KATEGORIE HISTORII
JoomlaStats Activation
ARTYKUŁY
- Ąśram - wakacje z medytacją.
- Jesienna Poezja - sardyński likier z jagód
- Parowozy dymiące historią.
- Exploseum. Wybuchowa historia Bydgoszczy.
- Będomin Batalia Napoleońska 2011
- Jeep safari
- Mój pierwszy raz w Turcji
- Jachcice. Historia pewnej dzielnicy.
- O człowieku, który umiał obserwować.Tiziano Terzani.
- Osama bin Laden prywatnie. (cz.2)
- Osama Bin Laden prywatnie. (cz.1)
- Kanaryjskie szaleństwo
- Ściąga. Hiszpania ? Portugalia w 12 dni (cz.2)
- Ściąga. Hiszpania - Portugalia w 12 dni (cz.1)
- Święta głowa i nieczysta stopa. Niezwyczajne zwyczaje.
KOMENTARZE
- jak odzyskac pieniadze z staropolskigo Więcej ...
- Cegielski urodził się w Ławkach koło Trzemeszna a nie w Gnieźnie Więcej ...
- Przeczytałam Wasze -Kochane Druhny i Druhowie -wspomnienia. Przy wielu wzru... Więcej ...
- fajna ta remiza Więcej ...
- Jestem bylą mieszkanką Wiśliny ,i bardzo się cieszę ,że mogłam poznać histo... Więcej ...
- Bardzo ciekawy pomysł na opisanie życia brygidek. I myślę, że potrzebny. Sa... Więcej ...
- W Poznaniu znajduje się StuG IV ,Panzer IV został wykopany w tym roku w kwi... Więcej ...
ZDJĘCIA
| Wpisany przez PiMBP Pruszcz Gd. | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| wtorek, 28 grudnia 2010 14:04 | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
ZWIĄZEK HARCERSTWA POLSKIEGO
KRĄG INSTRUKTORSKI DAWNEGO HUFCA ZHP PRUSZCZ GDAŃSKI
HARCERSKIE MARZENIA
HARCERSKIE WSPOMNIENIA
HARCERSKA DOLA
Idziemy naprzód i ciągle
pniemy się wzwyż,
by zdobyć szczyt ideałów –
świetlany harcerski krzyż.
Pruszcz Gdański 2010
Swoje wspomnienia, myśli oraz pieśni spisali:
Dh Teodor Cejrowski (TC)
Dh Henryk Kleinzeller (HK)
Dh. Nadzieja Kruk (Szymecka) (NKS)
Dh. Krystyna Góra (KG)
Dh. Dorota Kuropatwa (DK)
Dh Arkadiusz Opinc (AO)
Dh. Urszula Niklas (Gontarz) (UG)
Dh Marek Brągoszewski (MB)
Dh Edward Pietek (EP)
Dh Zbigniew Brągoszewski (ZB)
Oczekujemy na wspomnienia pozostałych instruktorów, którym harcerska przygoda zapisała się głęboko w sercu.
… „Podajmy sobie dłonie i mocny zwiążmy krąg
Niech iskra twórczej pracy przenika z rąk do rąk!
Romantyzm naszych marzeń w powszedni wplećmy dzień.
Chodźmy dalej, chodźmy wyżej ponad cień!
Instruktorski zwiążmy krąg,
Niech przyjaźń krzepi siłę naszych rąk!”
Wydanie pierwsze 2010r.
Całość przygotował do druku zespół instruktorów:
Urszula Niklas, Edward Pietek, Zbigniew Brągoszewski
Spis treści
Słowo wstępne dh. Teodora Cejrowskiego 4
Słowo wstępne dh. Albina Machnikowskiego 5
Komendanci hufca 6
Teodorowi! (DK) 7
Wspomina Teodor 8
Obóz harcerski w Ocyplu (1959 r.) (TC)
Moja pierwsza i jedyna (ZB)
Wspomnienia i limeryki Heńka i Broni 11
Na wspomnienia fali (HK)
Wspomnienia Anny, Doroty 25
Oddajcie nam marzenia (DK)
Głos polemiczny Nadziei 29
Co to się porobiło (NKS)
Wspomnienia Krystyny (KG) 30
Pieśni Arkadiusza (AO) 37
Harcerze z Pruszcza
Zlot w Przywidzu – czerwiec 2007
ZHP
Wspomnienia Urszuli (UG) 39
Pruszcz moje miejsce na ziemi
„Tu mi kaktus wyrośnie”
Pruszczańscy żeglarze – harcerze wspominają 42
Wspomina phm. Marek Brągoszewski (Horn)
Edek wspomina (EP) 45
(były komendant hufca)
Zbyszek wspomina (ZB) 51
(były komendant hufca)
Instruktorzy hufca ZHP Pruszcz Gd. 104
Ci, co odeszli na wieczną wartę 108
Druhny i Druhowie!
Choć czasy te odeszły w dal, została w naszych sercach pozytywna tęsknota i żal, że nie trwają dalej. „Wspomnienia” przybliżą nam, jak wspaniałe były wydarzenia i przeżycia na harcerskim szlaku przygody i pracy. Praca ta pozostawiła w naszych sercach uczucie z bardzo dobrze wykonanej instruktorskiej roboty, przygody, którą zgotowaliśmy naszym zuchom i harcerzom. Zbiórki zastępów i drużyn, wyprawy różnymi szlakami, złazy i zloty, biwaki, obozy stałe i wędrowne, kolonie zuchowe i kursy, kształtowały doświadczenia i postawy, umiejętności współżycia i współdziałania, charaktery podopiecznych, a także i nasze. Bardzo nam wszystkim brakuje tych naszych wspólnych przeżytych chwil. Trudno przelać na papier myśli i wewnętrzne uczucie ze wspaniale spełnionego instruktorskiego czynu na rzecz dzieci i młodzieży.
A teraz, dziś …? Mijają lata jeden za drugim, mija już trzeci rok od naszych dwóch czerwcowych Zlotów Instruktorskich w Przywidzu. Pozostają „Harcerskie wspomnienia” ciągle żywe i już takie pozostaną na zawsze, ale z nadzieją że znowu powstanie Hufiec Pruszczański.
Czuwaj !
hm Teodor Cejrowski
(długoletni komendant hufca ZHP Pruszcz Gdański)
Druhny, druhowie, przyjaciele, zainteresowani harcerstwem!
Przekazujemy niniejszym wydawnictwo „Harcerskie marzenia, harcerskie wspomnienia, harcerska dola”. Autorami są harcerze – weterani dawnego hufca ZHP Pruszcz Gdański.
Chcemy się z Wami podzielić przemyśleniami i zapamiętanymi obrazami zdarzeń minionych, które wydają się nam obrazami przeżyć godnych wspominania. Myśli te powstały po kilku latach spotkań zainicjowanych przez grupę instruktorów harcerskich (w tym trzech byłych komendantów hufca pruszczańskiego) w Przywidzu i innych miejscowościach.
Podczas szczególnie „przywidzkich zlotów” wspominano minione lata, obozy, wycieczki, zabawy, kontakty, gawędzono przy ogniskach, przypominano druhny i druhów, snuto dalsze plany spotkań - czyli harcerstwo pruszczańskie żyje nadal. We wspomnieniach druhów-seniorów budzi się tęsknota za dawnymi przeżyciami i chęć ich odnowienia. Hufiec żyje, chociaż go nie ma. Skąd się to bierze?
Harcerstwo w powiecie gdańskim miało swoje „złote” lata. Pod kierownictwem ww. komendantów skupiło w swoich szeregach liczną młodzież powiatu, mobilizowało do harcerskiego działania, Było autentyczną organizacją społeczno-wychowawczą dzieci i młodzieży, zuchów, harcerzy, instruktorów, przyjaciół dostarczającą im wspaniałych przeżyć, zbliżających ich do zachowań i wskazań zawartych w prawie i przyrzeczeniu harcerskim poprzez organizację zbiórek, wycieczek, biwaków, obozów, wędrówek , zdobywanie sprawności i stopni.
Harcerzy „przywidzkich” cechuje nostalgia za tym, co było ich udziałem w życiu społecznym Kraju, sprzeciw wewnętrzny wobec tego, co dzieje się w harcerstwie ostatnich lat, przeciw pewnemu „kryzysowi” w organizacjach dziecięcych i młodzieżowych. W czym się on , naszym zdaniem, przejawia?
Niezależnie od różnych polemik harcerstwo „zmalało” – mniej zastępów, drużyn, szczepów a nawet hufców; mniej młodzieży należy do harcerstwa. Zmniejszyło się więc oddziaływanie na młodzież. Zainteresowaniami młodzieży, kierunkami jej działalności rządzą różnorakie media, upowszechniają różnorakie poglądy, często sprzeczne z podstawowymi zasadami etyki, liberalne, forsujące różnorakie prawa – bez zobowiązań wobec drugiego człowieka, wobec społeczeństwa. Nadmierna wolność, bezprawie staje się zagrożeniem dla społeczeństwa, ale również dla jednostki.
Dlatego warto wracać do ideałów harcerskich, zarówno do tych ogólnych jak niepodległość, demokracja, wolność, poszanowanie człowieka, jak i tych bardziej szczegółowych, zawartych w prawie i przyrzeczeniu harcerskim, uzewnętrznionych w znaczku zuchowym, lilijce (Ojczyzna – Nauka – Cnota) i znaczku harcerskim (krzyż, lilijka, liście laurowe i dębowe, słowo „czuwaj”). Formy działania pozostają te same wzbogacone o nowoczesne środki techniczne.Wydając „Harcerskie wspomnienia…” instruktorzy seniorzy mają nadzieję nie tylko wskrzesić wspomnienia, ale i działanie samych seniorów, zmierzające do zainteresowania wtórnego samym harcerstwem instruktorów – seniorów i byłych instruktorów oraz ich dzieci, wnuki a nawet prawnuki, oraz przyjaciół.
Czuwaj i działaj !
hm. Albin Machnikowski
(długoletni Inspektor Oświaty w powiecie gdańskim, dyrektor Biblioteki Pedagogicznej)
Komendanci Hufca ZHP w Pruszczu Gdańskim
W latach od 1945 do 1959 roku na terenie Pruszcza Gdańskiego i powiatu gdańskiego podejmowane były próby tworzenia drużyn harcerskich. (W oparciu o placówki oświatowe, SP przy ul. Wojska Polskiego od 1945r. i od 1951r. przy szkole TPD ul. Kopernika).
Działania te prowadzili między innymi: dh Aleksander Janczała – członek Szarych Szeregów, dh Kazimierz Deja, dh Teodor Cejrowski, dh Antoni Schneider (założył drużynę harcerską przy szkole TPD – obecny ZS Nr 1).
Rozkazem KCh w Gdańsku z dnia 03.05.1959r. na stanowisko Komendanta Hufca ZHP w Pruszczu Gdańskim został powołany dh Teodor Cejrowski. W 1962 roku na I Konferencji Sprawozdawczo Wyborczej Hufca w wyniku demokratycznego wyboru została mu powierzona funkcja Komendanta Hufca, którą pełnił jeszcze przez następne kadencje do 1970r.
Komendanci Hufca
1. dh Teodor Cejrowski 1959 – 1970
2. dh Edward Pietek 1970 – 1973
3. dh Ludwika Pendlowska 1973 – 1975
4. dh Telesfor Dalida 1975 – 1975
5. dh Grażyna Grabowska 1975 – 1981
6. dh Józef Miedzianowski 1981 – 1981
7. dh Zbigniew Brągoszewski 1982 – 1984
8. dh Małgorzata Słowik 1984 – 1986
9. dh Ryszard Krysiak 1985 – 1986
10.dh Karolina Małolepsza 1986 – 1990
11.dh Andrzej Jóźwiak 1990 – 1995
12.dh Jan Kuras 1995 – 1996
Rozkazem Komendanta Gdańskiej Chorągwi ZHP L9/96 z 25.09.1996r. rozwiązano Komendę Hufca w Pruszczu Gdańskim. Działające jednostki organizacyjne na terenie powiatu gdańskiego włączono do Komendy Hufca ZHP Gdańsk Śródmieście.
W 2007r. zespół instruktorów byłego hufca ZHP w Pruszczu Gd. pod przewodnictwem druha Teodora Cejrowskiego podjął próbę aktywizacji środowiska harcerskiego i instruktorskiego na terenie powiatu gdańskiego organizując I Zlot Instruktorów byłego Hufca ZHP w Pruszcza Gd., który odbył się w miesiącu czerwcu 2007r. w Przywidzu. Kolejny zlot odbył się w 2009r.
III Zlot Instruktorów byłego Hufca ZHP w Pruszczu Gd. odbył się w dniach 11-13.06.10r. w Przywidzu. (W Pruszczu widać coraz więcej harcerzy).
Teodorowi !
Za horyzont powędrowało słońce.
Mleczne mgły usiadły na jeziorze.
Skuliły główki stokrotki na łące,
i ptaki skończyły pieśni wieczorne.
A my staliśmy w kręgu harcerskim.
Nie dowierzając, że kończy się spotkania czas,
że spleciemy dłonie w uścisku braterskim
na II Zlocie Przywidzkim ostatni raz.
Wszystkie spojrzenia powędrowały tam,
gdzie stał komendant zgrupowania.
I choć komendę nie tworzył sam
do niego leciały najczulsze westchnienia.
Bo choć staliśmy się niewidzialni,
On dojrzał nas, pozbierał, obudził.
Bo ciągle jest wodzem idealnym.
Bo ciągle bardzo kocha ludzi!
Dlatego nasz Drogi Teodorze
ukłoń się Eli, Halince, Zbychowi!
Ogłoś alert! Byśmy za rok o tej porze
na III Zlot Przywidzki byli gotowi!
Dorota Kuropatwa
Przywidz 19,20,21 czerwca 2009.
W S P O M I N A T E O D O R
Obóz harcerski w Ocyplu. (1959r.)
Komendant Chorągwi z dniem 3 maja 1959r. powierzył mi pełnienie obowiązków Komendanta Hufca w Pruszczu Gdańskim. Razem z śp. Kazikiem Deją mieliśmy niecałe dwa miesiące na przygotowanie i zorganizowanie pierwszego obozu hufca, w miejscu pięknie położonym w Ocyplu, w powiecie starogardzkim.
Po przyjeździe na miejsce podobóz harcerek zlokalizowaliśmy nad małym jeziorem, a harcerze rozłożyli namioty (wypożyczone od wojska i Komendy Chorągwi) nad „Jeziorem Wielkim Ocypel” z piękną wyspą. Żeby przygotować warunki do spania trzeba było wykonać prycze z żerdzi (otrzymaliśmy bezpłatnie od leśniczego) zgodnie z zasadą „harcerz nie używa gwoździ”. W każdym namiocie zrobiono jedną długą pryczę wiązaną sznurkiem do snopowiązałek. W tym miejscu dygresja. Niektóre namioty były w takim stanie technicznym, że jak padał deszcz to harcerze siedzieli i łapali wodę do menażek. Podobóz harcerek miał ułatwione zadanie bo otrzymał namioty sprawne, a do spania łóżka składane (kanadyjki przekazane hufcowi przez wojsko). Wojsko przekazało nam sienniki, które napełniliśmy słomą od miejscowego rolnika. Od innego rolnika otrzymaliśmy kilkanaście cegieł do zbudowania kuchni (wspólnej dla podobozów), a która tak kopciła, że zastęp dyżurny miał dużo roboty by doczyścić piaskiem osmolone kotły. Kwatermistrz zaopatrywał w żywność przywożąc artykuły na własnym rowerze.
Pierwsze pięć dni przeznaczone były na wyposażenie namiotów w półki na odzież, plecaki, walizki i obuwie, wieszaki na ręczniki, wykonanie totemów, zbudowanie stołów i siedzisk, wykopanie dołu z urządzeniem „latryny” (ubikacji) a dla zachowania intymności osłoniętej gałęziami. Odbyło się także uroczyste (jej ) otwarcie i przekazanie do użytku z nauką korzystania z niej. Wszystkie te i inne prace (ogrodzenie podobozów, wytyczenie kąpieliska …) zakończone zostały uroczystym apelem z wciągnięciem flagi na maszt.
Pozostałe obozowe dni wykorzystane były na zajęcia programowe: zdobywanie sprawności, naukę piosenek, gry i zabawy, podchody, wyprawy terenowe, kąpiele. Każdy dzień kończyliśmy ogniskiem.
Na zakończenie obozu odbył się bieg sprawnościowy zakończony przyznaniem stopni harcerskich i uroczystym złożeniem przyrzeczenia z wręczeniem krzyży harcerskich.
Dobrze gospodarowaliśmy środkami finansowymi, że po zakończeniu akcji letniej mogliśmy zakupić trzy nowe namioty 10 osobowe. Od tej pory hufiec zaczął się bogacić w sprzęt biwakowo – obozowy.
(TC)
PS.
(ZB) Ja miałem przyjemność uczestniczyć w tym obozie (wspomnienie „Moja pierwsza i jedyna”} wraz bratem Markiem, a niedawno Ewa Świtalska (Kinkel) poinformowała mnie, że to był też jej „pierwszy” (obóz). Odnośnie tej wyspy to nazywaliśmy ją „rób co chcesz”, nie mylić z zawołaniem „róbta co chceta”. Spędziłem na niej w samotności ponad 12 godzin bez jedzenia i picia, zdobywając sprawność „Trzy Pióra”, ale trudniejsza była próba gdy przez 12 godzin nie wolno mi było „mówić”.
(ZB) Odnośnie namiotów to intrygowały mnie znajdujące się na nich wielkie litery OH.
Podczas jednego ogniska dh komendant wyjaśnił nam ten symbol nawiązując do historii ZHP.
(ZB) Nawiązując do nauki korzystania z latryny, przypomniał mi się jeden z incydentów związany z likwidacją obozu, w tym i latryny. Miało to miejsce na obozie w Karpnie k/Lipusza. W Zielony Dzień jacyś dowcipnisie (może to była grupa przestępcza – reakcyjna) podpiłowali główne siedzisko (drąg). Dwóch harcerzy (w tym Bogdan W.) niestety „wykąpało” się w dole kloacznym, a dopiero potem w jeziorze. Śmierdzieli do wieczora.
(„Wywiadowca” Bogdan W. już nie śmierdzi – pracuje w Przedsiębiorstwie Robót Czerpalnych i Podwodnych. Czyżby wzmianka o tym incydencie w jego CV pomogła mu uzyskać tam pracę?)
MOJA PIERWSZA I JEDYNA
Ocypel 1959 rok.
To był mój pierwszy obóz harcerski, na który pojechałem wspólnie z moim bratem Markiem, jeszcze zuchem. Jako syn wojskowego, częste wyjazdy i obcowanie z lasem nie były mi obce. Ale tu w Ocyplu po raz pierwszy budowałem sobie własne legowisko (pryczę), napychałem siennik słomą i codziennie ścieliłem łóżko.
Komendantem mojego podobozu był dh Teodor Cejrowski, był jeszcze podobóz dziewcząt (harcerek) lecz nie pamiętam kto tam rządził. Jak niedawno się dowiedziałem była w tym podobozie moja późniejsza koleżanka szkolna, ze szkoły średniej, Ewa Świtalska oraz druhna o bardzo intrygującym nazwisku Guzik. Komendantem całości był dh Kazimierz Deja.
Jego kolarzówka była dla naszego obozu głównym środkiem zaopatrzenia i kontaktu z okolicą.
Oprócz typowych zajęć harcerskich, zdobywania sprawności (Lekka Stopa, Kuchcik, Sobieradek, Technik Obozowy,…) były nocne warty i służba w kuchni.
Zajęcia odbywały się nad dużym jeziorem, na środku którego znajdowała się tajemnicza wyspa. Kuchnia zaś była posadowiona w pobliżu małego jeziora. Co kilka dni każdemu przypadał dyżur w kuchni. Obieranie ziemniaków i warzyw, mycie garów, znoszenie gałęzi na opał. Odpady wylewano, wyrzucano do specjalnych dołów, lecz można było na dnie jeziora również zobaczyć makaron i resztki zupy. Rybki miały wyżerkę.
W niedzielę przypadła mi służba kuchenna (gdyż do nas nikt nie przyjechał w odwiedziny). Po wykonaniu wszystkich prac miałem trochę wolnego, lecz cały czas musiałem przebywać w pobliżu kuchni. Postanowiłem zrobić sobie coś na wzór wędki i połowić ryby z pomostu kuchennego. Wędziskiem była moja ręka, zamiast żyłki trzymałem owiniętą na dłoni dratew, na końcu której umocowałem haczyk zrobiony z agrafki. Na haczyku umocowałem za radą wytrawnych wędkarzy dużą grudkę przerzutego chleba. Co za zaskoczenie, po kilku minutach wyciągnąłem na brzeg „potężną” rybę. Ważyła co najmniej dwa kilo i musiałem się mocno namęczyć, ażeby ona nie wciągnęła mnie do wody. Lecz na brzegu to ja już byłem „gieroj”. Jedno uderzenie kijem i ryba była moja. Ale wówczas nurtowało mnie pytanie: co mam z nią teraz zrobić? Całe szczęście , że to była niedziela odwiedzin i bardzo szybko znalazł się kupiec na moją zdobycz.
Otrzymałem za tę ogromną rybę tyle, że przez kilka dni miałem dodatkowe porcje słodyczy dla siebie i moich kolegów z zastępu.
Była to moja pierwsza i jak się później okazało jedyna ryba złowiona w moim życiu.
(ZB)
WSPOMNIENIA I LIMERYKI HEŃKA I BRONI
Na wspomnienia fali
Tam w lesie nad jeziorem,
wesoły ogień płonie w tę letnią, jasną noc.
Z niego młodzi duchem staruszkowie
do wspomnień czerpią moc.
O! Teodor jest wśród nas,
opowiada starodawne dzieje
więc
Czuwaj wiaro i wytężaj słuch,
do ucha aparat włóż,
i przestań wycierać kurz.
Wszyscy wraz, wszyscy wraz
wspominajmy czas, gdy
z miejsca na miejsceś lazł,
kwitły róże i bzy
a spokoju nie dawałaś mi ty.
Szara harcerko…
spójrz na Misia,
niech przypomni on chłopca ci
w tym towarzystwie weteranów.
Kołysał wiatr złocistym łanem
gdzie dzisiaj ugory śpią,
tam na widecie stawałeś z ułanem
na obozach, co jeszcze nie śnią.
Tam w zielonym gaiku
kukała kukaczka
a lato pachniało miętą.
Wesół i śmiały
przez wichry, burze,
błota, kałuże
pędziłeś, gdzie strumyk płynął zwolna,
a pośród drzew, a pośród drzew
latryna rozsiewała cudowny swój ziew.
Już lipa roztula
słoneczny swój puch
i już pogodne woła słońce
więc
Mamma ciao
i dopiero
ruszaj w drogę, kochana drużyno
fordem, fiatem, nissanem i skodą.
Z drogi śledzie, bo oto jedzie
wczorajsza młodość, młodość, młodość.
Wnet przejedziemy
może tysiące wiosek i mil,
przez pola, lasy i łąki
zajedziemy w ciemny las.
Nad dachem tropiku rozpostrze się blask
i złote schylą się palmy.
Przygotował zuch dwie nogi,
a i trzecią, co się zowi,
tęgi kostur, iście z drewna,
dwie poprzednie mocno wspiera.
Bo, proszę druhny i druhów:
Bambosze piecucha – to dla nas,
puchowa poducha – to dla nas.
Słońcu, czy w blasku gwiazd
trzymamy się naszych gniazd,
bo tu
Jak dobrze nam wspominać góry,
harce, wycieczki, obozowych przeżyć moc,
w dalekim porcie, gdzieś na krańcu świata,
zielone wzgórza nad Soliną,
gdzie gwiazdki z mgiełką siną
gdy
Słoneczko nasze
budziło nas wczesnym rankiem
a tu pole , a tu las.
Tutaj, harcerko, obóz nasz.
I chociaż każdy z nas jest młody,
Nie ma to jak skautką być, skautką być, skautką być
w ciepłym domku ziółka pić, ziółka pić, ziółka pić.
Tutaj życie płynie jak w bajce.
Gdy tak na was patrzę, to myślę sobie:
Bando, bando…
być może jaszcze minie chwila,
zanim dobiorą się do ciebie minister Ziobro, IPN
i wydział do walki z przestępczością niegdyś zorganizowaną.
(Ta proza – to proza życia)
A nam wszystko jedno,
bo
życie jest krótkie, jak dziecka koszulka.
Aż wreszcie
Popłyniemy sobie w dal błękitną
tam, gdzie się kończy horyzont
i leży nieznany ląd.
Więc popłyńmy raz jeszcze
w tę dal siną…
i patrzymy z zadumaną miną
w
Płomienie, płomienie,
wspomnienie, wspomnienie,
co nigdy nie wypali się do końca.
Już słoneczko na zachodzie
przegląda się w cichej wodzie,
Już minął dzień,
już nocy cień,
jeszcze tylko wieczorne tabletki
i doczekać się słodkich śnień.
Przy innym ogniu, w inną noc
do zobaczenia znów.
Na koniec dziękuję wszystkim autorom, których twórczą myśl tutaj tak niecnie wykorzystałem, za co ich najmocniej przepraszam.
Henryk Kleinzeller
Przywidz, 16 czerwca 2007r.
WĘDRÓWKI INSTRUKTORSKIE HUFCA PRUSZCZ GDAŃSKI
Kaszuby 08.1962
Góry Świętokrzyskie 02-14.08.1965
Bieszczady 02-15.08.1966
Jura Krakowsko-Częst. 03-16.08.1969
Lubelszczyzna 04-15.08.1970
Bieszczady 06-21.08.1971
„Hej wycieczko, hej, daleka...” – to zawołanie z harcerskiej piosenki inspirowało mnie przez cały czas harcowania. W drużynie realizacja była stosunkowo prosta: „Więc chlebak przez ramię i hajda...”. Z instruktorami było jednak trudniej. Moja pierwsza propozycja jako drużynowego kręgu instruktorskiego drużynowych młodszoharcerskich – powędrowania po Kaszubach, spaliła na panewce. Przyszła chyba za wcześnie, może nie znaliśmy się jeszcze wystarczająco, nie było tego poczucia więzi, którą dzisiaj uważamy za naszą wspólną zdobycz. Maksymalna liczba zgłoszeń osiągnęła 5, co Teodor uważał za wystarczającą podstawę do sfinansowania przez hufiec. Potem jednak wycofały się 2 osoby, a trzecia zrezygnowała, gdy powiedziałem, że w związku z tym przekształcamy wędrówkę w przedsięwzięcie prywatne. Mimo to zaplanowana trasa została zrealizowana: wspólnie z Bronią przewędrowaliśmy od Kościerzyny przez Juszki, skansen we Wdzydzach, Stężycę, Chmielno do Kartuz. Kilka razy korzystaliśmy z namiotu „dwójki” z hufcowych zasobów, ale pogoda nas nie rozpieszczała, mieliśmy tylko dwa słoneczne dni.
