|
Nigdy nie pisałem pamiętnika, a było warto. Los był dla mnie łaskawy, wiele ciekawych podróży i zdarzeń było moim udziałem. Teraz po latach pamięć niestety zawodzi i nie wszystko da się wiernie odtworzyć, to już są tylko odpryski z całości tego, co było.
OAZA AL KUFRAH
Mój szef Mr Farag mężczyzna słusznej wagi i wzrostu, jakieś 120 kg i 190 cm, kilkakrotnie tego dnia zaglądał do mojego pokoju, wyraźnie miał jakąś sprawę, ale nie mógł się zdecydować, żeby mi powiedzieć. Darzył mnie dużą sympatią od czasu, kiedy zanurkowałem pod jego biurko w przekonaniu, że czegoś tam szuka i potrzebuje pomocy, gdy On tymczasem odprawiał modły do Allacha.
W końcu wszedł i powiedział:
.„Panie inżynierze, wiem, że w wolnym czasie wiele pan podróżuje po Libii w poszukiwaniu ciekawych miejsc, może połączy Pan przyjemne z pożytecznym i poleci do oazy Al Kufrah w celu zbadania przyczyn zanieczyszczenia tam wody pitnej.”
Propozycję przyjąłem nie bez wahania. Odwiedzenie odległej o ponad 1000 km od Benghazi oazy w sercu Pustyni Libijskiej było ciekawą propozycją, ale wiedziałem, że jeszcze nikt z pracujących ze mną inżynierów tam nie był i że jest to miejsce, gdzie diabeł mówi dobranoc.
Ciekawość przemogła jednak obawy. Postawiłem szefowi tylko warunek, że poleci ze mną Omar jako tłumacz języka arabskiego. Bałem się, że w oazie w środku pustyni mogę mieć kłopoty z porozumieniem się po angielsku. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że żaden z egipskich inżynierów nie miał odwagi tam się udać.
Samolot Foker 50 zapełniony do ostatniego miejsca, ja jedyny biały, pozostali pasażerowie to Tuaregowie, Sudańczycy i mieszkańcy Czadu.
Lecimy nad Saharą Libijską, od czasu do czasu widać płomienie szybów naftowych - ropa podstawowe bogactwo tej ziemi. Po 2 godzinach lotu nad morzem piasku widać wyspę zieleni i przedziwne ciemne kręgi jak płyty gramofonowe położone na piasku pustyni. To Al Kufrah.
Lądujemy. Wychodzę z samolotu i pierwsze wrażenie-brak nieba.Pas startowy faluje od gorącego powietrza. Październik, a tu +43C. Gorąco. Czeka na nas duża Toyota Land Cruiser. Do oazy niedaleko, jakieś dwa kilometry.
Kwaterujemy się w campie po amerykańskiej firmie, która budowała pas startowy lotniska i osadę hamletów*.Po krótkim odpoczynku biorę Toyote i ruszam, żeby zobaczyć oazę. Omar w tym czasie zawiera znajomości z obsługą campu. Pogoda wspaniała, ciepło, intensywna zieleń palm, jakich na wybrzeżu nie uświadczy, złoty piasek i to niebo bez nieba. Taki korytarz do Pana Boga.
Niedaleko oazy widać przygotowującą się karawanę do Sudanu; transport odbywa się teraz nie przy pomocy wielbłądów, ale potężnych ciężarowych samochodów wyładowanych do maksimum towarami i ludźmi.
Pomimo upału powietrze jest rześkie, a roślinność bujna, przeważnie palmy daktylowe dużo lepszej kondycji niż te na wybrzeżu Libii. Jak się później okazało i daktyle znacznie większe i smaczniejsze od tych, które kupowaliśmy na rynku w Benghazi. Wszystko to sprawia woda, która znajduje się 10 metrów pod powierzchnią pustyni.
Po tym pierwszym rekonesansie wracam do campu.
Po drodze zatrzymuje się na małym ryneczku, ale z zakupów rezygnuję -owoce i jarzyny marnej jakości i, jak się później dowiedziałem, przywożone samolotem. Robię kilka zdjęć sprzedawcom, ale ich ciemne postacie przy kontraście silnego światła wyszły na slajdach jak negatywy (może teraz photoshop by pomógł).
Na campie pracuje kilku tubylców, co robią trudno określić, ale są. Wieczorem zapraszają nas na obiad, na stole oprócz ryżu z mięsem pojawia się duża miska krewetek, oczywiście z puszki. Po obiedzie zwyczajowo herbata na sposób libijski.
Dowiaduję się, że nie jestem pierwszym Polakiem, który odwiedził Al Kufrę, byli tu polscy lotnicy wykonujący, jak się domyślam prace dla rolnictwa, a może mieli tu bazę do nawożenia pól w sąsiednim Czadzie lub Sudanie.
Dostajemy wspólny pokój z Omarem, po ciężkim i gorącym dniu z przyjemnością lądujemy w łóżkach.
