JoomlaStats Activation
- Ąśram - wakacje z medytacją.
- Jesienna Poezja - sardyński likier z jagód
- Parowozy dymiące historią.
- Exploseum. Wybuchowa historia Bydgoszczy.
- Będomin Batalia Napoleońska 2011
- Jeep safari
- Mój pierwszy raz w Turcji
- Jachcice. Historia pewnej dzielnicy.
- O człowieku, który umiał obserwować.Tiziano Terzani.
- Osama bin Laden prywatnie. (cz.2)
- Osama Bin Laden prywatnie. (cz.1)
- Kanaryjskie szaleństwo
- Ściąga. Hiszpania ? Portugalia w 12 dni (cz.2)
- Ściąga. Hiszpania - Portugalia w 12 dni (cz.1)
- Święta głowa i nieczysta stopa. Niezwyczajne zwyczaje.
- Cegielski urodził się w Ławkach koło Trzemeszna a nie w Gnieźnie Więcej ...
- Przeczytałam Wasze -Kochane Druhny i Druhowie -wspomnienia. Przy wielu wzru... Więcej ...
- fajna ta remiza Więcej ...
- Jestem bylą mieszkanką Wiśliny ,i bardzo się cieszę ,że mogłam poznać histo... Więcej ...
- Bardzo ciekawy pomysł na opisanie życia brygidek. I myślę, że potrzebny. Sa... Więcej ...
- W Poznaniu znajduje się StuG IV ,Panzer IV został wykopany w tym roku w kwi... Więcej ...
- super Więcej ...
| Wpisany przez Łuki |
| wtorek, 02 lutego 2010 09:57 |
|
Wreszcie przyszedł sierpień 1939. Pradziadka razem z bratem zmobilizowano i przydzielono na Oksywie. Samotną, płaską „wyspę” na obrzeżach Gdyni. Prababcia stała się świadkiem ataku niemieckich cywilów na polski oddziała na dworcu w Gdyni. Niespodziewanie, wśród tłumu ludzi Niemcy zaczęli strzelać do polskich żołnierzy wchodzących na peron. Polski dowódca nie chcąc narażać cywilów wydał rozkaz „na bagnety”. Na sam dźwięk komendy, Niemcy w popłochu wskakiwali do ruszającego pociągu, wieszali się na wagonach i lokomotywie. Wtedy jeszcze uciekali wyśmiewani przez gapiów. Pradziadek mojego syna miał 39 lat kiedy po raz kolejny staną przed ryzykiem budowania wszystkiego od nowa. Wojna, jeśli nawet nie zabija to odbiera cały dobytek. Jego prawnuk, będzie w tym wieku prawdopodobnie u szczytu swojego rozwoju. Jego firma będzie miał silną pozycję, konsekwencja w pracy, której uczył się w szkole i na studiach zacznie przynosić coraz bardziej wymierne efekty. Dom już będzie skończony, odłożone pieniądze dadzą poczucie bezpieczeństwa. Jeśli nie dopadnie go poczucie pustki i wypalenia, być może zacznie budować coś nowego. A może skupi się na sobie, na wycieczkach już nie tylko w najbardziej egzotyczne miejsca na ziemi, ale na możliwe już wypady orbitalne? Po raz pierwszy popatrzy w tym wieku na ziemię z perspektywy jakiej nie daje największa wyobraźnia, a to zmienia podobno na zawsze. Pierwszego września zawalił się nie tylko codzienny ład, ale cały znany dotąd świat. Dla pradziadka i prababci mojego syna zaczęła się trwała przemiana, na zawsze. Kiedy pradziadek walczył zamknięty w kotle Oksywia, pod dom prababci Niemcy ściągnęli armatę. Wycelowana w Oksywie strzelała tak silnie, że trzęsła się ziemia. Ludzie, a szczególności dzieci nie przywykli jeszcze do zupełnie nowej sytuacji. Tylko niemieckie przyjaciółki zapomniały nagle polskiego, łapały za kołnierz polskie dzieci, które jak zawsze chciały bawić się piaskownicy i bezceremonialnie wyrzucały je na zewnątrz drąc się po niemiecku, że piaskownice „nur fur deutsche”. Na zawsze zniknęły niemieckie przyjaciółki z dzieciństwa. Pradziadek walczył w jednym okopie ze swoim bratem. Kiedy zluzowali ich oddział i odesłali na tyły usiedli z menażkami pod dużym drzewem. W jednej chwili jakaś siła wyrwała ich do góry i cisnęła kilka metrów dalej. W drzewo uderzył pocisk zabijając i raniąc. Im nie stało się nic.