Minęły dwa lata intensywnego rozwoju hufca (dzięki wielkiej pracy druha komendanta i nieocenionemu wsparciu druha inspektora) i udanych obozów i kolejna propozycja, żeby nie najtrudniej – Góry Świętokrzyskie – znalazła dosyć duże uznanie (pewnie przynajmniej po części dlatego, że na czele miał iść Teodor). Na podstawie zdjęć można stwierdzić, że było nas przynajmniej jedenaścioro, ale w pamięci mam liczbę 12. Ja „robiłem” za oboźnego. Warto chyba wymienić tych pionierów: Teodor Cejrowski, Bożena Cejrowska, Lucjan Mączka, Gucio Tecław, Eugeniusz Modrow, Bronia i Heniek Kleinzellerowie oraz cztery lub pięć osób, których po tych 45 latach już nie potrafimy nazwać. Trasa: Nowa Słupia – pasmo Łysogór – Bodzentyn – Zagnańsk – Św. Katarzyna, a potem jeszcze Kielce – Chęciny – Góra Miedzianka (nie była jeszcze odkryta jaskinia Raj). Nocowaliśmy przeważnie w stodołach, poza tym w schroniskach PTTK i w Szkolnych Schroniskach Wycieczkowych. Wszyscy uczestnicy zdobyli Górską Odznakę Turystyczną.
Chyba spodobała się ta forma „harcowania”, bo rok później hasło „idziemy w Bieszczady” miało szeroki odzew, ale ostatecznie znowu wyruszyło 12 dzielnych. Literacką próbkę relacji z tej wędrówki dał Zbyszek Brągoszewski. Ze względu na zdecydowanie już górski teren i słabe jego wówczas zagospodarowanie przyjęliśmy system kilkudniowych biwaków we własnych (znaczy: hufcowych) namiotach i wypadów z nich w różne strony. Stacje: Nowy Łupków, Cisna, Ustrzyki Górne. Po drodze w góry zaliczyliśmy jeszcze Wawel i Wieliczkę. Po tygodniu, w Cisnej, opuścił nas Teodor i przejąłem po nim „berło” komendanta.
Dwa następne lata stały pod znakiem dwuturnusowych obozów w Małym Cichym i nie było możliwości, a pewnie i potrzeby organizowania wędrówek.
Rok 1969 – najpiękniejsza bodaj wędrówka przez Jurę Krakowsko-Częstochowską. Nie przypominam sobie ani jednego deszczowego dnia. Cudowne krajobrazy, wesoła i zgrana „paka”, na liczniku nabiło 120 km, nie licząc zwiedzanych miast. Trasa: Częstochowa – Olsztyn – Bobolice – Pilica – Pustynia Błędowska – Olkusz – Ojców – Kraków. Uczestników było 13 albo 15, w każdym razie liczba nieparzysta, bo byliśmy podzieleni parami na „kochery”, a do naszego kochera należał jeszcze Zygmunt Gürtler jako trzecia łyżka. Oboźnym był Stefan Lipowy. Cecha szczególna tej wędrówki: dwanaście (albo czternaście) jasnych słomkowych kapeluszy i jeden filcowy z mnóstwem przypiętych znaczków „przewodnicki” (własność zdaje się Piotra Raro, ale codziennie na innej głowie aktualnego przewodnika). W dzień odjazdu z Krakowa do domu słomkowe kapelusze (niektóre z nich w stanie dosyć sfatygowanym) zostały uroczyście spławione z mostu do Wisły. Po tych kapeluszach rozpoznawał nas po drodze z odpowiedzi mijanych mieszkańców Zbyszek Nelke, który spóźnił się na start i usiłował nas, jako stary „bąbelkowy” wyrypa, dogonić. Udało mu się to dopiero w Krakowie na „Oleandrach”.
W następnym roku wędrówka po Lubelszczyźnie znowu została przekształcona w prywatną – ostało się ino czworo uczestników, którzy jednak postanowili planowaną trasę odbyć. Byli to: Zygmunt Gürtler, Rysiek Lipowy, Bronia i Heniek. Trasa: Puławy – Kazimierz Dolny – Nałęczów – Lublin – Szczebrzeszyn – „szumy” Tanwi – Krasnobród – Zamość.
Wreszcie ostatnia z wędrówek instruktorskich po Polsce – ponownie Bieszczady. Miały chyba większą siłę przyciągającą i większą reklamę: książka, trzy filmy i kilka przebojowych piosenek. Ze zdjęć doliczyliśmy się 13 uczestników. Z ciekawszego wyposażenia byliśmy zaopatrzeni w kilka strzykawek i surowicę przeciw jadowi żmij, które (strzykawki, a nie żmije) na szczęście nienaruszone wróciły z nami do domu. System noclegów i trasa zbliżone do poprzedniej, chociaż zaliczyliśmy także nowe cele, np. Wielką Rawkę (1303 m npm.) i wieś Solinkę, a raczej miejsce, gdzie kiedyś była. Z miast na trasie dojazdowej wymienić należy Rzeszów, Przemyśl, Krasiczyn, a w czasie powrotu Łańcut.
Dla uzupełnienia dodam, że po jedenastu latach od pierwszej wędrówki wróciliśmy z naszymi dziećmi w Góry Świętokrzyskie, a nawet nocowaliśmy w Hucie Szklanej w tej samej stodole, co poprzednio. Natomiast sześć lat po ostatniej wędrowaliśmy z nimi znowu po Bieszczadach, nocując kilkakrotnie w harcerskich stanicach akcji ZHP „Bieszczady”.
Heniek Kleinzeller
Limeryki harcerskie
Przywidz, 12 czerwca 2010-06-10
Bronia i Heniek Kleinzellerowie
Hufcowego z okolic Gdańska
ponosiła fantazja ułańska:
do munduru zakładał ostrogi,
akselbanty i inne wyłogi
i do tego nosił się z pańska.
Raz drużynowy z Szadółek
uległ czarowi dwóch kółek:
na kółkach owych jechała
blondyna – sto kilo ciała.
Ale dosyć już tych pierdółek.
Zastępowy z Doliny Radości
z rozkoszą zaliczał sprawności.
Gdy którąś zaliczył, to znaczka
przyszywał sobie do ptaszka.
Wkrótce mu zbrakło długości.
Dawna druhna z pobliskiej Bogatki
na jarmarku sprzedawała gatki,
małe, średnie i duże,
w ciapki, kwiatki i róże
i płaciła od tego podatki.
Jeden druh z Pruszcza znany był z tego,
że dorabiał rymy do prawie wszystkiego.
Nawet w chwili intymnej
stękał: Niech sobie rymnę.
A właściwie – co nam do tego.
O pewnej druhnie z okolic Pruszcza
mawiano cichcem, że się puszcza.
Głupia była to fama,
bowiem dziewczyna sama
twierdziła, że tak się odtłuszcza.
Pewien harcerz z Trąbek Wielkich
lubił druhny jak modelki.
Dzisiaj te kobiety,
mimo ścisłej diety,
noszą wyłącznie XX-elki.
Pewna harcerka z Przywidza
zoczyła raz w lesie rydza.
Gdy go złapała za trzon,
rydz nagle krzyknął: „Won!
Ja się harcerek wciąż wstydza!”
Pewna druhna w mokrej Iławie
wciąż leżała bokiem na trawie.
Było tak razy kilka,
aż złapała tam wilka
i jęknęła – jakże ja go strawię.
Na obozie w Wygoninie
kwatermistrz kupował dynie.
Na targ zaś w celu przymiarki
zabierał druhny kucharki.
Kwatermistrz ten wciąż z tego słynie.
Była przyboczna w Kolbudach,
która ciągle marzyła o cudach:
a to, że się na księżnę wykształci,
a to, że ją wreszcie ktoś zgwałci...
ale wszystko szło jak po grudach.
Pewien harcerz rodem z Kociewia
zbierał w chacie różne badziewia:
maszty, śledzie i liny,
obozowe latryny...
Nie wiem, gdzie to teraz podziewa.
Raz drużynowa z Linii
przyszła na zbiórkę w bikini.
Gdyby to była drużyna męska,
druhna byłaby zwycięska,
jednak na zuchach to wrażenia nie czyni.
Jeden harcerz z obozu w Sasinie
podkochiwał się w ładnej dziewczynie.
Ale druhna zuchwała
wnet go z błotem zmieszała.
Pewnie afekt ten szybko mu minie.
Pewien harcmistrz z Pruszcza Gdańskiego
zrobił dla miasta wiele dobrego.
Pod torami ten chłopak
tunel kazał przekopać.
Do dziś ludzie cieszą się z tego.
Jedna druhna z gdańskich rubieży
życie chciała spędzić z rycerzem.
50 lat bez mała
swego druha szukała.
Że go znajdzie – jeszcze w to wierzy.
Małe zuchy z Bojana
już nie chcą wierzyć w bociana
od czasu, gdy ich druhnie
po kolonii brzuch puchnie,
gdy w nocy rzadko bywała sama.
Pewna skautka z miasta Getyngi
ubierała się jedynie w stringi,
nagością zaś swego ciała
mieszczan epatowała
przez uliczne rowerowe treningi.
Pewna druhna urodzona w Pszczółkach
roztkliwiała się, mówiąc o ziółkach.
Robiła ciągle napary,
nalewki i odwary,
pijąc je była zdrowa – że ach.
Druh sztorman od wodniaków
o dziwo – nie lubił kajaków.
„Bo to wiecie, pod żaglem
można mieć z druhną zabawę,
a z kajaka łatwo stać się żerem dla raków.”
Pewien harcerz z Kościerzyny
na ognisku dziwne robił miny.
Nie dziwmy się temu niebodze,
bo każdy grymasiłby srodze,
gdyby siedział na ogniu od godziny.
Harcerz Orli z Łostowic
nie wiedział, gdzie leży Sobowidz.
Tłumaczył się wodzowi Kręgu,
gdy znalazł się w jego zasięgu:
„A czy ja jestem jasnowidz?”
Starsza druhna z miasta Koluszki
uwielbiała prać dziecięce pieluszki,
a przy tym gromadka cała
spódnicy jej się czepiała.
Były to małe jej zuszki.
Harcmistrz jeden z Biłgoraja
na Wielkanoc malował jaja,
najpierw sobie, potem zaś innym,
i nie ustawał być czynnym
nawet w połowie maja.
Harcerska para z Braniewa
zgłosiła, że się spodziewa
powiększyć swoją drużynę
o jeszcze jedną dziecinę,
bo ciągle im się zachciewa.
Pewien rolnik ze wsi Subkowy
co tydzień bijał krowy,
bo mu harcerze powiedzieli,
że nie bije się konia przy niedzieli,
a o krowach nie było tam mowy.
Drużyna harcerska z Kłodawy
przyniosła sprzęt do naprawy,
obozowy oraz fortepian
wyjaśniając: „Bo wie pan,
on wydaje się nam koślawy”.
Arek z Łostowic i Antek z Szadółek
tworzyli jedną z najfajniejszych spółek.
Ciągle kawały
ich się trzymały.
Mówię wam – towar z górnych półek!
Drużynowa z Osowej
dzwoni do zastępowej.
Powinno być chyba z Osowy,
ale nie ma tu Sowy
Pszemondżałej, więc sprawę tę olej.
Raz Naczelniczka z Warszawy
tłumaczyła wzrostu Związku podstawy:
„Koedukacja, proszę druhny i druhów,
przysporzy nam zuchów jak muchów!”
Oto, jak mają się sprawy.
Nasze piosenki
pięćdziesiąt, czterdzieści, trzydzieści lat później
Przywidz, 12 czerwca 2010
Henryk Kleinzeller
Płonie ognisko i szumią knieje,
druh Teodor jest wśród nas,
wskrześmy razem starodawne dzieje,
naszej wiosny piękny czas,
kiedy zapał nasz wciąż nie miał granic,
gdy się pracowało prawie za nic,
ale każdy wytężał swe siły
dla starego zet-ha-pe.
Niech smutki precz zginą,
wspomnienia niechaj płyną,
obsiądźmy ogień w koło,
z piosenką wesołą.
Uśmiechnij się kwaśno,
bo coś ci w krzyżu trzasło,
kłopoty zaś z łysiną
zgryzoty przyczyną.
Bando, bando,
jakże odmienił cię czas...
Bando, bando,
już kilku nie ma wśród nas...
Bando, bando,
nam jednak nie jest tak źle,
bo być może w przyszłym roku
tutaj znów spotkamy się.
Gdzie róża kwitnie polna,
niedawno minął maj,
tam harcerz człapie zwolna
i myśli: W to mi graj!
Bo przy nim tuż harcerka
podąża w ciemny gaj, podąża w gaj.
W tym gaju tak ponuro,
harcerzu, przytul mnie,
Sie robi, ma harcerko,
harcerz nie mówi nie!
Pocieszył ją, jak umiał,
a jej nie było źle, nie było źle.
Jeśliś jest smutny, czymś wielce zmartwiony,
masz ze snem kłopoty i forsy ci brak,
nalej se setkę rumianku lub mięty,
weź kielich w rękę i zaśpiewaj tak:
Rulati, rula, ostatnia koszula,
Rulati, rula, pasuje, że hej!
Rulati, rula, wesoła piosenka
gdzieś nam umknęła, poza tym – okej!
Chociaż każdy z nas jest młody,
lecz go starym dziadkiem zwą, babcią zwą.
My choć siwe mamy głowy
duchem ciągle młodzi są-ą-ą-ą!
Młodość, naszą młodość,
we wspomnieniach wiernie strzec, wiernie strzec.
Żadna siła nas nie zmusi,
żeby o niej coś tam złego rzec,
żeby o niej coś złego rzec, coś złego rzec.
Jak dobrze nam wspominać góry
siedzieć spokojnie i mieć czas,
nie niepokoić się, że z chmury
deszcz spadnie i pomoczy nas.
Mieć w uszach szum i ptasząt śpiew,
gdy z nadciśnieniem krąży krew,
tabletek garść i żel i maść,
gdy się do łóżka musisz kłaść.
Hejże hej, hejże hej, hejże ha, hejże ha,
żyjmy więc, żyjmy więc, póki czas, póki czas,
bo kto wie, bo kto wie, bo kto wie, bo kto wie,
czy jeszcze kiedy ujrzym was.
Obozowe tango śpiewam dla Ciebie,
chociaż dzisiaj w ciepłej chacie spędzasz życie swe.
Śpij moja kochana, nie czekaj na mnie,
gdy z podróży wrócę późno, znów obudzę Cię.
I choć nas dzieli od lat młodości pół wieku już,
nie zapominam zapachu dzikich róż,
co przy namiocie rosły i siały wonie.
Tamte dni pamiętam, chociaż mam już siwą skroń.
Towarzystwo weteranów – każdy zna tych panów,
co to przy niedzieli też tam panie mieli.
A Teodor za wstęp bierzy x złotych lub halerzy,
dobrze że nie euro, joj ta joj!
A muzyczka ino ano, a muzyczka rżnie,
bo przy tej muzyczce wiara bawi się wesoło.
Każdy z nas jest jeszcze jary, chociaż stary jest,
byle pić dawali fest a fest.
Maryśka, moja Maryśka,
nie wiesz, która to kieliszka?
Zębów już za wiele ja nie mam,
lecz sklerozy – wcale nie!
Tam w lesie nad jeziorem,
wśród wysokich, smukłych drzew,
tłum druhów dinozaurów
na Tedzia zjechał zew.
Najlepiej im się gwarzy
w tę letnią, jasną noc.
Skąd ci starzy do śpiewania czerpią moc?
To młodości wspomnień czar
tym młodym starym daje taki dar.
Czy to w noc, czy to w dzień,
snuje się za mną cień
harcereczki mej, com ślub z nią brał.
Kwitną róże i bzy, ale gdyby nie Ty,
to bym z życia już dziś nic nie miał.
Szara harcerko, śliczne Twe oczy
patrzą dziś na mnie przez szkła.
Ognisko płonie, iskry migocą,
chyba od dymu ta łza.
Z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór,
śpiewa piosenki harcerzy chór.
Choć sznapsbaryton zastąpił bas,
nikt tej radości nie pozbawi nas.
Co tam choroba, słaby wzrok,
albo cokolwiek chwiejny krok...
Niechaj nam jeszcze długo trwa
harcerska dola radosna.
ŻUBRY
Wyprawa z Ustrzyk Górnych na Tarnicę (1346 m) i Halicz (1333), czyli kulminację polskich Bieszczad, była ukoronowaniem całej wędrówki w 1971 roku. Jako że czekała nas długa droga, wystartowaliśmy dosyć wcześnie. Szliśmy głównym czerwonym bieszczadzkim szlakiem. Na początek dłuższy odcinek przez las pod górę. Po godzinie marszu kawałek bardziej poziomy, las mieszany, mocno podszyty. Niespodziewanie las się kończy (szedłem jako pierwszy) i otwiera się widok na niewielką polanę po wyrębie, otoczoną płotem z ponad dwumetrowych pali odpowiedniej grubości, na których rozpięto mocną drucianą siatkę. Płot otaczał szkółkę leśną, a wśród sadzonek... pasło się w odległości około 50 metrów stadko pięciu czy sześciu żubrów z dwoma młodymi.
Wycofałem się za najbliższy krzak i zatrzymałem resztę towarzystwa dalej na ścieżce. Powiedziałem możliwie cicho, o co chodzi i że jeżeli chcą zobaczyć żubry na wolności, to pojedynczo, ostrożnie i tylko głowę wystawić zza krzaka. Oczywiście prawie wszyscy chcieli, z wyjątkiem Broni, więc regulując ruch uzyskałem to, że każdy przeżył to spotkanie trzeciego stopnia. Tylko Bronia, która przypomniała sobie głośną tego lata historię turystki, zaatakowanej przez żubra, wycofywała się coraz dalej. Ale mnie bardzo zależało na tym, żeby również ona nie przegapiła takiej okazji i argumentując, że one są za mocnym ogrodzeniem, udało mi się ją w końcu namówić na spojrzenie na zwierzaki.
W tym momencie żubry jednak widocznie coś zauważyły, bo nagle podniosły łby, potem odwróciły się do nas tyłem i wziąwszy młode między siebie po prostu spokojnie przeszły przez płot, ten dalszy, który się położył, jakby był zrobiony ze słomy.
Odwróciłem się do Broni – stała blada jak ściana i po chwili drżącymi wargami wyszeptała: „A... mówiłeś, że... są... za... płotem!”
Po chwili na uspokojenie i wymianę wrażeń ruszyliśmy dalej. Po krótkim czasie znowu polana, tym razem nieogrodzona, dosyć długa. Ścieżka wiodła jej środkiem przez wysokie, pożółkłe już pod koniec lata trawy. Już z daleka zauważyliśmy dwa żubry pod ścianą lasu, ze sto metrów od nas i kilkadziesiąt metrów od ścieżki. Tym razem umyślnie nie zachowywaliśmy się specjalnie cicho, więc wkrótce nas zauważyły i znikły w lesie.
Tego dnia mieliśmy jeszcze jedną ciekawostkę przyrodniczą. Ratownik ze stacji GOPRu pod Tarnicą pokazał nam wielkie poroże jelenia, które znalazł niedaleko.
Natomiast historia z żubrem miała swój epilog w Sylwestra tego samego roku. Przyjęliśmy zaproszenie mieszkającego na Przymorzu przyjaciela naszego i Zbyszka Nelke, o pseudonimie Struś, podobnie jak Zbyszek członka Gdańskiego Klubu Turystycznego „Bąbelki”. Oprócz gospodarzy i nas było jeszcze jedno turystyczne małżeństwo, jak się okazało, on był prezesem klubu, a ona... bohaterką wzmiankowanej już historii z żubrem. A to było tak:
Spotkanie z żubrem, tylko jednym, miało miejsce mniej więcej tam, gdzie nasze. Po obejrzeniu zwierza z bezpiecznej odległości, pani postanowiła, jako że zachowywał się spokojnie, zrobić mu zdjęcie. Z aparatem przy oku wydawało jej się, że jest ciągle jeszcze za daleko na dobre ujęcie, więc mimo ostrzeżeń podsuwała się coraz bliżej. Wreszcie byk nie zdzierżył i zaszarżował. Nie tylko ją stratował, ale jeszcze przebił rogiem płuco. Po dosyć ciężkiej operacji wyszła z tego, ale ponad pół roku później mocno jeszcze odczuwała skutki tego spotkania bardzo pierwszego stopnia.
Heniek Kleinzeller
Listy do Redakcji
Archeologia w szkole
Straszyn, dnia 27 marca 1974 r. Szanowna Redakcjo!
Zamieszczone w nrze 3/73 Waszego interesującego pisma listy miłośników archeologii skłoniły i mnie do napisania o jednym z kierunków działalności 45 Drużyny Harcerzy im. gen. M. Zaruskiego w Straszynie, pow. Gdańsk. Drużyna działa przy szkole podstawowej i skupia młodzież w wieku 11-16 lat.
Tematyka archeologiczna występowała w pracy drużyny od dawna przy okazji uprawiania różnych form turystyki. Najbliższe znane grodziska średniowieczne w Pręgowie i Otominie nieraz były celem wycieczek harcerskich lub leżały na ich trasie. Kilka razy biwakowaliśmy na obu grodziskach, a organizowane tam uroczyste przyrzeczenia harcerskie pozostawiły niezatarte wspomnienia. Znajdowane na grodziskach ułamki ceramiki, często pięknie zdobione, rozbudzały wyobraźnię, a ślady badań archeologicznych skłaniały do zainteresowania się tą dziedziną nauki.
W roku 1972 nastąpiło znaczne pogłębienie tych zainteresowań, na co wpłynęły dwa fakty: odczyt wygłoszony w Straszynie przez mgr Elżbietę Choińską z Muzeum Archeologicznego w Gdańsku, oraz odkrycie w naszej miejscowości cmentarzyska
grobów skrzynkowych. Sporadyczne dotychczas kontakty z Muzeum Archeologicznym przekształciły się stopniowo w ścisłą współpracę. Dała ona piękne rezultaty już w czasie cyklu wycieczek organizowanych przez drużynę pod nazwą „Rajd brzegami Raduni". Wykorzystując informacje otrzymane w Muzeum poszukiwaliśmy śladów grodów wymienionych w literaturze, lecz dotychczas nie zlokalizowanych. Szczególnie cenną pomoc otrzymaliśmy od mgra Janusza Podgórskiego, który zapoznał nas z niektórymi tajnikami archeologicznej „kuchni". Udzielone przez niego wskazówki pomogły znaleźć niejako „po drodze" kilka nieznanych dotychczas osad wczesnośredniowiecznych oraz jeden kurhan. Ciekawych odkryć dokonano także w samym Straszynie i najbliższej okolicy: trzy osady wczesnośredniowieczne oraz jedną z późnego średniowiecza.
W następnym roku szkolnym zapoczątkowano nowy cykl wycieczek pod wspólną nazwą „Szlakami odkryć archeologicznych" – dowód to, jak temat „chwycił''. Interesujące i ważne były też własne odkrycia harcerzy: odnaleźli oni znane dotychczas tylko ze źródeł grodzisko średniowieczne w Borczu, a dostarczone przez nich do Muzeum ułamki ceramiki pozwoliły zlokalizować cztery osady z różnych okresów.
W tym też czasie, z inicjatywy harcerzy zorganizowano w szkole w Straszynie wystawę z plansz dostarczonych przez Muzeum.
W lecie 1973 roku harcerze pracowali na wykopaliskach prowadzonych przez mgr Elżbietę Choińską w Straszynie, a wśród nich obecny drużynowy 45 Drużyny Harcerzy — Tadeusz Doliniec — wychowanek tejże drużyny.
Od jesieni ubiegłego roku drużyna obserwuje budowę przechodzącego w pobliżu naszej miejscowości odcinka obwodnicy Trójmiasta sprawdzając, czy nie zostają odsłonięte ślady mogące zainteresować archeologów.
W ciągu minionych dwu lat archeologia stała się w tej drużynie ważnym czynnikiem wychowania patriotycznego, wiążącym uczuciowo dzieci i młodzież z ziemią rodzinną. Jednocześnie osobisty kontakt z zabytkami dawnej kultury materialnej zbliżył ich do nauki historii, pomógł w prawidłowym kształtowaniu pojęć dotyczących pradziejów, świetnie uzupełniając nauczanie szkolne. Harcerze – turyści zyskali nowe spojrzenie na teren, zaczynają dostrzegać szczegóły, które dotychczas uchodziły ich uwadze.
Za jedną z najważniejszych zdobyczy wędrówek „śladami przodków" należy jednak uważać poznanie radości odkrywania, która oby przekształciła się w trwałą pasję.
Z harcerskim pozdrowieniem
Czuwaj!
Były drużynowy 45 D. H-rzy mgr Henryk Kleinzeller
W S P O M N I E N I A A N N Y D O R O T Y
ODDAJCIE NAM MARZENIA
Obeschły łzy i trawy zaszumiały
Wtedy to Polsko potrzebowałaś nas
By się uśmiechu nauczył zuch mały,
A harcerz zdobywał najtrudniejszy szlak.
Oddajcie, oddajcie nam marzenia,
Pozwólcie wiatrowi nieść w świat
ONC lilijki, nasze doświadczenia,
Miłość, oddanie i zapał tamtych lat.
W harcerskiej pieśni marzenia niósł las
A przy ognisku historii snuł się cień.
Braterski uścisk wieczorem żegnał nas
By pod namiotem czekać na nowy dzień.
Oddajcie, oddajcie...
Podobno nie tej służyliśmy sprawie,
Chcąc, by w dorosłość młodzi śmiało weszli,
Tworzyli życie mądrze i ciekawie.
Przyszłości nowe układali pieśni.
Oddajcie, oddajcie...
(DK)
NIE ŁATWO BYŁO PEŁNIĆ FUNKCJĘ ZUCHMISTRZA.
Często zadaję sobie pytanie; Jak to się stało, że Hufiec Pruszcz Gd. miał zuchmistrza? Zuchy, zuchy! Miłe to, bo małe, chętne do zabawy i do przytulania. Tak naprawdę, to żaden instruktor, począwszy od przewodnika, nie chciał bawić się z dziećmi. Harcerze, zastępy, drużyny, no i oczywiście obozy, to dopiero było wyzwanie. A zuchy to same kółeczka, podskoki, tropienie zajączka w leśniczówce za lasem, czy stawianie oporu wichrowi, co dmucha i do tyłu ciągnie zucha. E tam! Takie pląsy niech sobie wystukują baby!
