JoomlaStats Activation
- Ąśram - wakacje z medytacją.
- Jesienna Poezja - sardyński likier z jagód
- Parowozy dymiące historią.
- Exploseum. Wybuchowa historia Bydgoszczy.
- Będomin Batalia Napoleońska 2011
- Jeep safari
- Mój pierwszy raz w Turcji
- Jachcice. Historia pewnej dzielnicy.
- O człowieku, który umiał obserwować.Tiziano Terzani.
- Osama bin Laden prywatnie. (cz.2)
- Osama Bin Laden prywatnie. (cz.1)
- Kanaryjskie szaleństwo
- Ściąga. Hiszpania ? Portugalia w 12 dni (cz.2)
- Ściąga. Hiszpania - Portugalia w 12 dni (cz.1)
- Święta głowa i nieczysta stopa. Niezwyczajne zwyczaje.
- jak odzyskac pieniadze z staropolskigo Więcej ...
- Cegielski urodził się w Ławkach koło Trzemeszna a nie w Gnieźnie Więcej ...
- Przeczytałam Wasze -Kochane Druhny i Druhowie -wspomnienia. Przy wielu wzru... Więcej ...
- fajna ta remiza Więcej ...
- Jestem bylą mieszkanką Wiśliny ,i bardzo się cieszę ,że mogłam poznać histo... Więcej ...
- Bardzo ciekawy pomysł na opisanie życia brygidek. I myślę, że potrzebny. Sa... Więcej ...
- W Poznaniu znajduje się StuG IV ,Panzer IV został wykopany w tym roku w kwi... Więcej ...
| Wpisany przez obrazki |
| wtorek, 22 marca 2011 11:43 |
|
Większość czasu we wczesnym dzieciństwie, zwłaszcza latem, spędzałam u babci, na przedmieściu Wejherowa, w małym domku zbudowanym przez dziadka tuż po wojnie. Dom otoczony był sporym ogrodem, w którym działy się fantastyczne rzeczy. Przede wszystkim była tam studnia z wiadrem na łańcuchu (taka sama jak w bajce o dziewczynce, która wpadła do studni) i rosnącą pod nią miętą o słodkim zapachu. W ogrodzie rosły wiśnie, na które właziłam po drabinie wraz z kuzynami, jabłonie, śliwy, kłujące wysokie krzaki malin, rabarbar, porzeczki, agrest, ziemniaki, warzywa, konwalie, wielkie róże i wiele innych kwiatów. Babcia miała kurnik z kurami, które mnie przerażały i przed którymi uciekałam, ale z czasem nauczyłam się zabierać im jajka. Obok domu stał drewniany trzepak, ogromne koło do ostrzenia noży i wychodek z wielką otchłanią, do którego bardzo nie lubiłam chodzić.
Przez tylną furtkę w drewnianym płocie wychodziło się na pole, na którym uganiałam się z siostrą za motylami i gubiłam się w zbożu. Często chodziłam z babcią na spacery: na łąkę, gdzie zbierałyśmy szczaw na zupę, nad rzekę z drewnianym mostem, do lasu na poziomki, do prababci, która miała krowy i częstowała mnie herbatą z rumianku zebranego na podwórzu. Do domu babci wchodziło się przez przeszkloną werandę i dalej po schodku, który zawsze tak samo skrzypiał. W kuchni był kaflowy piecyk z fajerkami. Babcia paliła w nim węglem i szczapami drewna i piekła drożdżówkę z kruszonką. Czasami robiła czerninę i gęsi smalec z jabłkami. Najbardziej jednak lubiłam ziemniaki z kwaśnym mlekiem. Gdy byłam maleńka, bawiłam się w tej kuchni drewnianymi klamerkami w szufladzie wyciągniętej z kredensu. W pokoju również był kaflowy piec, którego ciepły zapach pamiętam do dzisiaj. Stała tam też wielka szafa pachnąca wodą kolońską, w której leżała na półkach wymaglowana bielizna i wisiały ubrania, między którymi można było się schować. Spałam czasem z babcią pod grubą pierzyną. Nad łóżkiem był obrazek z aniołem stróżem przeprowadzającym dzieci przez dziurawy most. Z korytarza, po stromych schodach można się było wdrapać na ciemny strych, na którym dziadek trzymał narzędzia i materiały, których niegdyś używał jako szewc. A sam dziadek lubił straszyć dzieci i obiecywać gruszki na wierzbie, ale gdy byłam chora na odrę, zrobił mi kogel mogel z poziomkami. Do wilgotnej piwnicy również prowadziły drewniane, skrzypiące schodki. Leżały tam pod ścianą ziemniaki na zimę, a na regałach stały słoiczki m.in. z borówkami i jagodami zbieranymi przez babcię w lesie. W domu dziadków mieszkała moja ciocia ze swoją rodziną i często się bawiłam z jej córkami. Lubiłyśmy siedzieć na płocie i gapić się na ulicę, która wtedy była piaszczystą drogą, owijać się starymi firanami, oglądać slajdy z bajkami i robić wszystko co nam przyjdzie do głowy np. rzeźby z mydła. Gdy już chodziłam do podstawówki, za babci płotem powstało nowe blokowisko. Mieszkały w nim dzieciaki przeważnie pochodzące ze wsi, które uwielbiały się naśmiewać, że mieszkamy w takiej ruderze. Mściłyśmy się na nich, polewając wodą z gumowego węża, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Ostatniego lata, zanim poszłam do szkoły, rodzice przywieźli do babci tort na moje urodziny i mogłam zjeść marcepanową różę, która go zdobiła. Dostałam wtedy od ojca małego misia z uwagą, że teraz kończy się moje dzieciństwo i to moja ostatnia zabawka. Ani jedno ani drugie nie było prawdą, ale jego słowa zapadły mi głęboko w serce. Miś, z wyjątkowo smutną mordką, był jednak moją ukochaną przytulanką przez długie lata i wielokrotnie musiałam go reanimować przyszywając odpadające części ciała.