groby obrońców Oksywia - 1939 Nie ma wielu wspomnień z okresu walki, może nikt nie chciał o tym pamiętać, nie chciał tego wspominać. Znów pozostało tylko wrażenie czegoś jakby ciemnego, oddzielającego wyraźną linią to co było kiedyś i to co było potem. Po upadku Oksywia pradziadek szukał zgrupowania, błąkał się po opustoszałym mieście i dopiero przy dworcu głównym, na torach kolejowych wypatrzył go niemiecki samolot. Zawracał kilka razy i lotem koszącym strzelał do żołnierza chowającego się pod wagonami. Do jednego żołnierza. Wtedy pradziadek mojego syna uświadomił sobie po raz pierwszy rozmiar klęski. To pytanie, które wtedy sobie zadał, przetrwało we wspomnieniach niezmienione: „ile oni muszą mieć paliwa i amunicji, żeby gonić samolotem jednego żołnierza?”. Po raz kolejny otarł się blisko o śmierć .
niemieckie samoloty przed inwazją na Polskę - 1939 Dalej wspomnieniowa luka, nieznany stalag, dwa lata „wypoczynku” tym razem u Niemców. Prababcia mojego syna pozostała wtedy w Gdyni. Niemiecka administracja proponowała jej podpisanie „eingedeutsche” – listy narodowościowej w grupie nieniemców nadających się do germanizacji. Była przecież Kaszubką, ale jej sytuację komplikowało małżeństwo z Polakiem. Ale dla niej bycie Kaszubką i Polaką znaczyło to samo. Odmawiała. Jej kuzynka poddała się. Podpisała listę bo miała dużo dzieci i potrzebowała niemieckie kartki. Nikt jeszcze wtedy nie rozumiał co to znaczyło. Nikt nie wiedział jaka to będzie wojna, co będzie znaczyło „volksdeutsch”. Tłumaczyła się prababci mojego syna na klatce schodowej przed swoim mieszkaniem, czuła się z tym źle, przepraszała i prosiła, żeby w domu nie mówić po polsku, bo Niemcy chodzą i podsłuchują przez drzwi. Po kilku miesiącach przyszło jej zapłacić rachunek. Z płaczem przyznała się, że jej mąż został wcielony do wehrmachtu. Nie pamiętam ze wspomnień odrobiny współczucia, raczej poczucie sprawiedliwości. Potem przyszedł niespodziewany nakaz opuszczania mieszkań. Dostała piętnaście minut na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy i wywieziono ją na stacją kolejową. Rodziny miały przenosić się do miejsc urodzenia mężów. W bydlęcym wagonie wywieziono ją i wyrzucono w szczerym polu gdzieś pod Łodzią – w Generalnej Guberni. Musiała kątem zamieszkać u rodziny swojego męża, tam czekała na jego powrót. Znów znaleźli się w biednej wsi pod Łodzią. Przynależność narodowa stała się najważniejszym wyznacznikiem życia. Pojęcie niemieckiego przyjaciela przestało istnieć, nawet wspomnienia z dzieciństwa jakby same się wymazywały, jeśli nie pasowały do otaczającej rzeczywistości. Znikali Żydzi, stali się synonimem największego nieszczęścia. Wszyscy mieli świadomość, że Polacy będą następni. Za dnia we wsi rządzili Niemcy, w nocy przychodzili partyzanci. Nocowali po stodołach, wygłodniali wyjadali brudnymi paluchami konfitury ze słoików, brali zapasy jedzenia, cerowali odzież. Wszystko podzieliło się na my i oni. Ich prawnuk, po przekroczeniu czterdziestki nie wiele