Po akcji letniej, przy ogniskach podsumowujących formy harcerskiego wypoczynku mówiło się tylko gdzie odbyły się kolonie zuchowe i ilu zuchów w nich uczestniczyło. Za to o obozach harcerskich opowiadano bez końca; a to o nocnym biegu, a to o pieczonym wężu, czy znów o „Trzech piórach”, które zdobywała Anka i takie tam inne upadki z łóżka, czy porwanie przez wroga obozowej flagi.
A zuchy miały zuchmistrza po miesięcznym kursie w Katowicach i szkoleniach w Oleśnicy, po obozie szkoleniowym na „Morenie”, gdzie wszystko powiedziano o obowiązkach i formach pracy komendantów koloni zuchowych. No więc tak „uczony” komendant musiał mieć klasę i kolonię prowadzić tak, by o niej gadano równie długo jak o każdym harcerskim obozie. Nie walczyliśmy z ignorantami. Z kadrą kolonijną i drużynowymi zuchowymi zrekonstruowaliśmy pieśń, o rozwijającej się Polsce Rzeczpospolitej Ludowej, by była adekwatna z naszą ciężką, lecz efektywną pracą. I tę pieśń prześlicznie śpiewaliśmy w czasie każdego podsumowania wszelkich akcji.
Pieśń brzmiała:
„Ciężkie były to mozoły
Kiedy pług ciągnęły woły. (wolno, ciężko)
Kiedy pług ciągnęły konie (trochę prędzej)
A za nimi po zagonie
Ciągnęła się sama jedna
Skiba biedna.
Teraz siadam na traktorze (bardzo szybko)
Teraz siadam na traktorze
Motor huczy, a ja orzę
Skib od razu sześć.
Wydawało nam się, że pieśń w metaforyczny sposób obrazuje nasze przedsięwzięcia.
(DK)
WIDMO KIEŁBASIANEGO JADU…
Widmo kiełbasianego jadu sparaliżowało całą kadrę koloni zuchowej w Przywidzu latem 1975r.
Bożenka pojedzie, Mariolka pojedzie, Miecia na pewno da się namówić, przydałaby się Irenka. Takimi myślami zaprzątniętą miałam głowę na klasyfikującej radzie pedagogicznej przed zakończeniem roku szkolnego.
Kurcze! Karty opieczętować, załatwić ubezpieczenie. 28 czerwca rusza kolonia, czasu niewiele, a roboty od zarąbania. Miecia dała się namówić, Irenka też. Z Bożenką kompletujemy dokumenty. Autokary podjechały, pakujemy dzieci. Włodek kierowca, na dach Nyski przytwierdza łóżeczko Igora. Ruszamy. Autokary stanęły na parkingu obok gmachu Wojewódzkiej Komendy Milicji Obywatelskiej, a ja Nyską podjechałam pod Komendę Chorągwi, by zatwierdzić kolonię. Godzinę dzieci w autokarach wytrzymają, dłużej nie, więc biegam od pokoju do pokoju, przebieram nogami i zaliczam: ubezpieczenie, preliminarz finansowy, wykaz zuchów i wykaz kadry.
Jakiś narwany rudy cisnął listą kadry i ryknął:
- Druhna kpiny sobie robi, czy o drogę pyta?...
- Ale, ale, o co chodzi, ja nie mam czasu, ja muszę szybko tę kolonię zatwierdzić, bełkotałam.
- Taaak, przeciągnął – a to co znaczy?
Zaczął czytać:
komendant Kuropatwa Anna,
z-ca komendanta Drozd Bożena,
magazynier Sójka Mieczysława
kwatermistrz Wróbel Grzegorz
instruktor Szczygieł Irena
instruktor Sikora Iwona
Spuchł ze złości, już darł się. Niczego nie rozumiałam, o co mu chodzi?
- Szybciej proszę! – jęknęłam, bo żar sięgał szczytu, a dzieci w autokarach, 98 sztuk + Igor.
Krzyczał, machał rękami, wreszcie dotarł do okna i omal nie zawył.
- Jezus, Maria! A to co za krypa?
Spojrzałam:
- To, a a a to Genowefa (bo tak nazywaliśmy naszą hufcową Nyskę)
- Jezu! Jaka znów Genowefa, może jeszcze sroka?
- Nie, to nasze auto, a to łóżeczko to dla mojego syna. On w sierpniu skończy dwa latka, musi spać w łóżeczku i…i… musi jechać ze mną.
Zatwierdził i coś tam gadał, a kiedy byłam przy drzwiach dotarło do mnie:
- Na przyszłość proszę na dwa tygodnie przed kolonią zatwierdzać, a nie dwa dni przed wyjazdem dzieci.
- Jakie dwa dni. My właśnie w tej chwili ruszamy. Dzieci stoją na placu.
- Boże! – krzyknął. Już byłam na parterze, niech ryczy, co on tam wie o naszej pracy.
Druh Ciepłucha nie popuścił. To moje zachowanie tak go zaniepokoiło, że napuścił na naszą kolonię wizytatorów i to najsurowszych; bo Krysię Jaworską z mężem.
Nie mieli się czego uczepić, bo w obiekcie pod względem organizacyjnym wszystko grało. Ten typek jednak nie darował. Wlazł do magazynu i na podłodze dojrzał plamę po stłuczonym jajku.
- A to co? – pyta Mietki.
- A, jajko nam się stłukło – bez ekspresji odpowiedziała Miecia.
- Proszę o protokół zniszczenia jajka.
- Jaki protokół? Co też druh wymyślił?
Tu nastąpiło pouczenie i redagowanie protokołu pokontrolnego. Przyszedł Grzesiu.
- Proszę o czytelne podpisy.
No i się zaczęło: Kuropatwa, Sójka, Wróbel. Jaworski czerwony jak flaga zakrztusił się. Coś bełkotał o powadze, o prokuraturze. Grzesiu przytomnie go uspokoił. Jaworski swoje, Grzesiu swoje. Wreszcie nasz kwatermistrz błysnął.
- A, to oto druhowi chodzi! Ale ja i tak nic nie rozumię!
Odjechali, a my nic tylko cały czas staraliśmy się odtworzyć jak doszło do stłuczenia tego jajka.
Przywidz w 1975 roku był starą rolniczą osadą, z dużą centralną gospodą i jednym sklepem spożywczym, do którego towar dostarczano dwa razy w tygodniu. A my nie mieliśmy dostawczego samochodu, nie mieliśmy również lodówki. Jak tu żyć i wykarmić ponad 100 osób dziennie? Kierowniczką sklepu była młoda śliczna dziewczyna. Z Bożenką wpadliśmy na pomysł, że jedyna nadzieja, to Grzesiu, więc zaczęliśmy go podpuszczać tekstami o jego młodości, uroku, przystojności.
- Zakręć się koło sklepowej, poklep ją w co trzeba i zadziałaj żeby dostawa towaru trafiła do nas. Mariolka Kraczko, narzeczona Grześka, zgorszona patrzyła na nas, więc i ją podpuszczaliśmy tak, że wyraziła zgodę na podryw swojego chłopaka, studenta ostatniego roku słupskiej Sorbony.
Grzechu tak się sprawdził, że któregoś dnia przywiózł wózkiem całą sklepową dostawę zwyczajnej kiełbasy. Jezu! Tego było tak dużo, że zabrakło nam trzonków od szczotek, by rozwiesić na nich te pęta. Trzeba było wyciąć kilka badyli leszczyny. Magazyn jak piekło, z gorącą ścianą komina. Po jednej dobie kiełbasa obślizła i nieapetycznie pachniała. Rano kiełbasa, na obiad kiełbasa i na kolację kiełbasa. Biologiczna, Dorota Wciorka, która była instruktorem obwieściła, że dzieci mogą się zatruć jadem kiełbasianym.
- To jest nieodwracalne, wszystkie przypadki są śmiertelne. Wyro Doroty sparaliżował nas. Nadzwyczajna odprawa i czuwanie. To nie przelewki. Trzydniowe menu – to kiełbasa.
Zuchy po całodziennej, ciężkiej pracy przy urządzaniu wioski indiańskiej z drugiej strony jeziora, po kiełbasianej kolacji padły jak kawki. Tylko Igor ni chciał spać, ciągle szturał mnie łokciem w żebra i rozkazywał: - lulaj me!
Wszyscy na posterunkach. Obserwowali ruch na sali i trasę do kibelków. Ja lulałam Igora. W pewnym momencie wpadła Bożena;
- Druhno, zaczęło się. Jeden się zesrał na rzadko.
Cisnęłam dziecko do łóżeczka. Wypadłam na korytarz a tam przy drzwiach jednej Sali ogromna żółta zolpa ziała kiełbasianym jadem. Wbiegłam do sali. Dziewczyny z kosmiczną szybkością podnosiły kołdry i wąchały dziecinne tyłki. W międzyczasie liczyłam ile karetek pogotowia wezwać. Strach zdusił mi gardło. Podbiegłam do zolpy. Umaczałam w niej całą dłoń, podniosłam do nosa. Otrzeźwił mnie śliczny jakiś waniliowy zapach. Potarłam płyn palcami. Zapienił się.
- Szampon, o dzięki Ci Boże, to tylko szampon!
Uklękłam przed zolpą, rozpłakałam się i szlochając odwołałam alarm.
Zuchy spały spokojnie. Nawet Igor zasnął bez lulania. Całą kadrą poszliśmy do magazynu. Tam ostentacyjnie spakowaliśmy resztę kiełbasy i wynieśliśmy na wieś, urządzając ucztę psom. Żaden nie zdechł ale my podczas tej kasacji stłukliśmy jajko, o które Jaworski zrobił aferę.
(DK)
NADZI SZYMECKIEJ-KRUK GŁOS POLEMICZNY
CO TO SIĘ POROBIŁO?
Jestem długoletnią czytelniczką „Angory”. Bardzo poruszył mnie artykuł pana redaktora Tomasza Gawińskiego pt. „Harcerskie pola rywalizacji” (Angora nr 50) z dnia 11 XII 2005 r.
Nie mogę zrozumieć, dlaczego niektórzy ludzie nie są obiektywni? Krytykują wszystko, co się działo i jak się żyło w PRL-u. A my przecież żyliśmy, kształciliśmy się, cieszyliśmy się. Tak jak autor artykułu podaje, że przed laty była jedna organizacja harcerska skupiająca około 3 miliony członków – nie tak jak dziś kilka stowarzyszeń harcerskich, liczba nie przekracza 170 tysięcy. Ta liczba mówi sama za siebie. Harcerstwo było widać w szkole, na ulicy, na wsi i w mieście. Młodzież garnęła się do organizacji, nikt na siłę nie zapisywał.
Przeczytałam bardzo uważnie artykuł, wypowiedzi kilku druhów przedstawiających swoje racje, uwagi odnośnie pracy z młodzieżą. Ja rozpoczęłam przynależność do harcerstwa w 1950 r. jako uczennica Liceum Pedagogicznego w Warszawie przy ul. Stawki, gdzie przygotowywano nas do pracy nauczycielskiej i harcerskiej. Później już jako nauczycielka pracowałam w szkole i dodatkowo pracowałam Społecznie z zuchami, harcerzami. W tym czasie pracowało Społecznie bardzo dużo nauczycieli instruktorów harcerskich i instruktorów z innych zawodów – miłośników harcerstwa.
Instruktorzy na spotkaniach, zbiórkach, różnorodnych kursach, obozach wymieniali się doświadczeniami. Była radość wśród młodzieży i instruktorów.
A mundury harcerskie w różnych okresach, latach były różne – wszystkie ładne, patriotyczne np. chusty biało-czerwone. Poza różnorodnymi zajęciami w ciągu roku szkolnego latem bardzo dużo dzieci i młodzieży wyjeżdżało na kolonie zuchowe, obozy harcerskie, rajdy, biwaki itp. Odpłatność za pobyt na koloni, obozie pokrywały zakłady pracy z funduszu socjalnego. Wszyscy rodzice pracowali. Nie było wtedy określenia „rodziny patologiczne”.
Opiekowaliśmy się wszystkimi chętnymi dziećmi i młodzieżą, dając im radość i odprężenie od codzienności. Obozy harcerskie były duże, koedukacyjne, nawet do 300 osób. Też w lesie, bez prądu.
Harcerze na koloniach, obozach pracowali – pomagali w kuchni, rozbijali namioty, dbali o porządek w namiotach, na terenie obozu. Pełnili całodobową (na zmianę) wartę. Poprzez różnorodne zajęcia, prace przygotowywaliśmy harcerzy do życia, uczyliśmy pracy, porządku, dyscypliny, samodzielności, odwagi, odpowiedzialności i pomocy innym. Harcerzom nie wolno było pić alkoholu, ani palić papierosów.
U harcerzy kształtowaliśmy patriotyzm – poszanowanie sztandaru, flagi, hymnu, symboli, munduru, poznawania miejscowości, stolicy, kraju, zapoznawaliśmy z ludźmi różnych zawodów, ich pracę np. marynarzy, górników, listonoszy, kolejarzy itd. W każdym miesiącu była inna tematyka zajęć i tak np. we wrześniu „nigdy więcej wojny. Cześć poległym bohaterom”. Harcerze opiekowali się cmentarzami poległych żołnierzy, pojedynczymi grobami partyzanckimi, wyjeżdżali na Westerplatte (na zdjęciu).
Nigdy nie krytykowaliśmy, ani nie słyszałam, ażeby inni instruktorzy krytykowali harcerstwo przedwojenne, międzywojenne. Wielka im cześć i chwała za odwagę, walkę w czasie wojny.
W każdej dziedzinie życia następują zmiany tak i w harcerstwie trzeba wypracowywać nowe formy pracy, ażeby zainteresować jak najwięcej młodzieży, bardziej zagospodarowywać ich wolny czas. Nie mogę zrozumieć, gdzie w naszej pracy była walka klas (jakich?) i gdzie. I gdzie pomijano patriotyzm? Bardzo to mnie i podejrzewam innych instruktorów harcerskich zabolało.
Czuwaj! Nadzieja Szymecka-Kruk hm. Pruszcz Gdański
W S P O M N I E N I A K R Y S T Y N Y
NIE MA TO JAK MARYNARZE
Rok 1963, lipiec
Z Pruszcza dwie drużyny zuchowe wyjeżdżają na kolonie w okolice Kłodzka. Konwojentami w podróży są: Stanisław Chabik – nauczyciel SP 2 w Pruszczu i jakaś pani (nazwiska nie pamiętam).
Na czas kolonii drużyny zostały utworzone z dzieci z całego powiatu. Sporo było ich z drużyn pruszczańskich. Wszystkie po obietnicy zuchowej i umundurowane. Drużynę dziewcząt przejmuję ja (Krystyna Góra – ówczesny namiestnik zuchowy), a drużynę chłopców ówczesny zastępca komendanta hufca – Władysław Woś.
Obie drużyny jadą gościnnie na kolonie zorganizowane dla dzieci górników. Dziewczęta trafiają do Marianówki, a chłopcy do oddalonej o 3 kilometry miejscowości Szklary. Moja drużyna zostaje rozlokowana w szkole – jednoklasówce, w której jest również izolatka, kuchnia, jadalnia i pokoje kierownika kolonii i instruktora kulturalno-oświatowego. 3 grupy starszych dziewcząt z rodzin górniczych razem z wychowawczyniami mieszkają w namiotach „dziesiątkach” rozstawionych na łące naprzeciw szkoły.
Panuje rodzinna atmosfera. Pobudkę ogłasza skoczna piosenka z adaptera, który uruchamia kierownik kolonii. Gimnastykę poranną prowadzą wychowawczynie i ja – drużynowa. Potem śniadanie i zajęcia programowe. Ja realizuję własny plan pracy. Często z Władkiem Wosiem organizujemy własne zajęcia. Moja drużyna to „Polne kwiatki”. Mamy totem, który jest odzwierciedleniem nazwy drużyny. Jesteśmy „oczkiem w głowie” dla personelu. Prezentujemy się znakomicie. Zachowanie nasze jest godne pochwały. Bierzemy też udział w zajęciach wspólnych organizowanych przez instruktora k.o. – panią grającą na akordeonie.
Poznajemy okolicę, bierzemy udział w wycieczkach. Czas płynie i zbliża się 22 lipca – w tamtych czasach bardzo ważne święto. Dowiaduję się, że moja drużyna weźmie udział (jako część delegacji) w akademii ku czci święta zorganizowanej przez „władze górnicze” w „ważnym” mieście (nie pamiętam, jakie to było miasto). Mamy dać krótki występ. My, znad morza cóż możemy zaprezentować na Śląsku – w krainie węgla i stali. Przychodzi mi na myśl tylko pląs „Marynarz” („Kto majtkiem na okręcie służy…”).
Poszły w ruch nożyczki, spinacze, arkusze brystolu, krepina, farby. Wkrótce były gotowe czapki marynarskie i kołnierze. Na mundurkach zuchowych wspaniale się prezentowały. Pląs był wszystkim znany, więc kilka prób wystarczyło, by być przygotowanym do występu. Określonego dnia (nie pamiętam, czy było do 22 lipca, czy dzień wcześniej) ciężarówka zawiozła nas na miejsce. Kończyła się część oficjalna. Rozpoczęły się występy i przyszła nasza kolej.
Gdy moje zuchy pojawiły się na scenie, zerwała się burza braw. Ale zuchy nie stały, tylko „pląsały”, tzn. śpiewały tekst, ruchami rąk i ciała naśladowały pracę marynarzy. Na końcu, po ukłonach znowu ogromne brawa. Mój kierownik kolonii dumny jak paw, a my odbieramy życzliwe uśmiechy od całej naszej delegacji.
Rok 1985 – kolonia za granicą
Od kilku lat, z racji pełnienia różnych funkcji w administracji szkolnej nie pracowałam czynnie w ZHP. Ale harcerzem i instruktorem jest się całe życie. Prawo harcerskie i ideały organizacji wciąż obowiązują.
Tego roku Edek Pietek – ówczesny instruktor Gdańskiej Chorągwi ZHP (a mój dyrektor szkoły) poprosił mnie , bym w jego zastępstwie wzięła pod opiekę grupę harcerek i pojechała z nimi do NRD na kolonie. Trwała wówczas letnia akcja wymiany młodzieży między Polską a NRD. On zaś prawie w ostatniej chwili dostał propozycję wyjazdu na Kubę na Światowy Zlot Młodzieży.
Po krótkich wahaniach zgodziłam się tym bardziej, że zapewniano tłumacza. W Gdańsku władze odpowiedzialne za całą akcję (Kuratorium Oświaty i Komenda Chorągwi ZHP E.P.) zorganizowały trzydniowy biwak przygotowujący opiekunów i młodzież do wyjazdu (przygotowywano listy paszportowe i książeczki walutowe).
Moja grupa liczyła 14 dziewcząt. Kilka z nich było z Pruszcza, jedna z Trzepowa, reszta z innych miast i okolic. Otrzymaliśmy nr A-204 i przydział pobytu w Nordhausen. Tłumaczką została nauczycielka j.niemieckiego ze szkół samochodowych w Gdańsku – bardzo sympatyczna koleżanka. Na zgrupowaniu w Gdańsku spotkałam bratnią duszę – drużynową z Sobieszewa Jankę Kubiciel, która również (chyba z grupą chłopców) udawała się w tę samą podróż do Apoldy.
23 lipca całe nasze zgrupowanie zegnane przez rzesze rodziców wsiadło do pociągu. Nieprawdopodobnie sprawnie było organizowane wsiadanie do pociągu – każda grupa stawała na peronie w miejscu, w którym powinien zatrzymać się wyznaczony jej wagon. Mojej grupie przypadł w udziale ostatni wagon składu pociągu. Orkiestra! I… odjazd!
Patrzę – wagony turystyczne, bez zamykanych przedziałów, podobne do takich, jakie wówczas kursowały na trasie Pruszcz – Kartuzy. Z dusza na ramieniu śledziłam bieg pociągu, ba nasz wagon jako ostatni na polskich torach zachowywał się „bardzo dziwnie”. Trząsł się , telepał – bałam się, że wyleci z szyn. Na szczęście po stronie niemieckiej było trochę lepiej. Na tym terenie pociąg zatrzymywał się prawie na każdej stacji i tam wysiadała jakaś grupa. Przez okno pomachaliśmy Jance Kubiciel, która wysiadała wcześniej. My dojechaliśmy do Erfurtu. Ale gdzie jest Nordhausen? Zjawił się niemiecki przewodnik. Pomógł nam wysiąść z pociągu i zaprowadził do podstawionego autokaru. Jechaliśmy nim prawie dwie godziny. Okazało się, że Nordhausen leży na północ od Erfurtu, tuż przy ówczesnej granicy z RFN. Samo miasto to kompleksowa zabudowa z dużą ilością zabytkowych obiektów wzniesionych jeszcze w średniowieczu. Ale mnie najbardziej urzekły domy z tzw. pruskiego muru.
Ratusz w Nordhausen
W 1985 roku miasto przeżywało generalne remonty. Liczne wyburzenia szokowały samych mieszkańców, którzy twierdzili, że nawet podczas wojny miasto tak nie ucierpiało. Zamieszkaliśmy w szkole średniej. Na innej kondygnacji mieszkała też grupa chłopców. Z ramienia rady pedagogicznej opiekowała się nami nauczycielka o imieniu Christel. Bardzo mili i opiekuńczy byli dyrektorka szkoły, nauczyciel biologii, sekretarka i pozostali pracownicy. Chociaż to były wakacje, część uczniów odbywała praktyki w gabinecie biologicznym. Z nimi więc czasem spotykaliśmy się. Była też jedna wspólna dyskoteka.
Śniadania i kolacje jedliśmy w szkole. Ale nie było tam stołówki, więc w jednej z klas z wypełnionej różnymi wiktuałami lodówki wyznaczeni nauczyciele przygotowywali nam posiłki. Wędliny i sery były na półmiskach. Nam najbardziej zasmakowała niemiecka mortadela, która znikała najszybciej. Jedzenia było w bród. Gorąca herbata dopełniała strawę. Gdy zaproponowaliśmy gospodarzom, że sami możemy przygotowywać kanapki, ci nie zgodzili się. Uznali, że zasady gościnności im na to nie pozwalają. Na obiad opiekunka prowadziła nas do budynku oddalonego o jakieś 15-20 min. drogi. Tam znajdowała się stołówka, z której korzystali uczniowie w trakcie roku szkolnego. Niemcy uznawali, że posiłki powinny przygotowywać zakłady gastronomiczne, bo od tego są. Szkoła powinna zadbać o oświatę i wychowanie. My natomiast wspomnieliśmy nasze szkolne świetlice, gdzie przygotowywane posiłki są smaczne i zdrowe, a opiekunki przypilnują niejadków z klas młodszych, by zjadali swoje porcje.
WYCIECZKI Z NORDHAUSEN
Jedną z pierwszych wycieczek zorganizowanych dla naszych harcerzy – kolonistów było zwiedzenie hitlerowskiego obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Obóz ten funkcjonował w latach 1937-45. Przebywali w nim więźniowie z 32 krajów różnych narodowości np. Polacy (m.in. Leon Szarafin – kierownik szkoły w Trzepowie). Ciężka fizyczna praca, eksperymenty pseudomedyczne, nieludzkie warunki życiowe i celowa eksterminacja sprawiły, że w obozie zginęło ponad 56 tysięcy ludzi. W okresie od 16 lipca 1937 r. do 31 marca 1945 r. przez obóz przewinęło się 238 980 więźniów. Ok. 161 000 więźniów odesłano do pracy w przemyśle zbrojeniowym. W dniu oswobodzenia obozu (11 kwietnia 1945r.) było w nim ok. 21 tysięcy więźniów. 18 sierpnia 1944 r. zginął w tym obozie Ernst Thälman patron szkoły, w której mieszkaliśmy. Przygotowując się do wycieczki, z własnego kieszonkowego zakupiliśmy wiązankę kwiatów, ustaliliśmy, jak należy się zachować w takim miejscu, aby uczcić pamięć pomordowanych.
W wyznaczonym dniu kol. Christel przyniosła dwie wiązanki kwiatów: jedną skromną od młodzieży niemieckiej i druga kupioną za nasze pieniądze – prezentowała się okazale. Ułożona z kilkunastu kwiatów tworzyła promienistą ikebanę. Na czas podróży autokarem kwiaciarka zanurzyła kwiaty w wilgotną gąbkę.
Wyruszyliśmy w drogę. Piękny Weimar obejrzeliśmy pobieżnie. Zdążaliśmy głównie do obozu Buchenwald. Już z daleka wywarł na nas duże wrażenie monumentalny pomnik usytuowany na wzniesieniu.
Weimar
Wejście do obozu Buchenwald
Przewodnik oprowadził nas po terenie. Podobnie jak w Oświęcimiu powitał nas szyderczy napis w języku niemieckim na bramie wejściowej : „Każdemu według jego zasług”. Potem była krwawa droga, bunkier, plac apelowy, baraki, krematorium. Poznaliśmy warunki pracy więźniów w kamieniołomach, sposoby wykorzystywania ich podczas prac budowlanych, nieludzkie warunki pracy w zakładach zbrojeniowych zlokalizowanych pod ziemią. Zwiedziliśmy muzeum obozowe i dotarliśmy do miejsca pamięci Ernsta Thälmana. Tu młodzi Niemcy złożyli wiązankę i oddali hołd patronowi szkoły. Nam przedstawiono szerzej sylwetkę tego bohatera. Wyczułam jakieś oczekiwanie od nas. Okazało się, że wszyscy czekali na kwiaty od harcerzy. „Dlaczego tutaj mamy je złożyć? My chcemy oddać hołd więźniom obozu z 32 krajów, w tym naszym rodakom.” To było wielkie zaskoczenie dla naszych gospodarzy. Przyzwyczajeni do oddawania czci jednemu człowiekowi nie umieli spojrzeć obiektywnie na wymowę pomnika ofiar. Naszą decyzje przyjęli jednak ze zrozumieniem. Opuściliśmy „trasę krwi” i weszliśmy do alei nagrobkowej. Tu w Alei Narodów zwróciliśmy szczególna uwagę na fragment muru ze zniczem na górze , napisem POLEN i skierowaliśmy się w stronę Dzwonnicy znajdującej się na końcu Drogi Wolności. Choć mijaliśmy szereg płaskorzeźb mówiących o męczeństwie, o życiu i cierpieniu, o walce i zwycięstwie wszystkiego, co ludzkie nad nieludzkim w Buchenwaldzie, to jedenaście monumentalnych figur umieszczonych pod dzwonnicą zrobiło ogromne wrażenie. Symbolizowały one hańbę hitlerowskich obozów koncentracyjnych i niezwyciężonego ducha więzionych tam ludzi. To przejmujący pomnik pamięci i przestrogi. Tu właśnie było miejsce na nasze kwiaty. Z właściwym harcerskim ceremoniałem oddaliśmy hołd wszystkim pomordowanym i więzionym – złożyliśmy naszą „ikebanę”.
