy jeszcze zostali.

Pomimo wielu stresowych chwil, wspominam ten okres swego życia jako ciekawą przygodę.

Przykre chwile szybko wymazują się z pamięci a miłe zostają.

 

Spotkanie z Libią dla wielu osób było szokiem. Kiedy stałem się już starą bolandą niejednokrotnie byłem świadkiem załamań nowo przyjeżdżający i chęcią natychmiastowego powrotu do kraju. Całkowita inność Libii, trudności z adaptacją i brak możliwości natychmiastowego wyjazdu,(zerwanie kontraktu to poważne konsekwencje finansowe) robiły tak wielkie wrażenie, że nowicjusze często czuli się jak w pułapce.

 

Artykuły powiązane

DOŁĄCZ DO NAS
 

Inne historię Autora:

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież


Zgłoś nadużycie