będzie rozumiał z pojęcia „narodowość”. Może język polski, będzie dla niego wspomnieniem miłych chwil z dzieciństwa, a może czymś mało praktycznym, ale dającym poczucie przynależności do jakiejś wspólnoty, poczucie posiadania własnych korzeni. W jego świcie narodowość będzie najmniej istotna – będzie przecież pracował nie tylko z Niemcami i Żydami, ale z Chińczykami , czy Brazylijczykami. Od narodowości ważniejsza będzie uczelnia jaką się skończy, fachowość, pomysłowość. Język to tylko narzędzie, którym trzeba się komunikować – im bardziej precyzyjnie, tym lepiej. Wreszcie ze stalagu wrócił pradziadek mojego syna. Trzeba było dalej żyć, przyzwyczaić się do nowej codzienności. Zresztą on przeżył już prawie wszystko – nędzę, Syberię, wojnę, dostatek. Potrafił się odnaleźć. Pierwsze ich dziecko zmarło na zapalenie opon mózgowych, drugie na zapalenie płuc. Dla Polaków nie było lekarstw ani wysokokalorycznej żywności. Dopiero trzecie dziecko – córka – przeżyła. Wszystkie porody odbywały się w domu, bez asysty lekarza, tylko z akuszerką. Kobieta do tego stopnia odpowiedzialnie traktowała swój zawód, że również Niemkom pomagała przy porodach. Po wojnie zapłaciła za to ogoleniem głowy. W czasie porodu babci mojego syna do pokoju wszedł jeden z ostatnich Żydów we wsi – wiejski wozi woda. Uznano to za dobry znak i wróżbę pieniędzy, bo Żyd przy porodzie przynosił szczęście. Prawdopodobnie był to pierwszy i ostatni Żyd ortodoksyjny jakiego zobaczyła nowonarodzona dziewczynka. Szczęście jej przyniósł – przeżyła wojnę.
żołnierze niemieccy w GG - autor Gerhard Schweier Pod Łodzią znajomość języka niemieckiego była rzadkością. Prababcia mojego syna szybko została we wsi nazwaną „tą , która zna niemiecki”. Dlatego, kiedy Niemcy złapali trzech polskich partyzantów i postawili ich przed całą wsią żeby zrobić pokazówkę, to właśnie ją wyznaczono na tłumacza. Z jednej strony zbity tłum Polaków patrzący z lękiem i niechęcia na niemieckich żołnierzy, z drugiej trzech przerażonych chłopaków i niemiecki oficer. Po środku „ta, która zna niemiecki”. Będzie tłumaczyć. Niemiec zaczyna mówić. Prababcia mojego syna wsłuchuje się w jego słowa, ale nic nie zrozumie. Jeden raz, drugi, trzeci – bez skutku. Zrezygnowany oficer zabiera jeńców i Niemcy odjeżdżają. Nie pomogły tłumaczenia, że oficer był Austryjakiem, a niemiecki z Austrii to nie ten sam niemiecki co w Gdańsku. „Ta, która mówi po niemiecku” najadła się wstydu przed całą wsią, a wspomnienie fatalnej kompromitacji wracało długo po zakończeniu wojny. Z okupacji wspomnień nie było wiele. Opowieści prześlizgiwały się po latach krążąc wokół nędzy, głodu i ciągłego strachu. Zniknął gdzieś brat pradziadka mojego syna. We wspomnieniach go nie ma. Pewnie skrzętnie ukryto, że po wyjściu ze stalagu poszedł do lasu. Miejscowy, samotny mężczyzna z doświadczeniem frontowym, który wszystko stracił, był najlepszym materiałem do takiej roboty. A po wojnie, lepiej było o tym nie pamiętać. DOŁĄCZ DO NAS |
Zgłoś nadużycie