Okazało się, że nasze kwiaty pięknie się prezentujące, ale umieszczone na gąbce były zbyt lekkie, by utrzymać się na wietrze na wzgórzu pomnika pamięci. Musieliśmy je przycisnąć kamieniem znalezionym w pobliżu. Pełni zadumy wracaliśmy autokarem z Buchenwaldu tym razem bez piosenek harcerskich.
P.S. A propos piosenek. Pracownicy szkoły, w której gościliśmy, nie mogli wyjść z podziwu, że nasze dziewczęta mają ochotę śpiewać przy różnych okazjach.
Harcerski apel w obozie koncentracyjnym Dora, filii Buchenwaldu
PRZYGODA Z DRAMATEM W TLE
Jedna z koloni zuchowych. Komendant koloni hm. Krystyna Góra. Kilka instruktorek zuchowych z gromadką dzieci zebranych z całego powiatu spędza wakacje w malowniczej okolicy. (Czyżby to była Pomorska Góra? Po prawie 40. latach trudno stwierdzić z całą pewnością lokalizację wspomnianej kolonii).
Na koloni jest wszystko, jak należy: dobra kucharka z pomocą kuchenną, kwatermistrz, higienistka. W okolicy jezior – obowiązkowo ratownik.
Plany pracy poszczególnych drużyn zawierają ciekawy program. Najważniejsze zadanie – to zdobywanie określonych sprawności. Na rękawach mundurków zuchowych widnieją znaczki zdobytych wcześniej „sprawności”. Wielu zuchów ma krótki staż i te czekają najbardziej na świetną zabawę. Kadra też sprawdzona – sami nauczyciele znający się na „robocie zuchowej”.
Tego roku przystaliśmy, by jedna z drużynowych wzięła ze sobą swojego synka. Praca na kolonii była bezpłatna, zuchom potrzebna była opieka, a koszt uczestnictwa nie był wysoki.
Piękne słoneczne lato. Wieś urokliwa. Łąki pełne kwiatów i ziół, falujące na wietrze łany zbóż, jakiś strumyk i kępy drzew. Tego dnia drużyny wyruszyły w teren. W szkole, w której była zorganizowana kolonia, życie toczyło się swoim rytmem. Komendantka przegląda plany pracy, sprawdza porządek w sypialniach, łazienkach, zastanawia się, jak uatrakcyjnić pracę drużyn. Kucharka przygotowuje obiad. Zbliża się czas posiłku. Na stołach rozstawiono talerze. Czas nalewać zupę.
Komendantka wychodzi na drogę i wypatruje zuchów. Dlaczego się spóźniają?! Wreszcie słychać ich radosny śpiew. Roześmiane buziaki – myją ręce i siadają do posiłku. Po obiedzie – cisza. To chwila odpoczynku dla dzieci, ale i odsapnięcia dla drużynowych…
Po latach dowiedziałam się, że tego dnia podczas zajęć zaginął mały synek jednej z drużynowych. Instruktorka sumiennie wykonywała swoje obowiązki i na chwilę straciła z oczu swoje własne dziecko. Wszyscy je szukali – stąd spóźnienie na obiad, ale zguby nie znaleźli. Podczas ciszy poobiedniej zatroskana matka zostawiła swoją drużynę pod opieką koleżanek, a sama pobiegła jeszcze raz w rejon zabaw i nawoływała synka. Odnalazła go śpiącego w zbożu. Wróciła do placówki i nie zdradziła swojego kłopotu. Koleżanki solidarnie zachowały tajemnicę. Dzieci też nic nie zdradziły. Nie wiedziały, że mały chłopiec gdzieś się zawieruszył? Czy ich ktoś prosił, by nie zdradziły tego wypadku? Nie wiem. Gdy się o tym dowiedziałam po latach, nie roztrząsałam już tego zdarzenia, ale jednak zdenerwowałam się. Zdałam sobie sprawę z tego, co przeżywała matka, kiedy szukała swego dziecka. Nie mogłam jej wybaczyć, że zataiła całą sprawę. Przecież mogliśmy inaczej zorganizować akcję poszukiwawczą.
Szczęście, że chłopiec znalazł się cały i zdrowy! Mam nadzieję, że pod moim kierownictwem nic więcej takiego dramatycznego się nie wydarzyło. Na pewno nie chciałabym się dowiedzieć o tym po latach!
(KG)
P I E Ś N I A R K A D I U S Z A
HARCERZE Z PRUSZCZA
(na melodię J. Dargiela z 1946r.)
Przez pola lasy i łąki,
wplątana w konary drzew,
przy ogniu gdzieś na biwaku,
jak wichru wiew.
Z poranną pieśnią skowronka,
wciąż nowy niesie nam dzień.
Harcerska piosenka wesoła i rozgłośna,
piosnka naszych gorących serc.
(bis) {Niechaj echem rozbrzmiewa świat,
kiedy śpiewa wesoły skaut.
Zwiążemy ziemię braterskich serc płomieniem,
piosenką naszych zielonych lat.}
Ocypel i Małe Ciche,
Orawa, Pieniny, Kreml,
przy setkach ogni biwaków,
pamięci cień.
Z akcji na akcję ochoczo
wciąż Teodora gna cień.
Harcerze Pruszcza – nie żadna to tłuszcza,
to akcja naszych gorących serc.
(bis) { Niechaj słyszy nas cały świat,
kiedy śpiewa z nad morza skaut.
Niszczymy ciernie braterskich serc płomieniem,
zapałem naszych młodzieńczych lat}.
Szeregi nasze przerzedził
nieubłagany bieg lat.
Po pracy, emeryturze
jest bilans strat.
W pamięci naszej zostają
Ci co odeszli już w cień.
Harcerska pamięć solidna,
wspomina przeżyty dzień.
(bis) { Jeszcze słychać ich tęskny śpiew,
kiedy duszę otworzy człek.
Rzucimy garść wspomnień na tych ogników płomień,
piosenek naszych braterskich wiew.
(AO)
A boś my to jacy tacy, jacy tacy,
chłopcy kaszubiący, chłopcy kociewiacy.
Berecik na głowie,
niech ktoś coś dopowie… u-cha!!!
- słucham???
i pozdrawiam. Czuwaj!
ZHP
Godło harcerskie – lilijka
Znak królewski, kwiat przeczysty
Nie zaś gminna dykteryjka
Symbol wyraźny przejrzysty .
Na ramionach są czyste słowa
Cnota, Nauka, Ojczyzna
To duszy jest przebudowa
Nie moralność ulicy – zgnilizna.
Kiedy uczeń mundur włoży
I spojrzy na swe oblicze
W głowie plan mu się ułoży
Jak poprawić swoje życie.
Prawo harcerskie coś więcej
Niż kodeks skarbowo – karny
Punktów prawa nie przekręcaj
To wskazania – kto moralny.
Że harcerz swej Polsce służy
A dla kogo ma pracować?
Nic złego pkt 1. nie wróży
Z zadaniami się mocować?
Pkt 2. to słowo honoru
Od lat wielu zapomniane
Nie zależy od humoru
Tylko ma być dotrzymane.
Po trzecie no i po piąte
I to, że harcerz nie pali
Mówi o tym to dziesiąte
Ma zdrowie – (brak mu robali).
Na obozach, grach w terenie
Uczymy się zaradności
Poznając natury tchnienie
Uśmiech na ustach nam gości.
(AO)
W S P O M N I E N I A U R S Z U L I (UG)
PRUSZCZ, MOJE MIEJSCE NA ZIEMI
W czerwcu 1980r. przyjechałam do Pruszcza Gdańskiego pociągiem relacji Lublin – Gdynia. Była to długa podróż do mojej małej Ojczyzny. To spokojne miasteczko za namową mojej siostry Elżbiety Więckowskiej było miejscem docelowym. Wtedy czułam, że jest to dobry wybór i dziś nie żałuję tego.
Już od pierwszych dni spotkałam tu wspaniałych i życzliwych ludzi. Beztroskie jeszcze wakacje po zakończonej szkole zwieńczone zostały wydarzeniami, które pamiętam do dziś. Sierpień 1980r. - mąż mojej siostry Tadeusz Więckowski, pracownik Stoczni Północnej przynosi niepokojące wieści o wydarzeniach w Gdańsku. Każdego dnia emocje rosną, co będzie dalej, jak będziemy żyć. W sklepach kolejki, brakuje chleba. Ja nie mam jeszcze pracy. Co ze mną będzie? A miało być tak pięknie.
Dobrzy ludzie pomagają i z początkiem września rozpoczynam pracę w Pałacu Młodzieży w Gdańsku. Moja przygoda z Pruszczem rozpoczęła się w 1981r. Wtedy to moje kroki w poszukiwaniu pracy skierowałam do inspektoratu oświaty w Pruszczu Gd. Bardzo nieśmiało weszłam do niezbyt okazałego baraku. Ciemno, ponuro, wąski korytarz, kierowałam się do inspektora oświaty. Ku mojemu zaskoczeniu przyjął mnie elegancki mężczyzna w jasnym garniturze, uroczy, ciepły człowiek – Jerzy Bruzdewicz. Przestałam się bać. To był pierwszy wspaniały człowiek, którego spotkałam na pruszczańskiej drodze zawodowej.
Kolejne kroki skierowałam do szkoły. Nie jako uczennica, ale jako nauczyciel. Strach, obawa, wątpliwości czy dam radę, towarzyszyły mi do pierwszego wejścia do szkoły. I tu kolejne miłe zaskoczenie. Wita mnie ciepło, przemiła kobieta, której zawdzięczam pierwszy własny kąt, dyrektorka Zespołu Szkół Ogólnokształcących Nr 2 (obecnie SP Nr 3) Halina Bartczak.
Na pierwszej radzie pedagogicznej usłyszałam: „pani zajmie się harcerstwem”. Nie była to dla mnie wiadomość szokująca, ponieważ już wcześniej byłam harcerką. Zobowiązanie instruktorskie złożyłam w szkole średniej, więc teraz bez oporów mogę zająć się organizacją swojej drużyny. Praca z harcerzami dała mi wiele zadowolenia i wspaniałych niezapomnianych chwil.
Obecna „Trójka” zapadła mi głęboko w serce, bo tu uczyłam się zawodu od doświadczonych koleżanek. To tu poznałam wspaniałych młodych ludzi z którymi przyjaźnimy się do dziś.
To w tej szkole spotkałam kolejnego miłego człowieka, mężczyznę którego podziwiam do dziś. Na piętrze mieściła się biblioteka pedagogiczna, w której to pracował były inspektor oświaty druh Albin Machnikowski. Co tak bardzo utkwiło mi w pamięci! Pan Albin Machnikowski pytał tylko o tematykę problemu, wyznaczał termin odbioru pomocy dydaktycznych. W wyznaczonym dniu na biurku czekały książki i czasopisma z zaznaczonymi artykułami. To było zadziwiające.
Zaczęłam mówić o Pruszczu moje miasto. Tu też spotkałam kolejnego wspaniałego człowieka, Zbigniewa Brągoszewskiego naczelnika miasta, który potrafił słuchać i pomagać w potrzebie.
Dzisiaj patrzę z perspektywy 30 lat na piękniejące z każdym dniem miasto i wiem, że to jest najpiękniejsze miejsce na ziemi i jestem szczęśliwa, że kiedyś pociąg relacji Lublin – Gdynia zatrzymał się w Pruszczu Gdańskim.
(UG)
„TU MI KAKTUS WYROŚNIE”
Harcerzom z mojej 19 DH im. Janusza Korczaka (SP Nr 3) organizowałam różne atrakcje. Uczestniczyliśmy w wielu imprezach przeprowadzanych przez 6 DH (SP Nr 2).
Przyszedł czas na organizację pierwszego obozu dla drużyny. Nie sądziłam, że to tak duże przedsięwzięcie i taka duża odpowiedzialność.
Wyboru miejsca obozu dokonałam sama kierując się miłością do Lubelszczyzny i znajomością tamtych pięknych okolic. Pierwsza myśl to Nałęczów, a może Kazimierz Dolny nad Wisłą. Nic po myśleniu, trzeba zebrać grupę zwiadowczą, pojechać, wybrać miejsce i zabrać się do pracy.
Wszystko odbywało się zgodnie z zasadami. Kilkuosobowa grupa zwiadowcza, namiot, plecaki, bilet i jedziemy do Nałęczowa. Tam rozbijemy namiot i kierunek Kazimierz w poszukiwaniu wyjątkowego miejsca.
Nie wiem dlaczego wysiedliśmy w Bochotnicy. Kierowani harcerskim nosem udaliśmy się w stronę lasu, czy zarośli. Po kilkudziesięciu metrach naszym oczom ukazuje się piękna polana wymarzone miejsce na obozowisko.
Po lewej stronie ściana skał wapiennych, po drugiej wzniesienie porośnięte gęsto drzewami. Polana gęsto porośnięta ostami i pokrzywami. Wiedziałam, że to jest to czego szukamy, pozostali też byli tego samego zdania. Oczywiście dołem płynęła Wisła, a w bliskim sąsiedztwie gospodarstwo z wodą do picia.
Organizacja przebiega prawidłowo, zamówione miejscówki na pociąg, transport na sprzęt obozowy, polana wykoszona z ostów i pokrzyw. Wszystko gotowe.
Grupa harcerzy wygrywa konkurs (nie pamiętam jaki?) i kwalifikuje się do kolejnego etapu – ogólnopolskiego. Termin konkursu pokrywa się z wyjazdem na obóz. Co zrobić? Zrezygnować z konkursu, czy zmienić termin obozu o kilka dni?
Zmieniamy termin obozu. Wszystko dało się zmienić z wyjątkiem rezerwacji miejscówek w pociągu. Tu podejmujemy harcerskie ryzyko. Aby zająć siedzące miejsca pojechaliśmy do Gdyni (gdzie pociąg zaczynał bieg). Udało się , rano byliśmy na miejscu. Bagaże dojechały na teren obozowiska. Było pięknie, harce, wędrówki, nocne czuwania na warcie. Pora wracać.
Tu zaczęła się prawdziwie harcerska przygoda. Samochód, który miał zabrać nasze bagaże obozowe – zepsuł się. Dostaję informację, że nie przyjedzie. To były inne czasy. Nie było telefonów komórkowych, a z załatwieniem transportu (za darmo) nie było łatwo.
Mam przerażenie w oczach i całą górę sprzętów: namioty, kotły…, i co ja będę wymieniać. Tu nie ma co się mazgaić. Każdy dostał przydział do zabrania i do autobusu.
Jesteśmy w Lublinie na dworcu. Nie wiem, czy dzisiaj można sobie wyobrazić dworzec w sezonie letnim – pełen ludzi. Kolejki do kas biletowych, które nie miały końca i wśród tłumu ja z grupą instruktorów i harcerzy z ogromnym bagażem. Nie mamy biletów ani miejscówek. Mam łzy w oczach. Instruktorzy wściekli, Małgosia Łobaszewska Słowik pokazuje dłoń i mówi „tu mi kaktus wyrośnie jak pojedziemy tym pociągiem”.
Nie wiedziałam, co mam robić? Jestem w mundurku, z rogatywką na głowie, pomyślałam – musi ktoś mi pomóc!
Podchodzę do mężczyzny w mundurze kolejarskim i przedstawiam problem. Proszę go, aby skierował mnie do kogoś, kto mi pomoże. Mężczyzna odpowiada – „ja pani pomogę”. Okazało się, że jest kierownikiem czy też konduktorem w tym właśnie pociągu.
Udzielił mi krótkiej instrukcji: „proszę ustawić się na końcu peronu, tam będą doczepiane wagony, bo ten pociąg jedzie z Zamościa.
Już sobie wyobrażałam, kilka wagonów i cały peron upchany ludźmi! Miałam nadzieję, że ten mężczyzna nie wystawi nas do wiatru.
Stoimy skupieni, ludzie komentują, że tu harcerze to na pewno mają rezerwacje. Po przeciwnej stronie szerokiego torowiska jedzie powoli lokomotywa z kilkoma wagonami, a w drzwiach mężczyzna krzyczący: „harcerze z Pruszcza!” i ręką wskazuje do przodu. Nie mogłam zrozumieć o co chodzi?
Wtedy z megafonu głos: „uwaga, uwaga pasażerowie pociągu Zamość – Gdynia, wagony w dniu dzisiejszym wyjątkowo będą doczepione z przodu składu pociągu.
Wiedziałam już co znaczyło nawoływanie konduktora, ale jak teraz w tym tłumie ludzi przedostać się z końca peronu na jego początek, z całym naszym dobytkiem.
Harcerz wszystko potrafi. Nie wiem jak to się stało, że wszystko zabraliśmy, nikt nie narzekał, mieliśmy siedzące miejsca i cały bagaż ze sobą.
Dojechaliśmy szczęśliwie, a ja od czasu do czasu sprawdzam czy przypadkiem Małgosi kaktus nie kiełkuje na dłoni.
(UG)
PRUSZCZAŃSCY ŻEGLARZE – HARCERZE WSPOMINAJĄ
Wspomina phm. Marek Brągoszewski, jachtowy kpt. żeglugi wielkiej, admirał floty rez.
Jako instruktor harcerski, a wcześniej jako harcerz miałem kontakt z małą i płytką wodą. Przepływająca przez Pruszcz Gd. Radunia i jej kanał, oraz pobliskie jez. Goszyńskie nie pozwalały w pełni rozwinąć żeglarskich ambicji. Po ukończeniu liceum pruszczańskiego (1967r.), postanowiłem swoją drogę żeglarską rozwijać podejmująć naukę w Wyższej Szkole Marynarki Wojennej (obecna Akademia Marynarki Wojennej).
Już wówczas zadawałem sobie pytanie, dlaczego żeglarze marzą o pokonaniu Hornu pod żaglami? (Pierwszym polskim jachtem, który tego dokonał był Dar Pomorza, pod dowódcą kpt. ż. w. Konstantym Maciejewiczem – 1.03.1937r.)
Cabo de Hornos, określając encyklopedycznie to skalisty przylądek na wyspie Hornos w archipelagu Ziemi Ognistej (Chile). Najdalej na południe wysunięty punkt Ameryki Południowej o współrzędnych geograficznych: szerokość 55º59?S, długość 67º16?W. Linia biegnąca od przylądka Horn do Półwyspu Antarktycznego umownie oddziela dwa oceany: Atlantycki i Spokojny. To sucho brzmiące określenie zawiera w sobie ukrytą magię i siłę, przyciągającą od wieków do tego miejsca wiele pokoleń żeglarzy. Pokonanie Cieśniny Drake?a jest dla nas żeglarzy tym, czym dla himalaistów zdobycie Mont Everestu.
Dlatego na sygnał – „Zawisza Czarny” idzie na Horn, zewsząd, do Centrum Wychowania Morskiego ZHP w Gdyni zaczęły napływać zgłoszenia. Okazało się, że zgłoszeń było o wiele więcej niż miejsc na żaglowcu i konieczna była selekcja. Miałem to podwójne szczęście, że pozostał mi urlop z 1998r. a stopień jachtowego kapitana żeglugi wielkiej zapewniał mi wysoką pozycję w staraniach o funkcję oficera wachtowego. Stanowisko kapitana przy ogólnej aprobacie objął druh Waldemar Mieczkowski, ówczesny komendant CWM ZHP w Gdyni, a przed tym długoletni kapitan żaglowca. Większość kadry jak i załogi to doświadczeni żeglarze, którym do listy osiągnięć żeglarskich brakowało tylko zdobycia Hornu. W składzie obsady żaglowca było 7 kapitanów ż. w., kilkunastu kapitanów bałtyckich, sterników morskich, jachtowych i szeroka rzesza żeglarzy.
Ponieważ „Zawisza Czarny” był w rejsie od czerwca 1966 roku i w tym czasie kontynuował wyprawę dookoła Ameryki Południowej, zapewnienie zabezpieczenia logistycznego było dla nas nie lada wyzwaniem.
Wielce pomocnym dla zrealizowania tego zamierzenia i zdobycia żeglarskiego Everestu był fakt objęcia patronatu nad tą wyprawą przez Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego i Telewizję Polską. Również sprawa uzyskania zgody na wylot w tak odległy rejon, stała się prostszą. Dowódca MW RP wyraził zgodę na mój udział w tej eskapadzie, a jako kontradmirał, zastępca szefa sztabu byłem traktowany jak co najmniej krążownik wychodzący w nieznane. (Takie to były czasy, o przemieszczaniu się admirałów decydował najwyższy przełożony).
W końcu, 26 grudnia 1998r. z glejtem urlopowym mogłem się udać do Santiago de Chile (przez Amsterdam). Dalej nasza ośmioosobowa grupa mikrobusem przejechała do portu przeznaczenia Valparaiso, gdzie czekał „Zawisza Czarny”.
W tym czasie w Chile odbywał się Światowy Zlot Skautingu, udział w nim brała również reprezentacja polskich harcerzy, a „Zawisza Czarny” był elementem morskim tego przedsięwzięcia. Postanowiliśmy, że musimy obowiązkowo odwiedzić naszych i wykonaliśmy to w pierwszych dniach nowego 1999 roku, ale o tym po tym.
W ramach przygotowań do powitania nowego roku załogi „Zawiszy Czarnego” i Fryderyka Chopina (spotkaliśmy się w Valparaiso – to Chrześcijańska Szkoła Pod Żaglami) wzięły udział w koncercie szantowym i folklorystycznym w jednym z supermarketów w stolicy Chile. Nie chciałbym rozwijać wątku „wspaniałej” organizacji pobytu załóg w Santiago de Chile (byłem już w tym czasie przyzwyczajony do „ogromnego” zaangażowania służb dyplomatycznych w zabezpieczenie pobytu okrętów w portach zagranicznych).
Nowy Rok 1999 powitaliśmy na redzie portu na pokładzie naszego żaglowca. Ze względu na przygotowania do wspaniałego pokazu sztucznych ogni wszystkie jednostki wyprowadzono na redę. Na pokładzie mieliśmy zaszczyt gościć ambasadora RP w Chile, pana Daniela Passenta z grupą około 30 gości. Obok nas na redzie stała „Esmeralda”, flagowy żaglowiec chilijskiej Marynarki Wojennej.
Po nowym roku odwiedziliśmy naszych harcerzy w zlotowym miasteczku – obozie, spotkanie przebiegło w bardzo miłej i serdecznej atmosferze. Koncert szantów na zakończenie wizyty zgromadził ogromne rzesze wielbicieli tego rodzaju muzyki, a nasz zaspół „KLANG” z Waldkiem Mieczkowskim na czele rozgrzał publikę do białości. Bisom nie było końca. (Ciekawostką był fakt odwołania przez organizatorów, konkurencji wodnych w ramach współzawodnictwa delegacji krajowych, gdyż wyschło jezioro znajdujące się obok miasteczka zlotowego. To była suuusza…).
Kolejne dni to przygotowanie do rejsu. Wykorzystując znajomości w admiralicji Floty Chilijskiej udało się nam uzyskać zgodę na przejście bez pilota Kanałami Patagońskimi a także zakupić mapy na te obszary. Kanały były zabezpieczeniem przed sztormami na Pacyfiku. Wreszcie 7. stycznia przybyła na żaglowiec pozostała część nowej załogi i byliśmy gotowi do wyjścia w morze. W nocy z 8. na 9. stycznia opuściliśmy gościnny port Varpaiso i kurs na południe ku nowym przygodom.
Przez pierwsze 8 dni wiatr nas nie rozpieszczał, wiejąc prosto w dziób z rosnącą siłą. Wysokie fale rzucały naszą łódką jak piłeczką pingpongową, a bardzo słona woda przelewała się przez śródokręcie, zapewniając nam nie zawsze chcianą kąpiel. W takich warunkach dotarliśmy do „ryczących czterdziestek” (nie chodzi o druhny lecz o 40º szerokości południowej) i świętowaliśmy prawdziwą czterdziestkę Waldka – kapitana. Na tę okoliczność muzycy z mojej czwartej, wspaniałej wachty ułożyli piosenkę o „cudownym” życiu żeglarzy i czekających na nich bliskich w dalekich portach. Muzycy ci to Mirek Kowalewski „Kowal”, znany szantymen i nie mniej znany Jasiu Wydra z zespołu EKT Gdynia.
16. stycznia w nocy chronimy się przed sztormem do Kanałów Patagońskich. Słońce wstało już w zupełnie nowych warunkach, gładka woda, czyste niebo, prawie bezwietrznie, żyć nie umierać. Słychać tylko pyrkanie silnika głównego idącego „pół-naprzód”, szum wody rozcinanej dziobem oraz stukanie lin o maszty. Krajobraz cudowny, góry z obu stron, szczyty tych z lewej burty pokryte śniegiem. Cudowny widok lodowców schodzących do wody, duże ptaki na niebie. I tylko zardzewiałe kadłuby wraków sterczące z prawa i z lewa dokładają trochę grozy do tej sielankowej scenerii. Tak spokojnie żeglując zorientowaliśmy się, że zużyliśmy prawie całą słodką wodę, a przecież pić i gotować trzeba. Mając zgodę chilijskiej Marynarki Wojennej, weszliśmy do bardzo sympatycznego portu Chacabuco celem pobrania słodkiej wody. Wykorzystując znajomość języka hiszpańskiego przez jednego z oficerów, szybko załatwiliśmy swoje sprawy a część załogi mogła zwiedzić sąsiednie miasteczko. Wieczorem opuściliśmy ten jakże uroczy zakątek schowany głęboko przed światem, gdzie ludzie są bardzo życzliwi, niskiego wzrostu jednak wielcy duchem.
22. stycznia wyszliśmy wreszcie Kanałem Darwina na Pacyfik. Wiatr zmienił kierunek na zachodni co pozwoliło nam iść pod pełnymi żaglami. Przez dwa dni szliśmy pełnym wiatrem ku tej groźnej granicy między dwoma oceanami, gdzie morze pochłonęło tak wiele statków i istnień ludzkich. I w końcu 25. stycznia 1999r. o godz.17.30 minęliśmy groźny i wspaniały przylądek Horn, dumnie wznoszący się ponad 420m nad poziom morza. Wiatr o sile 8ºB pozwalał nam płynnie i z gracją pokonywać wysokie, niekiedy aż na 6m fale. Cała załoga wyległa na pokład, radości, śpiewom i zdjęciom nie było końca. Wielu z nas po cichu dziękowało (szklaneczką szampana) Neptunowi, że pozwolił nam bez przeszkód zdobyć ten żeglarski Mont Everest. I nie ma co ukrywać, duma rozpierała nasze piersi. Dotarło do nas to, że zapisaliśmy się w annałach jako kolejni zdobywcy Hornu.
26. stycznia weszliśmy w kanał Beagle i o 18.30 zacumowaliśmy w argentyńskim porcie Ushuaia do burty żaglowca „Fryderyk Chopin”. Dla części załogi, w tym i dla mnie był to końcowy etap żeglarskiej przygody. Nazajutrz 12 członków załogi wyokrętowało się z żaglowca „Zawisza Czarny”. Mikrobusem udaliśmy się przez Ziemię Ognistą do Punta Arenas aby samolotem powrócić do kraju.