Pracownicy campu zapewniają nas, że będziemy dobrze spali bez potrzeby włączania klimatyzacji, bo temperatura w nocy spada poniżej 20 stopni C. Faktycznie noc jest chłodna.
Nie było mi dane pospać, bo o piątej rano obudził mnie Omar, który odprawiał modły na rozłożonym na podłodze dywaniku.
Postanowiłem skorzystać z wczesnej pory i wybrałem się w stronę tych kręgów, które widziałem z samolotu, a okazały się polami pszenicy. Chciałem z bliska zobaczyć jak na pustyni można uprawiać zboże.
Rozwiązanie jest proste: każde pole o średnicy kilkuset metrów zraszane jest wodą za pomocą obracającego się w koło stalowego ramienia (zraszacza), zasilanego z odwierconej w środku okręgu studni. Można to porównać do wskazówki poruszającej się po cyferblacie zegara. Pszenica nie wysoka na jakieś 50 cm, ale kłosy dość obfite.
Oczywiście wszystko jest możliwe dzięki zasobom płytko położonej wody, co wykorzystała firma amerykańska, projektująca nawadnianie.
W drodze powrotnej widzę Omara w towarzystwie Libijczyka podążających z campu w moją stronę, mocno gestykulujących i dających mi jakieś znaki. Okazuje się, że chcieli mnie ustrzec przed wężami piaskowymi, które zadomowiły się na polach pszenicy i są niebezpieczne. Chowają się w piasku i mogą zaatakować jak się je przydepnie. Faktycznie widziałem na piasku ślady jakby od uderzenia bicza, a na polu liczne otwory. Szczęśliwie tego spotkania uniknąłem.
No, trzeba się brać do roboty. Zapoznaje się z dokumentacją techniczną instalacji wodno- kanalizacyjnej, biorę Toyotę i jadę zobaczyć osiedle hamletów, są tam kłopoty z wodą pitną, która została zanieczyszczona przez niewłaściwe odprowadzanie ścieków do gruntu.
Wybudowana przez Amerykanów osada jest pusta, niezamieszkana. Ciekawe rozwiązanie osady w kształcie plastra miodu chroni poszczególne gospodarstwa przed zasypywaniem piaskiem. Na środku każdej działki studnia głębinowa wody pitnej i budynek mieszkalny. Dookoła działki płot z buszu i materaców trzcinowych jako ochrona przed piaskiem. Płytkie położenie wody pitnej pozwala na uprawę i wegetację.
Wszystko prawdopodobnie dałoby efekty zgodnie z zamierzeniem, gdyby nie niechęć Libijczyków do osiedlania się i pracy na roli, oraz usunięcie Amerykanów z Libii, którzy nie dokończyli inwestycji.
Wieczorem mamy wizytę- przysiadł się do nas Niemiec i wypytywał o Polskę: „jak teraz tam jest?” Zdziwiony zapytałem, skąd to zainteresowanie? Okazało się, że w czasie wojny był zrzucony desantem spadochronowym „nad Swiebodzic”, i bardzo chciałby odwiedzić to miejsce- czy byłoby to możliwe? Może Pan pojechać bez problemu, chyba, że był Pan w SS, to odradzam.
Śmiałem się wieczorem z Omarem, że trzeba na noc dobrze zamknąć drzwi od pokoju.
Po dwóch dniach pracy skończyłem raport. Trzeba wracać. Ale to okazało się nie takie łatwe. Samoloty przylatują z Czadu i nie ma miejsc, oczywiście nie ma żadnych rezerwacji, kto silniejszy i wepchnie się do samolotu ten odleci. Żadne tłumaczenia, że jestem mohandysem** z Baladyii nie odnoszą skutku.
Po kilku próbach udaje się nam w końcu z Omarem „zabukować” i lecimy. Po dwóch godzinach lotu jesteśmy w Benghazi.
Mr Farag przyjął mnie bardzo serdecznie, zdjąłem mu poważny kłopot z głowy. Jak się później okazało inni kandydaci przed tą podróżą bronili się rękoma i nogami.
Minęło dobre 30 lat od tej mojej przygody, jeszcze wielokrotnie odwiedzałem inne miejsca na pustyni, ale ta wyprawa była najciekawsza i wywarła na mnie największe wrażenie, zawsze do niej wracam w myślach. Ciekaw jestem, czy i jak wiele od tego czasu się tam zmieniło. – Teraz po trzydziestu latach siedzę i szukam wspomnień na monitorze komputera Znalazłem „moją” oazę w Googlach-Earth, widać hamlety i pola uprawne, czy tylko pszenicy?. Jest ich znacznie więcej, czyli i tam przez te lata zaszły zmiany, a może pojawili się libijscy rolnicy?.
Jak łatwo się teraz podróżuje, choć tylko wirtualnie
*osada rolna, gospodarstwo
**inżynier z Zarządu Miasta

WIDOK AL KUFRAH Z SATELITY
DOŁĄCZ DO NAS 
|
Komentarze
Pozdrawiam
autor