Czasami jeździłam do mojej drugiej babci nad Zalew Wiślany. Babcia przez wiele lat pracowała w portowym bufecie i paliła jak smok, a wieczorem nawijała włosy na papiloty zrobione z kawałków gazety. Pod dachem jej domu miały swoje gniazda jaskółki. Jej mały pies, kundelek, lubił dzieciaki, a jeden z moich licznych kuzynów jeździł na nim jak na koniku. Babcia miała dużą kuchnię i pamiętam jak gotowała dla nas budyń z bakaliami. Stojącej w kuchni balii używaliśmy do kąpieli. W tym domu też stały piękne kaflowe piece, a w wielkim kartonie leżały zbierane przez babcię pocztówki, które oglądałam wiele razy. Uwielbiałam czytać jedną z babci książek - z baśniami o polskich diabłach. Ogród przy domu zarośnięty był chwastami o ostrej woni, drzewami wiśniowymi, pachnącymi czarnymi porzeczkami, warzywami i bratkami we wszystkich odmianach. Latem dom babci bywał zaludniany przez liczną rodzinę, która robiła tłok w domu i ogrodzie :) Wieczorami dzieciaki uciekały przed babcią i chowały się w krzakach, potem wchodziłam do domu przez okno. Babci się to bardzo nie podobało, twierdziła, że tylko złodzieje wchodzą przez okno. Z moimi kuzynami łaziłam po miasteczku, obrywaliśmy zielony agrest u sąsiadów, chodziliśmy nad staw, który miał swoją historię o topielcu, do sklepiku po oranżadę w proszku, na łąki albo do lasu.
Reszta mojego dzieciństwa upływała w bloku. Jakaś młoda dziewczyna ze wsi, która miała się opiekować mną i moją maleńką siostrą, zwiała już pierwszego dnia i zostawiła nas same. Potem chodziłyśmy do smutnego przedszkola. Nasza mama zostawiała nas czasem z siostrą na przystanku autobusowym i odjeżdżała w pośpiechu do pracy, a ja, sześcioletnia, z czteroletnim maluchem szłam przez całe osiedle do przedszkola. Z tego przybytku pamiętam spanie na rozkaz po obiedzie i jedzenie zimnej owsianki na stołeczku pod ścianą od śniadania do obiadu. Moi rodzice wybierali się czasem wieczorami do DKFu na film, a ja i siostra płakałyśmy na klatce schodowej ze strachu przed ciemnością. Jedna z sąsiadek ulitowała się raz nad nami i dała nam kredki i książeczkę do kolorowania. Miewałyśmy jednak rodziców dla siebie, np. tata czytał nam przed snem baśnie Andersena. Z mamą lubiłam piec ciasto, bo mogłam wtedy oblizać miskę. Jak łatwo się domyślić, chodziłyśmy do szkoły z kluczem na szyi. Z dziećmi z bloku buszowałyśmy w piwnicy, na rusztowaniach, na trzepaku albo pod blokiem, grając w piłkę i gumę. Najfajniej było jeździć windą w sąsiednim wieżowcu. Miałyśmy też straszne pomysły, jak schodzenie z czwartego piętra zewnętrzną stroną balustrady, nad wielką otchłanią aż do parteru. Koledzy z klatki byli wredni i czasem nie pozwalali mi wejść do domu. Z moją siostrą bawiłam się w dom pod częściowo rozłożonymi łóżkami w meblościance. Miałyśmy papierowe lalki z papierowymi ubrankami. Pod łóżkiem świetnie się jadło kogel mogel i cukier waniliowy z torebki. Mama chowała słodycze w różnych dziwnych miejscach, więc mogłyśmy bawić się w ich poszukiwanie. Z dzieciństwa pamiętam wiele miłych rzeczy, jak wata cukrowa i bita śmietana z automatu, czekoladowe i miętowe groszki w okrągłych żółtych pudełkach, lody calipso, guma donald z historyjką obrazkową, rajdy samochodowe z rodzicami i wygrane wakacje w Bułgarii, czytanie w piwnicy starych gazet. Z dziwnych i strasznych rzeczy: długie kolejki pod sklepami od wieczora do rana i znowu do wieczora, wieczorne wynoszenie śmieci do śmietnika, zbieranie do puszki kamyków na działce, szkołę, której nienawidziłam i do której zawsze się spóźniałam, mimo, że stała w odległości pięciu minut od domu. Pewnego dnia dzieciństwo się skończyło, ale zupełnie nie wiem przy jakiej okazji. DOŁĄCZ DO NAS |
Zgłoś nadużycie