Nasza wielka przygoda zakończyła się w Gdańsku, gdzie w marcu 1999r. większość naszej załogi wstąpiła do Bractwa Kaphornowców. Zrzesza on odważnych żeglarzy, śmiałków, którzy pokonali nieujarzmione wody Cieśniny Drake?a i opłynęli groźny przylądek Horn. Wśród członków naszego stowarzyszenia jest wielu instruktorów i harcerzy.
Z harcerskim i żeglarskim pozdrowieniem
phm. Marek Brągoszewski, admirał floty rez.
(MB)
PS Do wspomnień tych załączam księgę pamiątkową wydaną w dwudziestopięciolecie Bractwa Kaphornowców p.t. „Pokłon Hornowi”, do harcówki w ZS Nr 2 w Pruszczu Gdańskim.
W S P O M N I E N I A E D K A
ZIELONY DZIEŃ NA OBOZIE.
W latach 1970 i 1971 akcja letnia hufca ZHP Pruszcz Gdański była organizowana na nowo uzyskanym terenie na Wyspie Sobieszewskiej (wówczas należącej jeszcze do powiatu gdańskiego). W pięknym lesie, w bezpośredniej bliskości do morza (ok. 200 m w linii prostej) w Sobieszewie – Orlu organizowaliśmy zgrupowanie obozów naszego hufca. Dziś w tym miejscu znajduje się Bałtyckie Centrum Spotkań Młodzieży (nie wiem, czy jeszcze tak się nazywa?). Komendantami zgrupowania byliśmy na zmianę ja i Zbyszek Brągoszewski. Wrażeń co niemiara! Wspomnienie Zbyszka o minie morskiej znalezionej na plaży dotyczy właśnie tego miejsca. Cieszyliśmy się bardzo, że mamy to miejsce, bo stanowiło ono dla hufca ważny atut przetargowy w ubieganiu się o wymianę obozów z hufcami w głębi Polski, szczególnie interesowały nas hufce z terenów górzystych. Na razie jednak cieszyliśmy się sami urokami Sobieszewa. Do roku 1970 na teren wyspy nie wpuszczano koloni i obozów, bo tyle czasu trwało oczyszczanie okolicznych lasów z amunicji i sprzętu pozostawionego przez Niemców po II wojnie światowej. W trakcie trwania obozów zresztą niemal codziennie harcerze znajdowali przerdzewiałe taśmy amunicyjne, pojedyncze naboje, łuski, części uzbrojenia. Drużynowi mieli wiele pracy w przeglądaniem tych „skarbów” gromadzonych przez podopiecznych w plecakach, namiotach lub wręcz wykorzystywanych do zdobnictwa obozowego i urządzania totemów przed namiotami.
Mnie ten czas kojarzy się najbardziej z wspaniałymi instruktorami, którzy swój wakacyjny odpoczynek poświęcali na pracę z dziećmi. Jak serdeczne były nasze wspólne działania, niech świadczą chociażby śluby instruktorskie, które połączyły ludzi tam przebywających. Tam poznali się (i są do dziś razem) Adam Kurkowski i Elżbieta Kłos. Gabrysia Grajewska poznała na obozie swego późniejszego męża Bogdana Adamczyka, który był kierowcą obozowym oddelegowanym przez zakład pracy. Zosia i Rysiek Nowakowie też byli na obozie już jako małżeństwo. Były również single (jak to się dziś mówi). Pełna życzliwości dla dzieci kucharka (wierna harcerzom przez lata) pani Jasia Machnio, pielęgniarka Taisa Kiryluk, czy wreszcie Dorota Kuropatwa (przepraszam Anna Dorota).
Dobrze zorganizowany czas płynął szybko i nieuchronnie zbliżał się koniec obozu. Przedostatni dzień zgodnie z tradycją nazywany był zielonym dniem i wówczas władzę w obozie przejmowali harcerze pełniąc wybrane funkcje instruktorskie, natomiast kadra musiała wcielać się w role podopiecznych. Należało się również przebrać w jakiś strój na wesoło. Każdy do ostatniej chwili skrywał własne pomysły, by zaskoczenie było tym większe. Pamiętam , jak Taisa, która wówczas była pierwszy raz na obozie, z niepokojem zaczepiała nas kolejno, pytając za co ma się przebrać. I wreszcie Dorota (Anna Dorota) jak zwykle litościwa, poradziła Taisie: - Wiesz co, przebierzemy cię za krowę. Rogi ci doprawimy, ogon ci doprawimy, a nogi to sobie sama osr…… !
E.P.
CO TO ZNACZY POŚWIĘCENIE!
Pod koniec obozu (mowa o tym w Sobieszewie) z reguły przygotowywano bieg patrolowy, podczas którego harcerze musieli popisać się umiejętnościami nabytymi w trakcie. Bieg przygotowywała ścisła grupa wtajemniczonych, nie ujawniając szczegółów nawet drużynowym. Sygnałem do wymarszu był ogłaszany alarm, najczęściej późnym wieczorem (lub w nocy).
Ogłosiłem alarm, wysłałem wcześniej na tzw. punkty wyznaczonych instruktorów. Harcerze zebrani na placu apelowym z niecierpliwością oczekiwali na sygnał do wymarszu na trasę biegu.
Nagle podbiegła do mnie Taisa, która miała namiot blisko placu apelowego, ale spóźniła się na odprawę kadry. Drżącym głosem zapytała: - Co ja mam robić? – Nie pamiętałem, czy Taisa była na odprawie kadry i nieco podenerwowany powiedziałem: - Iść!!! – wskazując kierunek, w którym odeszli instruktorzy.
Bieg zakończył się późną nocą. Rano dowiedziałem się, co było po jego zakończeniu. Otóż Taisa wróciła do swego namiotu typu wigwam i … rozpłakała się. Skłonił ją do tego widok swojej córeczki śpiącej na kanadyjce nawet bez nocnej bielizny. Wówczas przypomniała sobie, że gdy rozległ się alarm, ona właśnie kąpała swoje dziecko i niewiele myśląc, zostawiła je w misce, i pobiegła na plac apelowy. Potem miałem jeszcze kilkakrotnie okazję poznać Taisę w działaniu i zawsze wiedziałem, że jest to niezwykle odpowiedzialny człowiek - bardzo sumienna w wykonywaniu obowiązków.
E.P.
GDY NIE BYŁO TELEFONÓW KOMÓRKOWYCH…
… i nie wszyscy mieli nawet stacjonarne telefonu, w ważnych sprawach nie cierpiących zwłoki kontaktowaliśmy się za pomocą telegramów (depesz pocztowych). W powszechnym odczuciu posłaniec z telegramem był zwiastunem raczej nieprzyjemnych wiadomości.
Latem 1972 roku jako komenda hufca wykorzystaliśmy nasz atut, czyli stałe miejsce obozowe, do wymiany z Hufcem ZHP Sucha Beskidzka. My udostępnialiśmy nasz sprzęt obozowy, doprowadza –liśmy wodę i światło do obozu, pomagaliśmy w załatwianiu różnych spraw na miejscu. W zamian za to hufiec Sucha Beskidzka gwarantował nam te same warunki u siebie. Znacznie to ułatwiało organizację HAL (Harcerskiej Akcji Letniej), bo nie musieliśmy wozić namiotów, magazynów i innego sprzętu – wystarczyło przewieźć uczestników.
Pewnego letniego dnia na dworcu w Pruszczu Gdańskim ustawiła się kolumna wyjeżdżających na obóz. W pociągu kolonijnym zarezerwowane były wagony, wystarczyło sprawnie załadować młodzież i bagaż podręczny ( w tym materiały programowe). Komendantką tego pierwszego w Suchej obozu była nasza śp. Danusia Struczyńska. Ja jako komendant hufca z zastępcą (Halinka Mazurek) żegna- liśmy odjeżdżających. Pociąg ruszył, długo machaliśmy na pożegnanie i wróciliśmy do naszego baraku.
Następnego dnia po południu do sekretariatu wszedł listonosz (ten od depesz). Telegram brzmiał: „Zostawiliśmy/stop/na peronie w Pruszczu/stop/akordeon/stop/ sprawdźcie/stop/czy go nie ma”
Naturalnie sprawdziliśmy i naturalnie akordeonu nie było. Stop. To prawdopodobnie był akordeon Błażejaków.
Za dwa dni w drzwiach hufca pojawił się posłaniec. Telegram! Oczywiście! Danusia pisze: „Przyślijcie chochlę/stop/bo tu ma/stop/ nie możemy kupić/stop”.
O ileż szybciej i skuteczniej można by było załatwić te sprawy, gdyby wówczas były telefony komórkowe! (E.P.)
MOJE PIERWSZE ZAUROCZENIE TATRAMI
Jest czerwiec 1968 r. Jestem w wojsku w „zielonym garnizonie” koło Olkusza. Nudy na pudy! Z przerażeniem myślę, że jeszcze muszę służyć do kwietnia 1969 r. I nagle dostaję wiadomość ze sztabu, że będę zwolniony do cywila z końcem czerwca. Dlaczego? Otrzymuję odpowiedź, że nauczyciele są zwalniani ze służby przed rozpoczęciem roku szkolnego. Zazwyczaj działo się tak w sierpniu, ale w tym roku przyszedł rozkaz, aby zwalniać w czerwcu. Nie wiedziałem wówczas, że dotyczy to nauczycieli z poboru jesiennego. Nikt nie wiedział również, że jest to sygnał zapowiadający inwazję na Czechosłowację. Rozkaz to rozkaz! Radość nie do opisania! Koledzy zazdroszczą, ja pospiesznie wykorzystuję należny urlop za drugi rok służby, rozliczam się i… nareszcie do cywila! W Pruszczu zgłaszam się do inspektora Machnikowskiego, wznawiam zatrudnienie (od lipca będę otrzymywał wynagrodzenie!). W hufcu zgłaszam swój udział w obozie w Małym Cichym koło Murzasichla. Dojeżdżam tam dwa dni po rozpoczęciu obozu i zostaję drużynowym w podobozie Heńka Kleinzellera. Dwa dni później organizowana jest wyprawa w góry, na którą zgłaszam się pełen entuzjazmu, nie bardzo wiedząc, jakie powinno być wyposażenie turysty, ale są przecież bardziej wytrawni instruktorzy i kiedyś trzeba zacząć.
Szefem grupy jest Lucjan Mączka. Idą także: Danka Plaskota, Zygmunt Girtler, Stefan Lipowy (lub jego brat). Bardzo wcześnie rano obozowa furgonetka podwozi nas do Morskiego Oka. W tamtych latach ruch kołowy był dozwolony aż do Palenicy. Stamtąd idziemy szlakiem na Szpiglasową Przełęcz. Im wyżej tym gęstsza mgła . Wspinamy się zakosami, musimy iść bardzo blisko siebie, bo mgła ogranicza widoczność. Emocji co niemiara! Zejście do Doliny Pięciu Stawów odbywa się przy stopniowo poprawiającej się pogodzie. W Dolinie, gdzie jesteśmy około południa, przerwa na posiłek, spokojny spacer wzdłuż stawów i zasadnicza wspinaczka na Orlą Perć przez Zamarłą Turnię. Potem Zawrat i mrożące krew w żyłach łańcuchy, drabiny, aż wreszcie „normalny” szlak w kierunku Świnicy. Widoki są niesamowite! Widzimy stamtąd cel naszej wyprawy, czyli Kasprowy Wierch, ale do przejścia jeszcze sporo. Wreszcie docieramy do celu. Jeszcze tylko zjazd kolejką linową do Kuźnic, a tam czeka na nas furgonetka, by odwieźć do obozu. Był to dzień najwspanialszych wrażeń! Nie wie- działem, że one się dla mnie jeszcze nie skończyły. Kierowca powiedział mi, że mam w obozie gości. Nawet mnie to nie zdziwiło, bo jeden z kolegów, mieszkający w Krakowie, obiecał, że odwiedzi mnie na obozie podczas przepustki.
Jakież było moje zdziwienie, gdy oprócz kolegi zobaczyłem sierżanta ze sztabu, który zwalniał mnie do cywila. Zapytałem więc, „Co tu robicie?” „Jesteśmy w podróży służbowej” – padła odpowiedź. „Co mnie to wreszcie obchodzi?” – pomyślałem. Po capstrzyku zaprosili mnie do swojego namiotu i w trakcie swobodnej pogaduszki rzucili mimochodem: „A teraz powiemy ci, po co przyjechaliśmy?” „No, po co?” „Po ciebie!” Potraktowałem to jako żart, ale oni spokojnie zaczęli mi wyjaśniać. Otóż sierżant faktycznie otrzymał rozkaz zwolnienia do cywila nauczycieli, a że ja byłem jedynym nauczy- cielem w jednostce, potraktował mnie jako właściwą osobę. Potem zorientował się w pomyłce i mu- siał niezwłocznie naprawić swój błąd. Gdybym nie pojechał z nimi i tak ściągnęłoby mnie WSW (Wojskowa Służba Wewnętrzna). Wróciłem z nimi do jednostki i odsłużyłem pozostałe 10 miesięcy.
Co przeżywałem, nie trudno odgadnąć. Ile problemów z tego wynikło, też nie będę opisywał. Najważniejsze, że złapałem bakcyla Tatr i od tamtej pory nie było roku, w którym nie odwiedziłbym tego zakątka naszej ojczystej przyrody!
EP
JAK STRACIŁEM W OCZACH DANUSI JAKO DŻENTELMEN?
Kwalifikacje instruktorskie stale podwyższaliśmy w formie różnych kursów, konferencji, szkoleń organizowanych przez hufce, Komendę Chorągwi lub Główną Kwaterę m.in. w centralnych szkołach instruktorskich. Bardzo znana i lubiana była CSI w Cieplicach Śląskich koło Jeleniej Góry – kształciła głównie instruktorów zuchowych. Harcerze szkolili się w Warszawie (w hotelu Druh na ul. Niemcewicza), ośrodkach szkoleniowych „Perkoz” koło Olsztynka, „Głodówka” koło Bukowiny Tatrzańskiej. Powstały również chorągwiane szkoły instruktorskie i można było połączyć szkolenie ze zwiedzaniem różnych zakątków Polski, organizując je w formie wymiany. W końcu lat 70. powstała CSI w Oleśnicy koło Wrocławia. Pierwszą Komendantką Szkoły była Krystyna Gwarek (wcześniejsza dyrektorka Domu Harcerza w Gdańsku).
Właśnie z wyjazdem do Oleśnicy wiąże się ta historia. Wyjeżdżamy na szkolenie niewielką grupą instruktorów: Jurek Konopczyński, Danka Parys, Ludwika Pendlowska, Danka Plaskota (nie wszystkich pamiętam). Zbiórka była na peronie w Gdańsku. Stopniowo dochodzący stawiali swoje bagaże obok już stojących, by „mieć na nie oko”. Gdy zajechał pociąg, okazało się, że nasz wagon zatrzymał się prawie na końcu peronu (czego nie przewidzieliśmy) i należało szybko do niego podbiec. Pomagałem przy wsiadaniu koleżankom, podnosząc bagaże w wejściu. Najbardziej dystyngowanym krokiem przemieściła się Danusia Plaskota, nawet ją popędzałem. Zaledwie znaleźliśmy się w wagonie, pociąg ruszył. Należało ulokować się na oznaczonych miejscach, bo mieliśmy kuszetki. Gdy pociąg mijał Pruszcz, nie zatrzymując się (pierwszy przystanek w Tczewie), podeszła do mnie Danusia (P) z pytaniem: A gdzie masz moją walizkę?... Zdębiałem, bo nie przekazywała jej pod moją opiekę, nie wiedziałem też, jak ona wygląda. Widziałem straszny zawód w oczach Danki. Nie powiedziała nic więcej, wysiadła w Tczewie i wróciła do Gdańska.
Potem dowiedzieliśmy się, że walizka na szczęście czekała na nią, ale do Oleśnicy Danka nie dojechała.
(EP)
Z B Y S Z E K W S P O M I N A
JAK STRACIŁEM ĆWIKA
…zanim wyjechałem na obóz do Borska ( 1960 r. – Zgrupowanie Obozów KH ZHP w Pruszczu Gd. ) to w drużynie byłem już „ fisza”. Nosiłem brązowy sznur. Miałem swoich harcerzy, z którymi mogłem już wykonywać najbardziej skomplikowane zadania.
Na krzyżu harcerskim miałem wypolerowaną lilijkę, która się „złociła”. Miałem już ĆWIKA,
a tu ku mojemu zdziwieniu i zaskoczeniu zmiana regulaminu stopni harcerskich.
Jakiś druh w Głównej Kwaterze ( J. Kuroń ) wymyślił nowe stopnie i wszystkim przyporządkował czerwone chusty. Wszystko to miało służyć patriotyzmowi harcerzy.
A co ja o tym myślałem, nie powiem …
Musiałem od początku zdobywać nowe stopnie. Ale jak mnie oszukano, to ja „ICH” też oszukam.
Podczas biegu harcerskiego wyruszyłem ze swoim patrolem na trasę jak wszyscy. Po krótkim marszu zatrzymaliśmy się i przyrządziliśmy sobie kisiel na mini ognisku. Po krótkim odpoczynku za dwie puszki „tuszonki” załatwiłem z rybakami przewiezienie nas na drugą stronę jeziora, co pozwoliło zaoszczędzić nam 2/3 drogi – marszu.
Teraz musieliśmy jeszcze trochę odczekać, ażeby nie być za wcześnie w obozie. {przecież harcerski marsz to tylko 7 km/godz.}. I w ten niezbyt ambitny sposób zdobyliśmy pierwsze nowe stopnie.
(ZB)
PS
Dodam jeszcze do tego wspomnienia swój zachwyt najładniejszym obozem drużyny z Sobieszewa (dh. Kazimierza Kowalkowskiego). Był on cały otoczony sieciami rybackimi tak, że można było dostać się do środka tylko przez otwór bramny pilnowany przez wartownika. Gwiazdy można było podziwiać też tylko przez sieci umocowane ponad namiotami na drzewach.
OPINCOWA DZIUPLA
Karpno k/Lipusza, piękne jezioro, lato 1963 roku.
Mój pierwszy sprawdzian instruktorski. Zostaję oboźnym jednego z męskich podobozów. Komendantem jest nieznany mi wcześniej druh Arek, ponoć kapral co dopiero wrócił z odbywania służby wojskowej. Głos miał naprawdę donośny, lecz po kilku dniach obydwaj mieliśmy chrypę.
Obóz wybrał sobie nazwę „Dziupla”, bo była to prawdziwa dziupla zbudowana z chrustu. Płot wysoki na 1,5metra, wieża obserwacyjna górująca ponad namiotami. Podejście do płotu – ogrodzenia obozu było wyłożone warstwą chrustu na szerokość kilku metrów.
Chcący podejść po flagę obozową mieli tor przeszkód nie do pokonania. Najbardziej zmęczonego wartownika zbudził trzask łamanego pod nogami chrustu. Byliśmy nie do zdobycia.
Obóz zajął pierwsze miejsce we współzawodnictwie, a ja otrzymałem pierwszą nagrodę (książkę) jako instruktor.
(ZB)
SPORTOWA WALKA O BUTLĘ - PUCHAR
W zdrowym ciele, zdrowy duch ,…Sport to zdrowie…
Te maksymy przyświecają między innymi w pracy harcerskiej. Wśród instruktorów harcerskich mieliśmy nauczycieli WF, śpiewu, (byli też matematycy). Wszyscy oprócz zacięcia sportowego potrafili pięknie śpiewać, a niejednokrotnie również grać na instrumentach muzycznych. O tym, na cześć którego byłem jednego roku organizatorem rozgrywek w piłkę ręczną, pragnę opowiedzieć.
Był to druh phm. Jerzy Pudlis, nauczyciel WF w szkole podstawowej nr 2 w Pruszczu Gdańskim.
Gdy wyprowadzaliśmy go w asyście sztandarów hufca ZHP i szkoły z kościoła w Emaus na cmentarz łostowicki, już wówczas zrodziła się potrzeba upamiętnienia jego osobowości. Wybrano rozgrywki o puchar jego imienia w piłce ręcznej (która była jego oczkiem w głowie).
W maju na boisku szkolnym przy ul. Kopernika w Pruszczu Gd. spotkały się harcerskie drużyny z Trąbek, Sobowidza, Straszyna, Pszczółek i Pruszcza w walce o puchar. Środki finansowe na nagrody zawsze były bardzo skromne, pozostawał tylko zapał i pomysłowość organizatorów.
Harcerze rwali się do walki, drużynowi ustalali strategię (myślę, że czasami zdarzało się zapisywanie do drużyny najlepszych graczy na dwa, trzy dni przed rozgrywkami).
Atmosfera była zawsze wspaniała. Wszyscy chcieli wygrać, ale tylko jeden mógł być zwycięzca.
Tym razem w nagrodę (jako puchar) otrzymał 50 litrową butlę po winie, ładnie udekorowaną (którą udało mi się wycyganić od mojego ojca).
Zwycięskiej drużynie druhna hm. Halina Mazurek (Miedzianowska) z-ca komendanta hufca wręczyła puchar.
Pokonani druhowie Jałoszyński, Kaczmarek, Trofimowicz, Skibicki składali zwycięzcy gratulacje i umawiali się na rewanż.
PS A propos matematyków:
- jeden (Z. Gűrtler) gdy prowadził mecz piłki nożnej dopingował swoich zawodników krzycząc „podaj naprzeciw prostokątną” (zamiast na skrzydło).
- drugi (J. Bruzdewicz) zasłynął ze swoich kanapek z majonezikiem i innymi dodatkami na obozie wędrownym.
(ZB)
NOCNE PRZEPYCHANKI W MAŁYCH SWORNIGACIACH
(kaszb. Swòrnegace lub Swòrnigace, Szwòrnygace, Szwòrnëgace)
Piękne jezioro Charzykowskie, sosnowy las, sucha ściółka, rzeka, sztorman Schneider, druh inspektor, kurs drużynowych, druh Grześ i ja jako oboźny jednego z podobozów. Aj, zapomniałbym, jeszcze Zdzisiu Sawicki kwatermistrz – Sybirak.
Nie wiedziałem, nie wiem i chyba się nigdy nie dowiem, co było przyczyną najazdu nocnego na nasz obóz. (Trochę on mi przypomina ostatni zajazd na Litwie..).
Może zazdrość o piękne druhny, może nienaganny styl i pedantyczność druha Grzesia pełniącego w tym dniu służbę, a może tylko chęć wyżycia się grupki pseudo studentów z Sopotu. Zaczęło się od drobnej wieczornej utarczki i odzywki intruzów, „my tu jeszcze przyjedziemy”.
Ogłoszony został obozowy ALERT. Po ciszy nocnej na teren zgrupowania wjechały dwa samochody terenowe oświetlone jak choinki (po kilkanaście reflektorów).
Druh sztorman rozstawił wszystkich instruktorów i starszych harcerzy w cieniu, wokół samochodów. Dochodziły do nas odgłosy potrząsanych łańcuchów, maczet oraz pogróżki.
Druh Teodor udał się na negocjacje. Jego siła argumentów musiała być przekonująca, bo po kilkunastu minutach najeźdźcy wycofali się z naszego terenu, odjeżdżając z buksującymi kołami w leśnej ściółce i piasku.
Niewątpliwie na ich wycofanie mogły też mieć wpływ wydawane – niby od niechcenia – tajemnicze nawoływania, odgłosy ustawionych wokół instruktorów stwarzające wrażenie, że jest nas co najmniej setka gotowych do podjęcia walki.
Ale nie były to szachy lecz partia pokera.
(ZB)
SYLWESTER NA MIGI
Zimowisko w Szczecinie (26.12.65. – 05.01.66.)
Szkolenie, zwiedzanie, zabawa…
No i sylwester, pożegnanie Starego i powitanie Nowego Roku.Spaliśmy w internacie szkoły dla głuchoniemych (którzy mieli w tym czasie normalną przerwę świąteczną).
Zabawa sylwestrowa zaczęła się zaraz po spożyciu kolacji. Dodatkowe pączki z „niespodzianką”, zabawy, pląsy i konkursy umilały nam czas do 24-tej, przygrywał nam magnetofon. (były: tango, walce, jive?y, polki i kujawiaczki…)
Po złożeniu sobie życzeń noworocznych druh Teodor zaproponował złożenie życzeń naszym gospodarzom.
Jakie było dla nas zaskoczenie, że w budynku szkoły oprócz nas jeszcze się ktoś bawi. Poza naszą salą było bardzo cicho i spokojnie.
Udaliśmy się z tortem i drobnymi prezentami do sali gimnastycznej, gdzie ujrzeliśmy grupę kilkudziesięciu dziewcząt, pań i młodzieńców, panów odświętnie ubranych. Druh komendant złożył życzenia, które dyrektorka szkoły przetłumaczyła na język migowy. W imieniu głuchoniemych ona przekazała nam również życzenia noworoczne i zaprosiła do tańca. Wszyscy ruszyli w tany, muzyczka ledwie była słyszalna, ale dwa na jeden i obrót można było tańczyć bez muzyki.
Ja rozglądnąłem się po sali i wybrałem, moim zdaniem, bardzo ładną i sympatyczną „głuchoniemą”. Uśmiechnąłem się, pokłoniłem, pocałowałem w rękę i zacząłem tańczyć. Nawet nam wychodziło. Dziewczyna miała wyczucie rytmu. Zastanawiałem się, skąd ona wie, w którą stronę ją obrócę i którą nogą ruszę do przodu. Za każdym razem gdy udała się nam jakaś figura uśmiechaliśmy się do siebie. Tańczyliśmy cały czas w milczeniu. Gdy melodia miała się ku końcowi, nagle moja partnerka przemówiła (ku mojemu zaskoczeniu) – „pan pewnie myśli, że ja jestem głuchoniema. Ja tutaj uczę”.
Uf, jaka ulga, taka ładna i sympatyczna a miałaby nic nie słyszeć i nie mówić.
(ZB)
JAK TO BYŁO NA „GĘSIEJ SZYI”
Obóz harcerski w Małym Cichym – 1968 r. (19.07.-15.08.)
Z druhną Danutą Pluskotą (tą z pięknym końskim ogonem) odebraliśmy dwie grupy sportowców z NRD i Francji, którzy przebywali w Polsce na zawodach lekkoatletycznych organizowanych przez Świat Młodych (gazetę harcerską).
Młodzi Niemcy i Francuzi po tygodniowych zmaganiach sportowych na boiskach Chorzowa mieli kolejny tydzień wypoczywać na obozach harcerskich.
Nam przypadła opieka nad tymi dwoma grupami. Wspólny język z grupą Niemców znalazłem szybko z uwagi na znajomość języka niemieckiego, gorzej było z Francuzami gdzie moja znajomość francuskiego kończyła się na słowach „łi”, „keske se”, i „la kotlet”.
Po przybyciu do Małego Cichego goście szybko się zaaklimatyzowali i włączyli do codziennego obozowego, harcerskiego życia (apele, zabawy terenowe, wędrówki piesze, spływ Dunajem, ogniska).
Grupa niemiecka, jeżeli chodzi o zdyscyplinowanie dorównywała naszym harcerzom, ale Francuzi to był koszmar, każdy chodził jak chciał, chłopcy z dziewczętami obściskiwali się i całowali na placu apelowym. Bez przerwy chcieli tylko wieczorki taneczne i dyskoteki.
Chcąc wyładować ich energię jednego dnia zaplanowałem całodzienną wędrówkę górską na szczyt zwany „Gęsia Szyja”. Wyszliśmy zaraz po śniadaniu, zabierając z sobą suchy prowiant na obiad.
Czas wędrówki poświęciłem na naukę francuskiego. A polegało to na zadawaniu pytań (jak dziecko). Co to jest ? (keske se). W ten sposób poznałem dość pokaźny zasób słów francuskich. Próbowano mnie nauczyć również kląć, ale w tym przypadku nie byłem zbyt pojętym uczniem. Po kilku godzinach weszliśmy na Gęsią Szyję. Wszyscy dziwili się, że nie ma tam gęsi a dało się zauważyć owce i barany.
Po spożyciu suchego posiłku (sposób jego przygotowania to już temat na inne wspomnienie) wyruszyliśmy w drogę powrotną do obozu.
I zaczęło się. Po moich pytaniach – co to jest?, następowało pytanie, ile jeszcze do obozu. Po godzinie marszu pytania stawały się coraz bardziej natarczywe. Ja odpowiadałem: jeszcze 5 – 6km. Po kolejnych pytaniach odpowiadałem: jeszcze godzina i tak na zmianę. Po kolejnej godzinie marszu Francuzi próbowali dociec co było przyczyną, że moje odpowiedzi były mało precyzyjne. Tłumaczyłem, że 5km było w linii prostej a my idziemy w górę i w dół dlatego to daje więcej kilometrów.
Wszyscy byli już padnięci, ja również czułem trasę w nogach.
Po kolejnej godzinie dotarliśmy wreszcie resztkami sił do obozu. Kończyła się kolacja. Dałem rozkaz: jemy i odpoczywamy. Ledwie wyciągnąłem się na swoim łóżku już zameldowali się Francuzi, że chcą kolejnej zabawy – dyskoteki.
No i nie udało mi się ich zmęczyć. Bawili się do ciszy nocnej i jeszcze trochę.
(ZB)
DO ZAKOPANEGO NA AZYMUT
Małe Ciche (1967 r.), zgrupowanie obozów hufca Pruszcz Gd. namioty rozbite na polu Gała, obok przepływa Suchy Potok. Z jednej strony Kośne Hamry, z drugiej Zazadnia, z trzeciej Murzasihle a my szkolimy się, wędrujemy i bawimy się.
Wypada też przejść się do Zakopanego. Ale harcerze przecież chadzają swoimi ścieżkami, mając mapę i kompas. Tak też po śniadaniu wyruszyliśmy do Zakopanego.
Po przejściu kilku kilometrów według azymutu i mapy wyszliśmy na asfalt. Co dalej ? Wszystko ogrodzone (Murzasihle).
Tak jak to w tej anegdocie : „gdy widać harcerzy z mapą, to pewnie będą o drogę pytać”. My również pierwszą napotkaną osobę – góralkę pytamy o drogę do Zakopanego.
Ona pokazuje nam i tłumaczy, że należy iść drogą asfaltową prosto, potem w prawo i tak dalej poprzez Cyrlę do Zakopanego.
My uparcie mówimy, że harcerze nie chodzą drogami asfaltowymi i chcemy do Zakopanego na skróty – na azymut.
Na to góralka; „panoćku ja tu żyję czterdzieści lat i nigdy do Zakopanego na azymut nie chodziłam.
I co tu robić ?
Poszliśmy asfaltówką, lewą stroną, poprzez Cyrlę obok „7 Kotów” aż do pomnika Sabały i tak szczęśliwie dotarliśmy bardzo szybko do Zakopanego.
(Z B)
JAWORKI – TAM GDZIE KOŃCZY SIĘ DROGA
Zgrupowanie obozów 6 Pruszczańskiej DH (SP Nr 2) w Czorsztynie (1983 r.).
Jedziemy pociągiem z Gdańska do Zakopanego.
Pierwsza grupa (podobóz) pod moją komendą wysiada w Krakowie. Nocujemy w schronisku obok Ogrodu Jordanowskiego (Kraków – Krowodrze).
Druga grupa (podobóz – 15 osób) pod komendą phm. Marka Brągoszewskiego wysiada w Zakopanem. Stamtąd przejdą przez Bukowinę Tatrzańską do Czorsztyna.
Trzecia grupa (zuchy z Klubu Stajnia dh. Andrzeja Starca) pod komendą Żeni Redwans wysiada w Nowym Targu, skąd autobusem dowiezieni zostali do Czorsztyna gdzie rozbili obóz nad Dunajcem.
My po zwiedzeniu Krakowa, dwa dni później pojechaliśmy pociągiem do Krynicy Górskiej. Obóz rozbiliśmy pod Jaworzyną nad Czarnym Potokiem.
W Krynicy raczyliśmy się „Słotwinką”, zwiedziliśmy stary tor saneczkowy i poprzez Górę Parkową dotarliśmy na Huzary. Po zwinięciu namiotów ruszyliśmy dalej. Pieszo przez Muszynę, Piwniczną Zdrój, Obidźę, Jaworki, Wąwóz Homole, szczytami Pienin, przeprawa przez Dunajec, obok Trzech Koron dalej przez Sromowce Niżne i Sromowce Wyżne do Czorsztyna.
Od Piwnicznej do Jaworek trasa wiodła poprzez górskie bezdroża. Obóz rozbiliśmy w pobliżu wejścia do Wąwozu Homole. Pogoda była dżdżysta, co chwila padało.
Rano po pobudce rozpoczęliśmy przygotowania do śniadania. Jedni robili kanapki w namiotach, służbowi gotowali wodę na herbatę osłaniając kuchenkę gazową specjalnym parasolem. Do przejścia zostało nam jeszcze sporo (dwa etapy).
A tu niespodzianka. Podjeżdża samochód z gdańską rejestracją i wysiada z niego dh Marek. Co za radość, powitania, wiwaty. Wszyscy zapomnieli o śniadaniu i o gorącej herbacie.
Ale gdzie jest zuch Ania ? Siedzi na tylnym siedzeniu w samochodzie i kurczowo trzyma się poręczy drzwi, dając tym znać że już z samochodu nie wyjdzie, nawet na najlepsze, najsmaczniejsze śniadanie.
Krótka narada i męska, harcerska decyzja. Pakujemy mokre namioty i nasze plecaki do bagażnika. Pozostawiamy sobie tylko suchy prowiant i herbatę w manierkach.
Odciążeni tak zamierzamy ostatnie dwa etapy przejść jednego dnia, co nam się udaje. Lądujemy w obozie w Czorsztynie na kolację.
Myjemy się, jemy i spać. Całe szczęście nasze namioty już rozstawione i suche. Tylko trzeba poszukać swoich rzeczy – plecaków.
Z harcerskim podziękowaniem za pomoc. Czuwaj !
(ZB)
PRZYRZECZENIE HARCERSKIE NA SZCZYCIE PIENIN
Obóz KH w Czorsztynie (1975 r. – w tym czasie komendantką hufca jest dh. Grażyna Grabowska)Drugi tydzień pobytu na obozie.
Nocny alarm, sprawdzenie umundurowania i obuwia. Wymarsz na nocną wędrówkę. Idziemy leśnymi ścieżkami, obok górskich osiedli Sromowce Wyżne, Sromowce Niżne. Zaczynamy wchodzić na Trzy Korony.
W wąwozie odczytany zostaje rozkaz dopuszczający najlepszych do złożenia Przyrzeczenia Harcerskiego. Wybrańcy wraz ze swoimi „chrzestnymi” wchodzą na sam szczyt Trzech Koron (może tam pomieścić się tylko kilka osób). Słońce wychyla się zza gór, flaga biało-czerwona łopocze na wietrze. Kolejni harcerze powtarzają po mnie „przyrzekam całym życiem …”
Panuje podniosła atmosfera i zaraz słychać głosy instruktorów „na słowie harcerza polegaj jak na Zawiszy”. Przykręcenie krzyża harcerskiego, uściski i gratulacje.
Wszyscy są troszeczkę zmęczeni ale szczęśliwi. Jestem pewien, że Ci co składali przyrzecznie nie zapomną tych chwil. Nie zapomną tych pięknych widoków. Piękna naszej ziemi, ojczyzny.
(ZB)
NOGAMI DO PRZODU.
Obóz 6 Pruszczańskiej DH (SP Nr 2) w Czorsztynie (1983 r.)
Trasa wędrówki z Jaworek do Czorsztyna.
W połowie trasy trzeba trochę odpocząć i posilić się. Jemy obiad w „Góralskiej Chacie”.
Ponieważ przed nami jeszcze szmat drogi, nie możemy marudzić i rozluźniać się lecz chwila odpoczynku należy się nam.
Zdejmujemy ubrania nad brzegiem Dunajca i w butach wchodzimy do wody trochę się pomoczyć. Pływać trudno z uwagi na płyciznę i wartki nurt. Ale w końcu wymyśliliśmy sposób na miłą zabawę. Pomocny w tym był właśnie duży nurt Dunajca.
Należało położyć się plecami na wodę, nogami do przodu zgodnie z biegiem rzeki i wyprężyć się. Woda niosła tak usytuowane ciało jak „wodolot”. Chcąc zakończyć rejs, należało opuścić tylko nogi i woda stawiała nas do pionu (a wody było tylko do kolan).
Po kilku rundach „nogami do przodu” ubraliśmy się i ruszyliśmy gęsiego, lewą do przodu na spotkanie z naszymi koleżankami i kolegami, którzy czekali na nasze przybycie do bazy w Czorsztynie ze smaczną kolacją.
(ZB)
WIELKA WODA W CZORSZTYNIE
Zgrupowanie obozów 6 DH z Pruszcza Gd. (ZS Nr 2) w Czorsztynie (1983 r.).
Dwie grupy harcerzy dotarły już na miejsce po tygodniowej wędrówce (jedna na trasie Krynica Górska – Piwniczna Zdrój – Jaworki – Sromowce Niżne – Czorsztyn, druga na trasie Zakopane – Bukowina Tatrzańska – Czorsztyn).
Rozpoczęły się wspólne zabawy z zuchami obozującymi w Czorsztynie od początku. Po kilku dniach słonecznej pogody zawisły nad naszym terenem chmury i zaczęła się „sikawica”. Woda w Dunajcu zaczęła przekraczać stan alarmowy. W południe, po obiedzie otrzymujemy sygnał z Urzędu Gminy o zagrożeniu powodziowym. Otrzymujemy do dyspozycji salę gimnastyczną (jako pomieszczenie ewakuacyjne) w Szkole Podstawowej w Kluszkowcach (obok Czorsztyna). Ewakuujemy młodzież do budynku szkoły wraz z szefową kuchni druhną Stefą, której domek kempingowy już był zalany. Do nas woda jeszcze nie podeszła. Strażacy co kilka godzin sprawdzają teren, który zagrożony jest zalaniem. Pytają, kiedy zwiniemy obóz? Widząc, że jesteśmy gotowi do natychmiastowej ewakuacji całego sprzętu, pozwalają nam na noc pozostać jeszcze na polu namiotowym. Magazyn (przyczepa kempingowa) podczepiony do samochodu kwatermistrza, dwa pozostałe samochody ustawione przodem do wyjazdu na drogę asfaltową z przygotowanymi pustymi bagażnikami na sprzęt obozowy. Cały sprzęt kuchenny został załadowany do przyczepy kempingowej (pozostała tylko butla gazowa, czajnik, kawa i kanapki). Namioty przygotowane do złożenia i spakowania w bagażnikach w przeciągu kilkunastu sekund. Ćwiczymy na sucho ewakuację. Start, kierowcy wskakują do samochodów, silniki uruchomione, pozostali z grupy ewakuacyjnej w tym czasie biegają wokół wyznaczonych im namiotów, imitując ich składanie (jakie tam składanie – jeden ruch i wszystkie śledzie oraz szpilki wyrwane z miękkiego podłoża. Płachta namiotowa z tropikiem i masztami ląduje w bagażniku). Po trzech próbach widzimy, że „nie ma strachu w naszym fachu”. Potencjalny czas zwinięcia obozu ocierał się o rekord Guenessa (jeżeli taki jest w tej specjalności). Strażacy co kilkadziesiąt minut informują nas o aktualnej sytuacji powodziowej. Koło północy przychodzi sygnał, że od Starych Maniów idzie fala. Kolejny alarm. Woda podchodzi pod samo pole namiotowe. Dunajec „mówi kontra”, my „re”, po godzinie Dunajec „mówi pas”. Fala kulminacyjna przeszła przez Czorsztyn spokojnie, nie było zatorów wodnych. My uratowaliśmy nasze pole namiotowe.
Po trzech dniach suchy już sprzęt zwinęliśmy i udaliśmy się zgodnie z planem w drogę powrotną do Pruszcza i Gdańska.
PS. Czy widzieliście rybę „świnkę”? Po tej powodzi we wszystkich kałużach i wgłębieniach, gdzie stała woda, było ich sporo. Mięso smaczne, podobne z budowy do karpia z tym że pysk ma w formie świńskiego ryjka. Stąd pewnie nazwa „świnka”.
(ZB)
MÓJ PIERWSZY … (BIWAK – 1958 R.)
Drużynowy dh Antoni Schneider. Przyboczna dh. Danuta Struczyńska.
Wyjazd z Pruszcza w sobotę po południu do Mierzeszyna. Dojazd nad jezioro Przywidzkie.
Naszymi środkami transportu były samochody bojowe Pruszczańskiej Straży Pożarnej, która miała swoją bazę przy ul. Grunwaldzkiej obok Zakładu Instalacyjno Montażowego (ZIM – obecny PRIMEX) – dzisiejsza ulica Kossaka.
Na miejsce biwaku dotarliśmy pod wieczór. Liściasty las potęgował tajemniczą atmosferę. Biwak rozbiliśmy w pobliżu jeziora.
A ha, rozbiliśmy. Co to znaczy? Otóż najpierw trzeba było pospinać otrzymane wojskowe pałatki (metalowe guziki). W ten sposób utworzył się „pałatkowy ostrosłup” (coś na wzór namiotu). Następnie do środka trzeba było wnieść warstwę drobnego chrustu, pomieszanego z liśćmi (wymościć posłanie), na to szary koc i już gotowe. Teraz swoje tobołki do środka i marsz na kolację.
Herbata pachniała dymem, kanapki grube, ale wszystko smakowało.Było już tak ciemno, że popijając herbatę zastanawialiśmy się czy w herbacie pływają liście herbaty, czy kawałki chrustu który pływał po tafli jeziora. Następnie ciepłe skarpety i buch do naszych wigwamów. I zaczęły się opowiadania indiańskich przygód Winnetou i Old Shurehand`a.
Przeszkadzały nam w zaśnięciu jakieś tajemnicze ruchy pod naszym posłaniem, gdzie mali mieszkańcy lasu próbowali znaleźć dla siebie również legowisko (czy to były myszki, czy też żuczki zostanie tajemnicą ?).
Rano mycie w orzeźwiającej wodzie w jeziorze.Gra terenowa. Przyboczna i dwie druhny rozpoczęły gotowanie grochówki na obiad.
Po powrocie z lasu, rozmontowanie naszych namiotów. Wytrzepanie i złożenie pałatek i koców. Co bardziej dociekliwi próbowali ustalić, co to tak przeszkadzało nam zasnąć. Rozgarniali chrust i liście, które służyły nam za posłanie. Ale wszyscy mieli tylko jedno w głowie. Ten zapach, z a p a c h , grochówka, wędzonka. Ci, co zgubili swoją łyżkę (lub jej nie mogli znaleźć w stosie naszych rzeczy leżących przy drodze), próbowali patykami wyłowić z grochówki kiełbasę i kawałki ziemniaków.
Po konsumpcji większość (zwłaszcza druhów) grała w wyliczankę; zmyć menażkę, nie zmyć, zmyć nie zmyć…i z reguły szczęśliwie wychodziło „nie zmyć”.
No i są nasi dzielni strażacy. Hura do wozów i kierunek nasze ukochane domy w Pruszczu.
Ja kocimi łbami ulicą Stalina (obecna Chopina) dotarłem pod nr 10 gdzie spokojnie w ciepłej wodzie wymyłem menażkę. Ubranie przekazałem mamie do prania, a sam wszedłem do cynkowej wanny gdzie mogłem zażyć gorącej, odprężającej kąpieli. Jeszcze spłukanie włosów wodą z octem i spakować książki na poniedziałkowe lekcje. Spać,spać…
(ZB)
WIELKA „MINA” WŚRÓD HARCERZY
Obóz hufca w Sobieszewie Orlu (1970 r.).
Siedzimy na popołudniowej sjeście w namiocie komendy zgrupowania, popijając kawę czy też obiadowy rozwodniony kisiel.
Nagle do obozu dobiega kilku harcerzy, którzy krzyczą: druhu komendancie, druhu komendancie ! „Mina…mina…”
Dźwięk słowa mina na pierwszy rzut nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, gdyż byłem już przyzwyczajony, że w okolicach obozu na wyspie sobieszewskiej codziennie coś wykopywaliśmy. A to części karabinów, a to menażki i manierki czy też składany rower , z prawie nowymi niklowanymi pedałami i kierownicą.
Zaraz, zaraz, druhowie gdzie ta mina?
Zdyszani meldują: na plaży, na plaży druhu komendancie.
Czy ją dotykaliście? Nie, nie, zaraz przybiegliśmy. (Już nie pytałem, co oni robili w trakcie ciszy poobiedniej na plaży bez instruktora).
Wydałem polecenie instruktorowi służbowemu, ażeby sprawdził czy wszyscy są w podobozach, i nie zezwoliłem na opuszczanie terenu zgrupowania.
Sam z oboźnym dh. Ryszardem Nowakiem, bądź co bądź jakimś tam wojskowym – rakietowcem, udałem się z naszymi informatorami na plażę.
O! Jakie zdziwienie, skąd taka duża mina (kula o średnicy co najmniej jednego metra z czułkami wokół) tu na plaży. To już chyba nie pozostałość po wojskach niemieckich, które broniły się na wyspie długo po wyzwoleniu Gdańska.
Taką minę widziałem na polskim filmie wojennym „Orzeł”, jak któryś z marynarzy odpychał taką od okrętu. Był to typ miny kontaktowej.
Pierwsze to ogrodziliśmy minę i ustawiliśmy w pewnej odległości od miny posterunek ostrzegawczo-obserwacyjny, który co godzinę oboźny zmieniał i dozorował. Następnie powiadomiliśmy o znalezisku milicję i jednostkę saperską w Tczewie. Zostało nam tylko czekać. Życie obozowe powoli wracało do normy.
Ale nadchodzi noc a saperów ani widu, ani słychu.
Ponowny telefon do saperów i na milicję. Tak, tak, wiemy, przygotowujemy się do wyjazdu. Wszystko pod kontrolą. Myślę, pod jaką, pod czyją kontrolą?
Każę zdjąć posterunek z plaży. Dodatkowo ogrodzić minę. Noc mija spokojnie. Kolejny dzień również. Kolejny monit na milicję i do swoich zajęć.
A saperów brak….!
Poranna pobudka, wychodzimy na plac apelowy a tu pośrodku… „nasza mina”. Można powiedzieć „nasza”, bo już się do niej przyzwyczailiśmy. Pobieżne oględziny wskazują na jej ćwiczebny charakter, ale kto to potwierdzi. Tyle tam różnych czujek, wkrętów, uchwytów. Lepiej być ostrożnym.
Delikatnie przesuwamy minę przy pomocy linek poza plac apelowy. Kolejne monity i tak mija kolejny dzień.
Rano pobudka, co tam za dym na wzgórzu? O mój Boże, to pali się „nasza mina”, a raczej w jej wnętrzu pali się mini ognisko. Kolejny monit, kolejne telefony.
Po południu na teren zgrupowania podjeżdża radiowóz milicyjny, dwa samochody saperów (duży ciężarowy i mały gazik), kolejny samochód Urzędu Morskiego.
No, teraz to chyba czapkami zasypią „minę”, tylu ich tu przyjechało. Cała akcja trwała pół godziny i pomachaliśmy na pożegnanie „naszej minie”.
Naszła nas potem refleksja, że pewnie te nasze służby zastosowały w tym przypadku zasadę Mośka: ażeby nie robić dziś tego, co można zrobić jutro lub pojutrze.
Tej zasady nie stosują nasi harcerze. Czuwaj!
ZB)
DARY UNR-Y
Obóz wędrowny Tleń – Ostrzyce (1963 r.).
Wędrujemy, wędrujemy, ażeby w ostatnie trzy dni (dwutygodniowego) obozu włączyć się do budowy DROGI KASZUBSKIEJ w okolicach Ostrzyc.
Ponieważ będziemy poruszać się po kociewskich i kaszubskich bezdrożach i lasach, musieliśmy zaopatrzyć się w prowiant na kilkanaście dni.
Z magazynu hufca wydawano nam towar, który otrzymaliśmy w ramach darów
UNR-y. Był to makaron, makaron, makaron, ser (jakiś taki pomarańczowy) i olej.
Obóz był monotonny, nie tylko z uwagi na równinny teren , po którym się poruszaliśmy do Ostrzyc, ale również na program: pobudka, wędrówka od rana do późnego popołudnia, obiad, spanie i tak w kółko.
Ja z moim kolegą (Rysiem Rutkowskim) byliśmy operatorami wózka dwukółkowego, który służył nam jako podwoda kwatermistrzowska. Od czasu do czasu pozwalaliśmy co sympatyczniejszym druhnom podrzucić na wózek ich plecaki. Trzeba było być jednak ostrożnym, ażeby koła się nie „wygły” ( bo mieliśmy tylko jedno zapasowe), a teren był trudny (piaszczysty, dużo korzeni).
Wędrówka była monotonna, jadłospis również. Pierwsze danie: zupa owocowa (jabłek przydrożnych było ci pod dostatkiem) z makaronem.Drugie danie: makaron zapiekany z jabłkami. Deser: kompot z jabłek. Całe szczęście, że już chleb nie był z makaronem.
Tak to krok po kroku dotarliśmy do celu.
Ostrzyce, trzy dni przy budowie KASZUBSKIEJ DROGI. Gdy teraz będziesz jechał drogą z Wieżycy do Brodnicy Górnej wiedz, że tę drogę budowali między innymi harcerze i harcerki z Pruszcza Gdańskiego.
Szerokiej drogi.
(ZB)
HUTA KATOWICE – TAM MY TEŻ BYLIŚMY
Rajd wędrowny, Jura Krakowsko – Częstochowska (1976 r.).
Meldujemy się z grupą 20-tu druhen (maturzystek Liceum Ogólnokształcącego Nr 1 w Pruszczu Gd.) wraz z dh. pwd. Iwoną Jóźwicką w bazie Ogólnopolskiej Operacji ZHP „Budujemy Hutę Katowice” w miejscowości Żarki.(Nie musieliśmy mieć ze sobą swoich namiotów).
Tu trzy dni sprawdzian naszej wiedzy harcerskiej, turystycznej i geograficznej (były to wakacje gdy Polska – pierwszy rok, tak samo jak Stany Zjednoczone Ameryki miała 49 stanów –województw). Z tych zmian administracyjnych tez nas odpytywano.
Pierwszy etap operacji przeszliśmy pomyślnie. Nie udało nam się zwyciężyć, ale dużo grup było gorszych od nas. To trochę uspokoiło moje ambicje. (Reprezentowaliśmy Gdańską Chorągiew ZHP).
Następnie dostaliśmy przydział do wykonywania prac porządkowych w Zakładzie Transportu Huty Katowice w Dąbrowie Górniczej.
Spaliśmy w hotelu robotniczym. Po przebraniu się w kombinezony robocze przez trzy dni myliśmy okna w nowej hali, zamiataliśmy posadzki. Praca nie była ciężka, ale mało ambitna. Na miejsce pracy codziennie dowoził nas i odbierał autobus zakładowy. Po południu i wieczorem mieliśmy zajęcia kulturalne, zwiedzaliśmy miasto.
Na zakończenie pracy dostaliśmy specjalne certyfikaty potwierdzające nasz udział w budowie Huty Katowice podpisane przez ministra. (Gdzie go mam?).
Po tygodniu pracy dla kraju, coś dla duszy i swego ciała.
Zwiedzanie Jury Krakowsko – Częstochowskiej. Widzieliśmy zamki z wapiennych skał w Olsztynie (nie mylić z Olsztynem na Warmii), Bobolicach i Mirowie. Podziwialiśmy wapienne ostańce.
Czyż to hrabia Fredro napisał „Zemstę” patrząc na zamki w Mirowie odległe od siebie na rzut kamieniem.
Nam ta wędrówka pozostanie w pamięci na zawsze. Jaka ta POLSKA piękna.
(ZB)
Z WIZYTĄ U ŻOŁNIERZY
Grudzień 1981 r. Poważna muzyka w radiu. W telewizji też nic ciekawego, wesołego.
Nasza 6 Drużyna Harcerska im. Obrońców Wybrzeża (ZS Nr 2) pracuje normalnie. Mamy zbiórki drużyny, zbiórki zastępów, pomimo wprowadzenia stanu wojennego. Spadł śnieg, nadchodzą święta Bożego Narodzenia.
Rada Drużyny postanawia odwiedzić oddział żołnierzy stacjonujących w szkole podstawowej w Straszynie.
Przygotowujemy drobne prezenty świąteczne, rodzice harcerzy pieką ciasto. Tak wyposażeni kilka dni przed wigilią idziemy do Straszyna. Drogi zaśnieżone, lecz pogoda piękna. Gwiazdy na niebie, w sercach radość, że będziemy mogli komuś sprawić przyjemność. Przekazać świąteczne życzenia.
Żołnierze przyjmują nas bardzo serdecznie. Nas najbardziej interesuje ich uzbrojenie. Wchodzimy do transporterów opancerzonych, na działa samobieżne, manewrujemy lufami, wchłaniamy opary smarów i paliwa. Grzejemy się wspólnie przy koksownikach.
Uściski rąk, piosenka na pożegnanie i marsz powrotny do Pruszcza.
(ZB)
CUDOWNE DZIECI „DWÓCH PEDAŁÓW”
Obóz rowerowy – wędrowny, Kołobrzeg, Kamień Pomorski, Szczecin Dąbie, Czaplinek, Pruszcz Gd. (1964 r.)
Komendantem, zaopatrzeniowcem i kwatermistrzem obozu (3 jednym) był dh hm. Władysław Woś. Poruszał się po trasie motorem marki WSK (chyba ?, za to co pamiętam i nie pamiętam, serdecznie przepraszam uczestników wędrówki).
Uczestników było sporo, jak zwykle w przewadze były dziewczęta. Chcielibyście widzieć ich sprężysty chód, gdy po 50 kilometrowej jeździe (na twardym siodełku) zeszły ze swoich „rumaków”. Śmiechu było co niemiara jak siostry Nina i Baśka Miekułów paradowały po pierwszych dwóch etapach. Później było już wszystko w normie.
Ja z Rogerem Biedrzyckim i jego starszym bratem zabezpieczaliśmy flanki naszego peletonu i od czasu do czasu dyktowaliśmy tempo. Co to za frajda jechać z góry!
Wszystko zaczęło się właściwie w Kołobrzegu, dokąd nas wraz z wehikułami (ja byłem szczęśliwym posiadaniem roweru MIŃSK 5, którego motto brzmiało – „pod górę pchać z góry jechać”) dowiózł samochód. Następnie był Trzebiatów (przejazdem), Kamień Pomorski, Międzyzdroje, Wolin, Szczecin Dąbie (jakaś stodoła w leśniczówce). Gdy rano wstałem, a raczej obudziłem się wygrzebując z siana, bo wstać nie mogłem. Miałem wrażenie, że nogi wygną mi się w drugą stronę (gdyż przez całą noc na moich kolanach leżała czyjaś noga – czyja to już moja słodka tajemnica). Po półgodzinnym masażu wszystko wróciło do normy. Dobrze, że podczas pedałowania nogi miałem cały czas ugięte w dobrą stronę. Tak, że wieczorem już nie miałem tego nieprzyjemnego uczucia. Na wszelki wypadek z nogami uważałem.
Później był jeszcze Nowogard, Drawsk Pomorski i Czaplinek. Niestety, w Czaplinku dwudniowa ulewa zmusiła nas do pozostawania w domkach kempingowych. Prognoza pogody zniechęcająca – d e s z c z, deszcz. Druh Władek znalazł gdzieś autobus, który następnego dnia jechał do Gdańska do remontu. Kierowca zgodził się prawie bez kosztowo przewieźć do Pruszcza uczestników naszego rajdu wraz z rowerami. Ja z druhem Władkiem ten ostatni odcinek drogi przebyłem na motorze. Szczęśliwie dotarliśmy do domów.
PS. Mój MIŃSK 5 spisał się bez zarzutów, koła obracały się cały czas do przodu. Nie musiałem wymieniać dętek, ale nie mogłem zaliczyć się jako kolarz do grupy cudownych dzieci „dwóch pedałów”.
(ZB)
PANOĆKU, PAN PIJE TAK JAK JA
Podczas letnich wędrówek harcerskich niejednokrotnie zachodziliśmy do gospodarzy z prośbą o sprzedaż jajek, mleka, masła, twarogu, czy też z prośbą o wodę, coś do picia.
Tym razem wędrowaliśmy z grupą harcerzy wraz z moim bratem Markiem. Słońce tak przypiekało, że w gardłach mieliśmy „Saharę”. Po głowach krążyły nam „oranżadowe bąbelki”, wszystko jedno jakiego koloru (czerwone, zielone, żółte czy też przeźroczyste). Pragnienie mieliśmy tak duże, że wypilibyśmy wszystko jedno co, byleby mokre, wilgotne.
A tu w okolicy ani źródełka, ani strumyka, ani żadnego zabudowania.
No wreszcie widać jakąś chałupę. Ostatkiem sił wchodzimy na podwórko, nie zważając uwagi na biegające psy. Prosimy o wodę, licząc że gospodyni poczęstuje nas mlekiem zsiadłym lub maślanką. Nie myliliśmy się, gospodyni wyniosła dużą kankę pełną zimnego zsiadłego mleka. Ale skąd tu kubki? Gospodyni znajduje kilka małych „top-ów”.
Markowi przypadł ładny, biały, emaliowany, litrowy „top”, ale chyba od miesiąca tylko „obtokiwany” przez pijących. Wokół krawędzi garnka gruby szlaczek osadu. Jak tu pić? Co tu wybrzydzać, Marek szuka chociaż skrawka czystego brzegu. Znalazł, ale tuż za uszkiem. Tak nieporęcznie trzymając swój kubek popijał smaczne mleko.
Gdy gospodyni zobaczyła jak on pije, odezwała się z uśmiechem na twarzy: „o widzę panoćku, że pijecie tak jak ja”. Jemu gdy to usłyszał o mało co oczy nie wyszły z orbit, starając się powstrzymać odruch wymiotny. Jednak smak mleka załagodził wszystkie odruchy.
Po zaspokojeniu pragnienia, pięknie gospodyni podziękowaliśmy i obtoknąwszy kubki ruszyliśmy w dalszą drogę.
Od tego czasu noszę zawsze z sobą kubek, czy coś w tym guście.
(ZB)
CEGŁY NA PRUSZCZAŃSKI DOM HARCERZA
Hufiec pruszczański rośnie w siłę. (1967/1968) Na jego czele stoi Teodor „Wielki” – harcmistrz, który wraz z instruktorami i przy bardzo przychylnej postawie inspektora oświaty druha Albina Machnikowskiego rokrocznie zwiększa szeregi harcerskie na terenie powiatu gdańskiego.
Ale siedziba hufca, jakaś taka barakowa (nie mylić z barokową), nie przystoi do panującej atmosfery wśród harcerskich zapaleńców. Ktoś rzucił hasło, a może wybudujemy sobie nową siedzibę, Pruszczański Dom Harcerza. Pomysł padł na podatny grunt. Zostaje ogłoszona w hufcu harcerska akcja. Zbieramy cegły (prawdziwe) na Dom Harcerza i rozprowadzamy papierowe cegiełki. Za oknem stale rośnie hałda cegieł (różnej maści), od zwykłej czerwonej z rozbiórki, po też czerwoną lecz szczelinową, zdarzały się też cegły białe i szamotowe (każda ma swoją historię). Rodzi się dodatkowa akcja zbierania butelek, z których pieniądze miałyby zasilić konto budowy Domu Harcerza.
Zaczynamy marzyć i planować. Nie chcemy Pałacu Kultury czy też czegoś wielkiego, wystarczy nam mały skromny Dom Harcerza. Ma on stanąć na miejscu dotychczasowego baraku lub tuż obok (obecnie w obrębie przecięcia się ulic Księdza Waląga i Kossaka).
Zapał harcerzy został jednak wyhamowany przez urzędników i sprawy formalne. Nie udało się załatwić spraw związanych z pozwoleniem na budowę i wydzieleniem działki, nie mówiąc już o sprawach finansów.
Cegły zaczęły się ulatniać. Po dwóch latach nasz Teodor „Wielki” też się ulotnił, ażeby swoim zapałem zarażać innych, już na Mazurach w Korszach.
Przechadzając się teraz po Pruszczu ulicami Ks. Waląga i Kossaka, postaraj się poszukać miejsca, gdzie miał stać nasz Dom Harcerza. Może znajdziesz miejsce po byłych naszych magazynach hufca, z których każdego lata pobieraliśmy sprzęt obozowy na Harcerską Akcję Letnią. Czuwaj!
(ZB)
PS. (Dh. Krystyna Zawisza – III Zlot w Przywidzu 2010)
Odzew harcerzy z gminy Pszczółki na apel KH przekroczył nasze oczekiwania, zwłaszcza że czynnie do realizacji tego zadania włączyli się wszyscy instruktorzy na czele z harcmistrzem Lucjanem Mączką. Codziennie przybywało cegieł, również różnej maści, aż tu któregoś ranka naszym oczom ukazuje się hałda kilkuset nowiusieńkich (jeszcze pachnących) cegieł szczelinówek. Nasz podziw i zaskoczenie z tak rozwijającej się akcji trwało jednak tylko kilka godzin - do przyjazdu milicjantów, którzy odebrali zgłoszenie o kradzieży cegieł z budowy gminnej apteki. Okazało się, że ta ostatnia dostawa cegieł pochodzi właśnie z tej budowy. A tymi, którzy chcieli pomóc harcerzom Pszczółkowskim w tej szczytnej misji okazali się dwaj synowie jednego z miejscowych prominentów – ale heca! Bez tych cegieł (które zwróciliśmy) i tak zebraliśmy ich bardzo dużo.
To zdarzenie wykorzystywaliśmy niejednokrotnie w trakcie „Gawendy”, że nie zawsze cel uświęca środki.
BIESZCZADZKA HUBA
Obóz wędrowny w Bieszczadach (5-13.08.1966 r.).Komendant obozu dh hm. Henryk Kleinzeller.
Pociągiem jedziemy z Gdańska do Zagórza, stamtąd „ciuchcią” do Łupkowa. Tu widać, że jesteśmy na zapomnianym przez wszystkich pustkowiu. Tak jakby historia zatrzymała się tutaj kilkanaście lat temu. Ludzi bardzo mało, nie ma kogo spytać o drogę. Sklepów brak lub otwarte 2 – 3 godziny dziennie.
Po 2 dniowym zwiedzaniu okolic Łupkowa, kolejką leśną udaliśmy się do Komańczy. Wagoniki kolejki jak te z wesołego miasteczka, drzwi zamykane na haczyk. Prędkość oszołamiająca (ok. 12 km/godz.), ale WIDOKI WSPANIAŁE.
Z Komańczy wyruszamy pieszo przez Jabłonki (miejsce śmiertelnej potyczki gen. Karola Świerczewskiego z partyzantami UPA) na Chryszczatą (998 m n.p.m.). Rozbijamy się na polanie. Lektura książeczek z serii Tygrysa, dotyczących tych terenów, zmusza nas mimo woli do sprawdzania prawie każdego mijanego świerczka. Nocą nikt nie wychyla nosa poza namiot. Rano do Cisnej, rozbijamy się nad Solinką.
Kolejny dzień to wyprawa w góry; trasa Cisna, Małe Jasło (1102 m n.p.m.), Szczawnik, Jasło (1153m n.p.m.), Okrąglik (tam udaje się nam potwierdzić przejście tej trasy w książeczce GOT u wędrującego instruktora turystyki górskiej PTTK).
Po nasyceniu oczu pięknymi widokami, hajda do obozu na skróty. Tu potwierdziłoby się mało co powiedzenie, że ten, kto drogę skraca, w domu nie nocuje.
Góra, w dół, strumień, znowu góra, dół, a co tak będę chodził. Mam przecież na nogach gumowce. No, to bach do strumienia, muszą one w końcu płynąć na północ, mimo że aktualnie przedzierają się między górami na południe. Za chwilę na zachód, trochę na północ i znowu na południe. Coś za długo na to południe, ale drzewa wysokie i nie widać słońca. Dodaję sobie otuchy, że idę w dobrym kierunku.
O! Jaka piękna huba, to będzie piękny okaz w zbiorze Heńka (zbierał on wówczas tego typu osobliwości). Mocowałem się z tą hubą chyba dłużej aniżeli dentysta z zębem mądrości, ale w końcu udało się. O, jaka ciężka, ale co się nie robi dla przyjaciela, miłośnika hub.
Dalej brodzę strumieniem, o coś już świta. Wychodzę na brzeg lasu. Widać drogę gruntową. No to teraz na p ó ł n o c . Wokół pustki, po jakichś 40 minutach marszu widzę jakąś żywą istotę. Kosiarz kosi trawę. No to go pozdrowię, a przy okazji spytam czy do Cisnej tą drogą daleko? Ale co to tam na horyzoncie, jakieś zabudowania i szlaban w poprzek drogi?
Dzień dobry panu, Szczęść Boże, co to za szlaban? A to granica! Co? Granica? Niemożliwe. Możliwe, możliwe, oni już panu dadzą (odpowiada).
Ale numer, ale co teraz innego mogę zrobić. Wyprostowany z potężną hubą pod pachą sprężystym krokiem zbliżam się do szlabanu. Przed zabudowaniami na podwórku kilku żołnierzy WOP reperuje WFM-kę. Wszyscy podnoszą głowy znad motoru i patrzą. Nie wiem czy na mnie czy na hubę. Pochylam się pod szlabanem i kieruję się do furtki. Wyciągam książeczkę GOT.
Dzień dobry, jestem harcerzem, czy możecie mi podbić książeczkę GOT. I zaczęło się, nadawali jeden przez drugiego. Ze zdenerwowania, które mi się udzieliło nic nie rozumiałem, ale wyczułem, że jest nieciekawie (zwłaszcza, że ja oprócz tej książeczki gotowskiej i huby nie miałem nic, żadnych dokumentów). Nie wiem jak znalazłem się na drodze i dalejże do obozu, szybko, szybko, coraz szybciej, prawie bieg (chyba Korzeniowski nie dotrzymałby mi kroku). Wtem słyszę z tyłu warkot gazika. Czyżby to była pogoń za mną, ale twardo dalej sprężystym krokiem rwę do przodu nie zwracając na nic uwagi.
Gdy gazik mijał mnie usłyszałem tylko jak jeden żołnierz mówił do drugiego z podziwem, „ale zasuwa”. No bo tempo miałem godne olimpijskiego chodu. Nogi zaczynały mi odmawiać posłuszeństwa, i ta cholerna huba. Pocieszałem się, że to już niedaleko i droga ta prowadzi do Cisnej.
Dodawałem sobie otuchy podśpiewując, „szumi dokoła las”, ale rytm marszu nie współgrał z taktem pieśni. Przerwałem przyśpiewki i zacząłem sobie pokrzykiwać. Głośno, głośniej i jeszcze głośniej. Hura, hura już Cisna i są nasi.
PS
Po przyjściu do obozu okazało się, że Heniek znalazł jeszcze większą hubę i moja huba poszła w krzaki, jeszcze dałem jej kopa.
(ZB)
MAMUSIU, „CO TO JEST CNOTA?”
Obóz hufca w Sobieszewie (1980 r.) ul. Falowa (baza hufca – dzierżawiony kemping), szumiące sosny, suche podłoże, piękna pogoda, zadowolone harcerki i harcerze.
Siedzimy w komendzie bazy harcerskiej na poobiedniej kawie. Sympatycznym gościem pruszczańskich harcerzy jest druhna Ewa z Warszawy (redaktorka ze „Świata Młodych”). Jej wizyta związana jest ze zbieraniem materiałów do artykułu o Akcji Letniej.
Druhna Ewa jadąc nad morze zabrała ze sobą swoją siedmioletnią córkę, dla której obozowe życie nie było nowością. Bardzo często z mamą odwiedzała kolonie zuchowe i obozy harcerskie, uczestnicząc w różnych imprezach harcerskich.
My w gronie instruktorów, popijając kawę przygotowywaliśmy się do udzielenia wywiadu. Atmosfera rozmowy była bardzo sympatyczna, zwłaszcza że baza harcerska, jej wystrój i prowadzone zajęcia bardzo druhnie Ewie się podobały. Aż tu nagle, za przyczyną córki druhny redaktor prysła miła atmosfera. Przyczyną tego stało się jej pytanie, po powrocie ze spaceru po obozie i wspólnej zabawie z harcerzami: „Mamusiu, co to jest cnota?”
Konsternacja…
My znacząco wymieniliśmy spojrzenia miedzy sobą. Mama próbuje zbyć pytanie, że niby później. Mała nie daje za wygraną. My próbujemy dowiedzieć się, z którym druhem lub druhną bawiła się zwiedzając obóz. Podejrzewając, że do zadania takiego pytania mogła ją skłonić wymiana zdań między młodzieżą. Dając sobie (w duchu) odpowiedź, że to chyba niemożliwe. Jeszcze chwilę krążymy z ogólnymi pytaniami, wtrącając od czasu do czasu coś wesołego i śmiesznego. Starając się zmiksować (przynajmniej na razie) problem odpowiedzi na tak postawione pytanie.
Sprawę rozwiązuje sama zainteresowana rozszerzając zadane pytanie: „Mamusiu, bo co to jest ojczyzna – ja wiem, co to jest nauka – też wiem, a co to jest cnota?”
Och, co za ulga. Przecież to jest na plakatach rozwieszonych w bazie.
Mamusia wyjaśnia znaczenie tego słowa w kontekście postawy harcerskiej. My częstujemy dziecko ciastkiem i wracamy do przerwanego wywiadu.
Jeszcze do dzisiaj śmiać mi się chce z tej naszej podejrzliwości.
Czuj, czuj - Czuwaj! Czuwaj! Czuwaj!
(ZB)
AMERYKANIE NA CARYŃSKIEJ
Bieszczady (1966 r.). Instruktorzy hufca Pruszcz Gd. wędrują z Ustrzyk Górnych do Berehów przez Połoninę Caryńską.
Szlakiem czerwonym z Ustrzyk Górnych przekraczając potok Wołosaty, ścieżką wspinamy się na szczyt połoniny. Początkowo ścieżka wspina się kręto, wprowadza nas na leśny dukt. Następnie stromo wysokopiennym lasem bukowym, no i wreszcie trawa. Las pozostawiamy z tyłu. Maszerujemy już ponad 2 godziny, słońce praży, pić się chce. Nasze zapasy napojów już skończyły się. Co jakiś czas mijamy się z turystami wymieniając pozdrowienia. Dzień dobry, Szczęść Boże, dzień dobry…
No, mamy wreszcie szczyt – 1297m n.p.m. (to wyżej niż latają nad Pruszczem helikoptery podczas lotów ćwiczebnych co czwartek).
O, i „połonińskie delikatesy” – góralka z 12/13 letnim synem częstuje zimną, źródlaną wodą, po złotówce za szklaneczkę. Trochę drogo, ale co zrobić kiedy chce się pić. Pijemy po dwie szklanki. Już po pierwszej zaczynamy rozmowę z góralką zaciekawieni, skąd ona ma tak wyśmienitą „kryniczankę”. O dziwo, 200m w dół od południowego stoku jest źródełko i tam można zaczerpnąć wodę. Po wypiciu drugiej szklanki pożyczyliśmy z kolegą wiadro od góralki i po wodę. Schodziło się w miarę, ale pod górę już z wodą to była mordęga.
Ale gdy dotarliśmy z powrotem na szczyt, uzupełniliśmy nasze manierki a resztą wody polewaliśmy się. Przechodzący turyści zastanawiali się, głośno komentując, że chyba jesteśmy wycieczką ze Stanów, bo nas stać na taki luksus, żeby polewać się wodą po złotówce za szklankę. My ich nie wyprowadzaliśmy z błędu.
Podziękowaliśmy góralce i udaliśmy się w dalszą drogę. Po marszu szczytem połoniny z górki na pazurki do Berehów i potem jeszcze trochę asfaltem do Ustrzyk Górnych (bo nie chciało się nam czekać na autobus).
„Wędrujemy, wędrujemy,
ścieżynami zielonymi
czy to słońce czy to deszcz”.
(ZB)
PIŁAWKI – TURNIEJ OBOZÓW
Zgrupowanie obozów hufca ZHP Pruszcz Gd. w Piławkach (1965 r.).
Koniec czerwca, ja kończę egzaminy na studia i będę musiał do obozu dotrzeć samodzielnie.
Pociągiem dojeżdżam do Ostródy. Stary dworzec, w pobliżu brzeg jeziora, w oddali wieże kościołów i miejskie zabudowania.
Kieruję się ścieżką wzdłuż południowego brzegu jeziora Drwęckiego, pozostawiając tory kolejowe z lewej strony. Po 40 minutach marszu dochodzę do pierwszych namiotów zgrupowania. Mam przydział jako oboźny podobozu męskiego, gdzie komendantem był druh Grześ Sarnowski. Życie obozowe biegnie wartko.
Poznajemy bliżej zasady gry w badmintona (nie był on wówczas zbyt popularny) gdyż na kampingu obok naszego zgrupowania mieli swój namiot ówcześni mistrzowie Polski właśnie w tej rekreacyjnej grze.
Zaliczamy również nasz udział na Turnieju Miast. Walczyły ze sobą Ostróda i Iława. Dopingowaliśmy oczywiście Ostródzie.
W następną niedzielę Turniej Obozów Harcerskich w Miłomłynie. Nasze reprezentacje oraz kibice wędrują leśnymi ścieżkami do Miłomłyna. Meldujemy się na boisku sportowym w południowo - zachodniej części Miłomłyna, mijając po drodze stary gotycki kościół.
Na boisku królują melodie Szczepanika („Żółte kalendarze”, „Puste Koperty” itp.), atmosfera odpustowa, dużo stoisk kiermaszowych.
Drużyny grupują się w wyznaczonych miejscach. Wszyscy szacują swoje siły i analizują możliwości wyjścia zwycięsko ze sportowej walki.
Oj, oj, ci warszawiacy to chyba są dużo starsi od nas, ale co zrobić. Harcerz to harcerz, nie będziemy sprawdzać metryk.
Kulminacyjna walka – przeciąganie liny.
Drużyny stają po przeciwnych brzegach kanału Elbląsko-Ostródzkiego. Mocno trzymamy za linę, szykujemy sobie odpowiednie podpórki pod stopy, drążąc piętami wgłębienia w murawie. Start, lina napręża się, kilka okrzyków, hej hop i pierwsi zawodnicy przeciwnej drużyny już są w wodzie. Pierwsze , drugie zwycięstwo. Wiara we własne siły rośnie. Ukradkiem spoglądamy czy nasze druhny są z nas dumne. No i przychodzi kolej na finałową walkę z warszawiakami. Chwila zastanowienia, dyskusja o strategii, może ich jakimś sposobem wziąć. Umawiamy się, że na znak start puścimy linę, oni się wywrócą. My wówczas co sił w rękach i nogach będziemy ich ciągnąć tak szybko, ażeby nie zdążyli się podnieść. Pierwszy etap walki nawet się udał, sprawnie podciągnęliśmy ich do samego brzegu. Lina aż trzeszczy i skrzypi, warszawiacy odchylają się to w lewo, to w prawo, znów w lewo ale nie możemy wciągnąć ich do wody. Sędzia przerywa walkę, gdyż jeden z warszawiaków oplótł linę o drzewo. No, teraz to już chyba nie nabiorą się na nasze sztuczki.
Niestety siła złego na jednego. Ślizgamy się, lina szoruje nasze dłonie. Jeszcze stawiamy opór ostatkiem sił i po chwili pierwszy nasz zawodnik jest w wodzie.
Trudno, przegrać też trzeba umieć. Gratulacje dla warszawiaków i wymarsz do obozu. Jeszcze całą drogę analizowaliśmy ostatnią walkę, co można było zrobić żeby wygrać. Może inne obuwie, może specjalne rękawice, może inny uchwyt liny.
Za rok uda się nam rewanż.
(ZB)
OGRÓD BAJEK I INNE UROKI MIĘDZYGÓRZA
Obóz w Międzygórzu w kotlinie Kłodzkiej (1964 r.). Komendant obozu dh hm. Władysław Woś (jedna z instruktorek to jego przyszła żona – dh. Dobrowolska).
Kilkanaście kilometrów na południowy wschód od Bystrzycy Kłodzkiej, a właściwie oddzielała nas od Bystrzycy Kłodzkiej tylko jedna wioska (ale jaka długa). W wiosce tej, ażeby jeden jej mieszkaniec mógł odwiedzić swojego sąsiada z drugiego końca wsi musiał pokonać odległość nawet 11 kilometrów. Zaraz za tą wsią na łące w pobliżu potoku Wilczka rozbiliśmy nasz obóz. Ja tam byłem oboźnym i dbałem nie tylko o dyscyplinę i porządek, lecz również organizowałem górskie wycieczki, gdyż dh Władek nie był zwolennikiem pieszych wędrówek.
Międzygórze leży w masywie Śnieżnika. Potok Wilczka w samym Międzygórzu spada z kilkunastu metrów tworząc urokliwy wodospad. Na górze Parkowej mogliśmy podczas wyjść do Międzygórza skorzystać z kąpieli w basenie. Brr… jaka zimna woda, można było w niej wytrzymać tylko chwilkę i na brzeg. Gdy my się kąpaliśmy, dh Władek zajadał się lodami i popijał kawę w restauracji „Pod Jeleniem”. Znajdowała się ona w przepięknym budynku zbudowanym z bali i desek. Cały był pokryty płaskorzeźbami. Odbijając na północ w kierunku na Igliczną, dochodziło się do jedynego w swym rodzaju Ogrodu Bajek. Drewniane figurki krasnali, leśnych zwierząt, ule, małe domki to wszystko wtopione pomiędzy skały i górską zieleń. Każdy, kto zwiedził ten ogród, mógł nieraz zatęsknić za „bajkowymi czasami”.
Jak już trochę rozchodziliśmy swoje nogi i mięśnie, udaliśmy się na całodniową wyprawę na Śnieżnik, zwany też Śnieżnikiem Kłodzkim a po czesku Kralickim Śnieżnikiem. Na jego szczycie przebiegała granica pomiędzy Polską a Czechosłowacją (obecnie pomiędzy Polską a Czechami). Droga z obozu do Międzygórza i poza jego zabudowania przedzierała się pomiędzy łąkami i polami uprawnymi. Później wchodząc czerwonym szlakiem (czarny odpuściliśmy wiedząc, że jest on dla wytrawnych turystów a z nami wchodzili wprawdzie harcerze ale amatorzy, jeśli chodzi o górskie wspinaczki), mijaliśmy świerki i od czasu do czasu kępy drzew bukowych. Pod szczytem szliśmy już borem świerkowym mając pod nogami prawdziwe skały. Nogi dawały znać, że trochę drogi za nami, a ile przed nami? Kto to wie? Kolejna przerwa na oddech. Druhenki idą już prawie na czworaka. Dobrze, że droga powrotna będzie z góry. Jeszcze chwila i bór zostaje z tyłu. Przed nami drzewa jak z „ogrodu bajek”, taki mały bór. Bór dla krasnoludków, to już kosodrzewina. Ktoś mocny z geografii zauważył, że pewnie jesteśmy już ponad 1250m n.p.m., bo na tej wysokości wraz z górskimi łąkami ona występuje.
Nareszcie to już 1425m n.p.m. – nasz cel. Siadamy, ale ten „geograf” od niechcenia rzuca: uwaga, uwaga, ostrożnie, w takim terenie możemy usiąść na zaskrońca czy też żmiję zygzakowatą. Co tam, przecież nie będziemy konsumować naszych zapasów na stojąco. Ktoś siada na słupku granicznym nr 69/10, inni szukają większych kamieni, opierają się o mur wieży widokowej (nieczynnej, drzwi do niej zabite deskami), pozostali zastanawiają się nad zejściem 100-150m do schroniska po czeskiej stronie, przekraczając co chwilę wirtualną linię graniczną (niby dla zabawy, żartów). Widok czeskich turystów, którzy weszli na „ichny” Kralicki Śnieżnik, przekraczając polską granicę, jeszcze bardziej ich ośmielił. Wiadomość, że można tam robić zakupy za polskie złotówki, o mało co nie przyczyniła się do nielegalnego przekroczenia granicy. Lecz tu nagle jakby z podziemia pojawił się jakiś obcy, wyciągnął zza pazuchy legitymację i przedstawił się jako żołnierz WOP. My harcerze mieliśmy mundury, a on to jakiś cywil, ale spostrzegamy, że pod kurtką ma coś jakby broń. Pewnie to prawdziwy żołnierz, ale dlaczego podszedł tylko do nas a nie do czeskich turystów, którzy przekroczyli granicę. Zaczęliśmy z nim przyjacielską rozmowę. Opowiedział o swojej (jak się okazało nudnej) pracy. Całymi godzinami siedział gdzieś w ukryciu i obserwował teren. Dzień, dwa to idzie wytrzymać, ale dłużej to już bokiem wychodzi. Kontakt z takimi grupami jak nasza to dla niego rozrywka. Nie chciał jednak powiedzieć, gdzie był schowany, że my go na tak odkrytym terenie nie zauważyliśmy, a był większy niż zaskroniec. Myślę, że miał gdzieś ukryte wejście do tej kamiennej wieży (główne i jedyne wejście do niej było zamknięte i zabite deskami). Wieża ta mogła być doskonałym punktem obserwacyjnym. A w naszym przypadku mógł też podsłuchiwać rozmowy i zapobiec nielegalnemu przekroczeniu granicy.
Po spałaszowaniu swojego suchego prowiantu, pożegnaliśmy się z utajnionym wopistą i z górki na pazurki tą samą trasą (pewniejsze) do obozu.
P.S.
Okazało się, że w 1971 roku schronisko po czeskiej stronie, które zamierzaliśmy odwiedzić rozebrano. Pozostał po nim tylko fundament i stojąca obok niego rzeźba kamiennego słonia. Dwa lata później rozebrano również wieżę widokową po polskiej stronie (czyżby nie było już co obserwować).
Podczas spotkania z jednym z uczestników obozu, dh. Markiem, dowiedziałem się że ten zamaskowany wopista to „szeregowy Zając” i że mimo wszystko kilku naszych harcerzy skorzystało z czeskiej gościnności i dokonało drobnych zakupów w schronisku.
(ZB)
JAK TO ZOSTAŁEM BELZEBUBEM.
Obóz harcerski 6 DH z Pruszcza Gdańskiego (SP Nr 2) w Tardzie (1982 r.).
Cały rok czytaliśmy książki opisujące życie mieszkańców Warmii i Mazur (Kajka, Kętrzyński-Winkler, Mrongowiusz, Wańkowicz, Kirst), poznając również pokręcone życiorysy polskich rodzin z tych terenów. Polaków pielęgnujących swój język, obyczaje i tradycje.
Tak przygotowani przybyliśmy w pierwszy piątek lipca na pole namiotowe nad jeziorem Bartążek w Tardzie. Rozbicie namiotów dla naszych harcerzy to „pestka” (przecież to już drugi obóz drużyny). Kuchnia też już stoi i druhna Stefa, a raczej żona św. pamięci dh. Kazimierza (bo jaka ona druhna, chyba z uwagi na to, że mąż jej za życia był instruktorem harcerskim, a również synowie w tym i ja byli harcerzami i są instruktorami) pichci już obiad. Wodę zastęp służbowy , a raczej instruktor łódką przywozi ze środka jeziora (no może nie ze środka lecz jakieś 50m od brzegu). Ogrodzenie obozu już też gotowe, totemy stoją przed namiotami. Brama ze strażnicą dla wartownika już się podnosi. Z najdłuższej żerdzi zakupionej w nadleśnictwie stawiamy maszt. Jeszcze dół na śmieci i latryna, no i tablica rozkazów. Można dokonać oficjalnego otwarcia obozu z wciągnięciem flagi na maszt (warta będzie miała wówczas co pilnować).
Niedzielny poranek, pobudka, pierwszy apel, pierwszy rozkaz, hymn i flaga na maszt. Szybko, szybko śniadanie bo przed nami kilkukilometrowy marsz. Idziemy do Miłomłyna w ramach poznania okolicy, no i wysłuchania mszy świętej. Dh. Stefa – szefowa kuchni wartburgiem kwatermistrza Edka Reszki udaje się bezpośrednio do kościoła. Dumna jest, ze nikt nie chce zostać w obozie do pilnowania i przygotowania posiłku, a wszyscy chcą do kościoła. Jednak ja muszę wyznaczyć tych, którzy drugim razem będą mogli skorzystać z wyjścia do miasta, a dzisiaj pozostaną na warcie w obozie. Skromna to trzy osobowa grupa z instruktorem.
Przygotowanie do wymarszu, druhna Ula (Gontarz) kończy jeszcze rozczesywać włosy przyszłemu zuchowi – Ani (7 lat), która jest naszą obozową maskotką i w prawo marsz.
Droga do Miłomłyna upływa bez żadnych przeszkód. Wejście harcerzy do kościoła robi wrażenie na uczestnikach mszy. Harcerze i harcerki ustawieni wzdłuż ławek, z czapkami trzymanymi w zgiętych ramionach wyglądają imponująco. (Zaraz przypomina mi się scena z pogrzebu Wołodyjowskiego i równie efektowne wejście husarii do kościoła). Po mszy godzinna przerwa na zwiedzanie Miłomłyna ( a co tu zwiedzać?). Lody, ciastka, oranżada, wata cukrowa. Po 30 minutach wszystko jest już nam znane (poczta, szkoła, sklepy, nadleśnictwo, przystanek PKS). Trzeba bardzo uważać bo duży ruch na głównej trasie, to przecież droga z Gdańska do Warszawy, tzw. „siódemka”. Ponoć siódemka to szczęśliwa liczba, a tu kocie łby i cmentarz na zakręcie.
Droga powrotna była bardziej mozolna. Obiadu po przyjściu do obozu nikt nie chciał jeść. To, co zostało, zjemy na podwieczorek i kolację.
Kolejny tydzień mija na typowych zajęciach harcerskich, pionierka, wędrówki, ogniska, gry terenowe, kąpiel.
Ponownie mamy niedzielę, już mija połowa obozowych przygód. Chętni do pójścia do kościoła zbierają się zaraz po apelu i śniadaniu przy bramie. Instruktorzy do wyjścia też są wyznaczeni. Dh. Stefa co chwila nawołuje, że już czas i trzeba wychodzić. Jeszcze raz podaję komendę, że wszyscy chętni, którzy chcą iść do Miłomłyna i do kościoła, mają się zbierać przy bramie. Pozostali będą mieli służbę i zajęcia obozowe.
Po chwili mama woła do mnie: Zbysiu, zrób coś, bo jest późno, a nikogo nie ma. Po moim przejściu udało mi się zebrać kilku chętnych.
Z uwagi na późną porę wydałem dyspozycję, że wszyscy chętni zostaną zawiezieni do Miłomłyna samochodem, ale i to nie pomogło. Liczba chętnych nie zwiększyła się. Zaś ja z ust mamy usłyszałem, że jestem „belzebubem”, lecz mimo to poprosiłem ich, żeby i za mnie pomodlili się.
(ZB)
„TOMECZKOWE” PICHCENIE
Pierwszy obóz 6 DH z Pruszcza Gd. w Lubiatowie (1981 r.) gmina Choczewo, nad morzem (można tak powiedzieć, chociaż od brzegu morskiego oddzielały nas tylko wydmy, ale jakie wydmy! Około dwóch kilometrów piaskowych pagórków porośniętych karłowatymi świerkami i trawą morską). Łącznie było nas na obozie dwadzieścioro. Miejsce na obóz znaleźliśmy przy pomocy nadleśnictwa w Choczewie. Zagubiona polana w nadmorskim lesie była wyśmienitym miejscem na tak mały obóz. Obok wił się malutki strumyk, który służył nam jako obozowa łaźnia. Wodę do picia i prowiant przywoziliśmy z Choczewa.
Wybudowaliśmy sobie mini kuchnię, którą obsługiwaliśmy pod nadzorem i doradztwem babci druha zastępowego – Grzesia. Jednak największe predyspozycje, jeśli chodzi o pichcenie, spośród uczestników obozu wykazywał dh Tomek Pastuszak.
Na wyposażeniu obozu mieliśmy między innymi werble i sygnałówkę. Na werblach wystukiwanie rytmu marszu wszystkim wychodziło jako tako, lecz już z sygnałówką było trudniej (chyba zbyt małe płuca).
Ponieważ wyjście nad morze to była cała wyprawa, dlatego też skrupulatnie je planowaliśmy.W obozie został Tomek Pastuszak, który oprócz pilnowania namiotów miał nam przygotować posiłek z zakupionych produktów (ziemniaki, pulpety, surówka, kompot). Do pomocy miał moją mamę, druhnę Stefę, która wolała czytać książkę aniżeli chodzić tymi piaszczystymi bezdrożami.
Pogoda była przepiękna, więc opalanie i morska kąpiel zapowiadały się wspaniale. Jednak po długim marszu i morskiej kąpieli oraz sportowych harcach na plaży nasze żołądki zaczęły się dopominać o swoją porcję pożywienia. Dopijamy ostatnie krople śniadaniowej herbaty. Różowe ciała harcerek i harcerzy domagały się cienia. Wyruszamy do obozu. Idąc opowiadamy sobie, co to nam przygotował na późny obiad nasz kucharz „Tomeczek” – jak go nazywaliśmy. Każdy wymyśla jakieś smaczne domowe danie. Przełykamy ślinę i wydłużamy krok. Już widać nasz obóz . Ale cisza, ani żywego ducha. Postanawiamy naszą służbę podejść z kilku stron tak, ażeby wejść na teren obozu i do namiotów niepostrzeżenie. Rozdzielamy się na kilka grup. Po chwili jesteśmy już w namiotach. A w obozie nadal cisza. Nasze wejście zauważyła druhna Stefa, ale nie reaguje na nasze „wygłupy”. Gdzie nasz kucharz? Gdzie nasz obiad? Od druhny Stefy dowiadujemy się, że żadnego obiadu nie ma, bo kucharz smacznie śpi. Pewnie coś miłego mu się przyśniło bo sen miał twardy.
Budzimy go w końcu. Gdzie obiad? Gdzie jedzenie? Gdzie kompot? On obudzony, patrzy na nas jak na senne zjawy i sam się zastanawia, co jest grane. Po chwili dochodzi do niego, że nic nie przygotował, bo zasnął. Ale gdzie się podział zakupiony prowiant. Nie ma go w przyczepie kempingowej (będącej naszym magazynem). Z zażenowaniem Tomaszek drapie się po głowie i nic mu do głowy rozsądnego nie przychodzi. Wówczas wkracza druhna Stefa informując, że przygotowała dla nas posiłek. Żal jej się zrobiło dh. Tomka, gdy ten smacznie spał skulony na materacu. Przykryła go kocem i sama przygotowała obiad, chowając go do przyczepy.
Jak nam smakowało! A zmęczeni marszem i kąpielą ciszę poobiednią przedłużyliśmy do wieczora (zasypiając podobnie jak nasz nadworny kucharz), który na koniec obozu i tak zasłużył na sprawność kucharza, którą dumnie nosił na prawym rękawie.
PS Jak się orientuję, Tomasz Pastuszak skończył później szkołę gastronomiczną i pracował w gdańskich restauracjach. Raz to nawet ja miałem szczęście być przez niego obsługiwany, gdy odwiedziłem knajpę we Wrzeszczu „Pod Kominkiem”. Już jej nie ma, lecz Tomek z pewnością gdzieś coś pichci lub podaje. Może i Wam coś smacznego poda, czego Wam życzę.
(ZB)
STILO – POSZUKIWANIE BAZY
Po kilku akcjach letnich w Sobieszewie-Orlu (1971,72), pomimo starań komendy hufca nie udało się przejąć dzierżawionego terenu pod pruszczańską bazę harcerską. Teren ten przejęli koledzy z ZMS-u. W kilka lat wybudowano tam Bałtyckie Centrum Spotkań Młodzieży. Starszy brat mojej koleżanki do dzisiaj tam rządzi. Wówczas był on, jak to mawiała jego mama odpowiadając na pytanie, „co ten pani Boguś robi?”, a „on to jest ten no, führer od ZMS-u”.
No, to wzięliśmy się do poszukiwania nowego terenu pod letnia bazę obozową hufca.
Ponieważ nasze działania harcerskie cieszyły się sympatią władz powiatowych zarówno samorządowych jak i partyjnych do poszukiwań włączył się osobiście I Sekretarz PZPR tow. Janusz Krzyczyński .
Silna grupa z Pruszcza na czele z druhem towarzyszem, dh. komendantką, dh. Halinką Mazurek - Miedzianowską (wówczas już pracownikiem komitetu) i moją skromną osobą udała się na rekonesans po ziemi lęborskiej. Po spotkaniu z władzami Lęborka udaliśmy się na przejażdżkę po nadmorskim pasie. Po objeździe wybór padł na Sasino-Stilo. Cała osada Stilo to raptem 4 budynki w pobliżu latarni Stilo, wybudowanej 1000m od linii brzegowe w latach 1904-1906. Latarnia jest metalowa, skręcana z żeliwnych płyt, posadowiona na fundamencie z betonu i białego marmuru, wysoka na 34m. Stoi na wzgórzu 41m n.p.m. Zasięg jej światła do 23mil morskich. Charakterystyczny cykl świateł wynosi 12sek., podczas mglistych dni buczek odzywa się co 30sek. Obsługiwał ją klan rodzinny Łozińskich, z pokolenia na pokolenie. Obecnie (2010) jako latarnik pracuje Romuald Łoźiński syn Stefana, który to przez 33 lata (od 1948r.) pełnił funkcję latarnika.
W tym urokliwym miejscu (5km od Sasina) na skraju lasu i wydm planowaliśmy wybudować naszą bazę harcerską. Ja opracowałem nawet dokumentację niezbędną do planu zagospodarowania przestrzennego (rysunki pawilonu całorocznego z zapleczem kuchennym), wciągając do współpracy dyrektora Fabryki Urządzeń Okrętowych (Z. Więckowskiego).
Pomimo dobrego początku i sprzyjającego nastawienia władz przedsięwzięcie skończyło się na zorganizowaniu tylko jednego obozu hufca (1972 r.), który poprowadziła dh. Struczyńska Danuta.
Ale do dzisiaj pamiętam wykwintny poczęstunek, który zaserwowały nam władze Lęborka.
Ach, ta golonka !
(ZB)
PESZT I BUDA Z „KOTEM”
Na pierwszym peronie Dworca Głównego w Gdańsku, jakiś młodzieniec biega w te i we w te (1966r.). Zatrzymuje się przy niektórych pasażerach i rzuca pytanie, „Wy też do Budapesztu?” To tam się zbieramy. Bujne ciemne włosy miał zaczesane do tyłu, na czoło spadała mu czupryna zdawająca się mówić do każdego, Czuwaj! Okazało się, że to byłem ja. Tak mi tę scenę opisała współtowarzyszka wyjazdu na Węgry, zwana przez nas „Młynareczką”. Etymologia tej ksywki wywodziła się od nazwy szkoły, do której ona chodziła – Zespół Szkół Młynarskich w Kwidzynie.
Z Gdańska szczęśliwie wyjechaliśmy nie pozostawiając na peronie żadnego bagażu. W Warszawie jeszcze ktoś dołączył do nas. (?) Zanim dotarliśmy do Budapesztu, po drodze na dwa dni zatrzymaliśmy się w Bratysławie. Druh Stefan Szymecki rozlokował nas w pokojach (pewnie pełnił funkcję oboźnego, czy coś w tym rodzaju), znaczy się rządził. Pierwsze czeskie zachwalane piwo i drobne zakupy w Bratysławskim Domu Towarowym. Ileż pięter! Z tych zakupów pamiętam, że biustonosz to „cyckowa wigoda”.
Na trzeci dzień pociąg z nami dojechał do ślepego tunelu, którym okazał się dworzec Keletti. Do przodu już nie da rady, koniec torów. Na zewnątrz ruch, tramwaje, autobusy, samochody jeżdżą w lewo i w prawo. Kawałek dalej skrzyżowanie. Druh Stefan poszedł szukać biura Juwenturu, które miało nas przyjąć w Budapeszcie. Dziewczyny licytują się, która bardziej dba o higienę i wzięła więcej ręczników frote (niektóre miały nawet po dziesięć sztuk). Mnie coś humor siadł, jakieś bóle brzucha. Czyżby bratysławskie jadło mi zaszkodziło? Jeden z podróżnych (Serb czy Chorwat, ale pewne że Jugosłowianin) przebywający w restauracji dworcowej tak jak i my, widząc grymas na mojej twarzy, zainteresował się co mi dolega. Zamówił mi gorącą, gorzką herbatę ( my jeszcze nie mieliśmy ichnich forintów). Mnie nie było do śmiechu ani do rozmów, ale podziękowałem za herbatę (pomogła mi, ból zelżał). On zaś zaraz zainteresował się naszymi druhnami, których uroda wyróżniała się wśród pań przebywających na dworcu. Po godzinie przyszedł dh Stefan z pilotką – tłumaczką i udaliśmy się do naszych kwater. (Spaliśmy w Peszcie). Bule ponownie przybrały na sile, apetytu nie miałem. Gdy patrzałem na jedzenie, już je miałem w przełyku, ale nie w tę stronę. Trzeba się przegłodzić. Chyba następnego dnia zrezygnuję nie tylko z jedzenia, ale i ze zwiedzania i będę się kurował. Całe szczęście, że ktoś zechciał się mną opiekować. Była to „Młynareczka”, która miała samarytańskie skłonności. Dziękuję jej za to, było mi raźniej i miło, ale byłem nie do życia.
Z całodziennej rozmowy dowiedziałem się, że ona to kot, znaczy się pwd. Jadwiga Kot, ale do śmiechu mi nie było. Głodówka zrobiła mi dobrze, połykane rozkurczowe medykamenty pewnie też. (Okazało się później, że to był atak wyrostka robaczkowego – czego nikomu nie życzę).
Następnego dnia obudziłem się w zupełnie innym, weselszym nastroju. Kolejne wycieczki i spacery. Kąpiel w miejskich basenach poprawiła mi samopoczucie. (Ilekroć oglądam film „CK Dezerterzy”, myślami powracam do tej kąpieli, którą odbyłem w Budapeszcie. W tym samym kompleksie basenów w parku, co i bohaterowie filmu. Nas chyba nikt nie podglądał, bo kąpaliśmy się w strojach kąpielowych, ale rozbieralnie były takie same.) Byliśmy też na Górze Gelerta, w Baszcie Rybackiej, zwiedziliśmy wyspę Świętej Małgorzaty, no i te mosty, mosty…
Wszystko co dobre kończy się, wracamy do domu. Zastanawiałem się ostatnio, że wagony starego typu miały chyba szersze półki na bagaż, gdyż mimo że jechaliśmy w zwykłych przedziałach adaptowaliśmy je na „kuszetki”. Tym młodym druhnom i druhom udało się po dwoje rozlokować na półkach. Tu jednak druh Stefan nie ustalał kto z kim na półce, ja też to przemilczę. Budząc się w trakcie przejazdu przez Czechosłowację, przez okno naszym oczom stale ukazywała się tablica z napisem NASTUPISCE, zdawałoby się, że stale jesteśmy w tym samym miejscu. Na całe szczęście okazało się, że to mylne rozumowanie. Szczęśliwie, z bagażem wrażeń i nowo nawiązanymi znajomościami wróciliśmy do domu.
Przeżyjmy to jeszcze raz.
(ZB)
PS - Po ponad czterdziestu latach moja samarytanka znalazła mnie na Naszej Klasie. Będąc z moją żoną latem 2009 roku w okolicach Białej Podlaskiej odwiedziłem „mojego Kota” (który awansował na Chorążego – nosi teraz nazwisko Chorąży) , który to tam znalazł swoje legowisko. Podczas tego spotkania wyjaśniłem również sprawę ksywki „Młynareczka” gdyż okazało się, że ona skończyła mikrobiologię, która mieściła się w tym samym budynku co Zespół Szkół Młynarskich.
- A kto jeszcze kąpał się ze mną w Budapeszcie? (Nie liczę CK Dezerterów). Proszę o kontakt. Może dowiem się co z tymi ręcznikami i pościelą?
Czekam. Zbyszek.
DRUHNA POSEŁ
W pracy harcerskiej oprócz wykorzystywania zasad zawartych w przyrzeczeniu i prawie harcerskim, wykorzystywaliśmy przykłady postaw ludzkich godnych naśladowania. Tak zwanych autorytetów, odwołując się do autorytetów lokalnych. Wśród instruktorów harcerskich takich autorytetów mieliśmy sporo.
Byli wśród nas przodownicy w nauce, sporcie i wyszkoleniu oraz zaangażowaniu w pracy. Udziałem tych najbardziej zaangażowanych był awans zawodowy i społeczny.
W tym wspomnieniu chciałbym zwrócić uwagę na jedną z naszych koleżanek, która swoją pracą zasłużyła na uznanie nie tylko swojego środowiska ale i ogółu społeczeństwa. Mam na myśli druhnę „Stenię” (Stefanię Kamińską – hm.), sztandarową komendantkę koloni zuchowych naszego hufca. Wszyscy ją podziwiali za pracę z młodzieżą, a pewnie i byli tacy co jej zazdrościli osiągnięć.
Nie pamiętam ażeby czynny instruktor ZHP z ziemi gdańskiej, a tym bardziej z pruszczańskiego hufca sięgnął po zaszczyt reprezentowania swojego środowiska w polskim parlamencie. Jej wygrana w wyborach parlamentarnych spowodowała, że zabrakło jej czasu na pracę harcerską. Nie mogła być drugą mamą dla swoich ukochanych zuchów czy też harcerzy. Musiała służyć wszystkim. My musieliśmy dać sobie radę bez jej zaangażowania, ale byliśmy i jesteśmy z niej dumni. Dumni z NASZEJ DRUHNY POSEŁ.
Myślę, że czytającym to wspomnienie nasuną się inni harcerscy działacze, którym udało się coś więcej osiągnąć, czy to na niwie naukowej, sportowej, muzycznej czy też zawodowej.
Do przekazanie tych wspomnień o naszych „wielkich” przyjaciołach, koleżankach i kolegach serdecznie namawiam.
(ZB)
RODŁO ZAWITAŁO DO PRUSZCZA
Chorągwiana Odznaka Rodło zdobywana była przez harcerzy już od dawna. Każdy wiedział, że znajdujące się na tej odznace niekształtne – drukowane wielkie S, to kształt koryta naszej królowej rzek Wisły. Harcerze i instruktorzy, realizując poszczególne zadania związane z „małymi ojczyznami”, swoją ziemią rodzinną i regionem poznawali ich historię i bohaterów. Ja byłem tym szczęśliwcem, który zdobył ten symbol patriotyzmu, metalową Odznakę Rodło jako jeden z pierwszych. Dumnie wisiała ona na skórzanym pasku na prawej kieszonce mojego munduru. Coraz więcej drużyn harcerskich zaczęło realizować wyznaczane rok rocznie zadania związane z Odznaką Rodło. Komputery wówczas nie były jeszcze tak powszechne w użytkowaniu, nie istniało jeszcze pojęcie „fora dyskusyjne”. Z chęci wymiany swoich osiągnięć, prezentacji zrealizowanych zadań, zwyczajnie pochwalenia się. Sprawdzenia, ilu nas całym sercem identyfikuje się nie tylko z ideami harcerskimi ale identyfikuje się ze swoim regionem, miastem, tradycją lokalną, Pomorzem, Kaszubami, Kociewiem, Żuławami, Powiślem, powstała idea organizacji corocznych Rajdów Rodło. Łącząc to z harcerską wędrówką po naszej ziemi gdańskiej.
I Rajd Rodło (6-8.04.1984) swoje zakończenie miał w Gdańsku na Długim Targu w 1984r.
Kolejne rajdy kończyły się:
II w Starogardzie Gdańskim (19-21.04.1985). Spaliśmy na lastrykowej posadzce w Szkole Podstawowej w Pelplinie (pamiętasz to Krysiu?) i w sali gimnastycznej w Starogardzie Gdańskim.
III w Pucku (11-13.04.1986). Co to było za święto morza na pięknym puckim rynku. Jakie ciekawe występy zespołów wokalnych.
IV w Kościerzynie (23-26.05.1987) pod pomnikiem Wybickiego.
We wszystkich tych rajdach brałem czynny udział, pomimo że moje obowiązki służbowe szczelnie wypełniały mi również czas wolny, po pracy. (W okresie tym pełniłem funkcję Naczelnika Miasta Pruszcza Gd.). Widząc kolejne rajdy, zaangażowanie braci harcerskiej w ich przebiegu, oraz zaangażowanie władz lokalnych i społeczeństwa przy ich przygotowaniu poczułem pewien niedosyt, że wśród tych którzy przyjmują ten rajd nie ma naszego miasta, Pruszcza Gdańskiego. Taka mała zazdrość i zarazem chęć pokazania, że my też potrafimy z pruszczańskimi harcerzami przygotować taką imprezę.
I stało się, kolejny V Rajd Rodło kończył się w Pruszczu Gdańskim (6-8.05.1988). Co to było za święto. Ile ciekawych imprez, a półgodzinny pokaz zimnych ogni na boisku MOSiR-u (po raz pierwszy w mieście) na długo pozostał w pamięci mieszkańców. Miasto w tych dniach należało do młodzieży. Komendant Chorągwi ZHP w Gdańsku, dh Adam Mówiński dziękując władzom miasta za pomoc w organizacji imprez podsumowujących rajd, przekazał mi rzeźbę starego kaszubskiego rybaka, który do dziś spogląda na mnie z parapetu okna.
Kolejne rajdy zagościły w Wejherowie (1989), Kartuzach (1991), Tczewie (1992), Sopocie (1993), Elblągu (1995), Malborku (1996), Gdyni (1999), Kwidzynie (2000), Miastku (2001), Lęborku (2003), Helu (2004), Słupsku (2008). Ostatni rajd jubileuszowy XXV w 2009 roku (11-14.05) zagościł po raz drugi w stolicy Kaszub Kartuzach.
Mam nadzieję, że w tegorocznym XXVI Rajdzie Rodło (21-23.05.) po ziemi kociewskiej z metą w Tczewie nie zabraknie pruszczańskich harcerzy. Harcerzy dumnych ze stale rozwijającego się i piękniejącego miasteczka przycupniętego obok wielkiego Gdańska.
Myślę jednak, że nadejdzie czas, że będziemy mogli po raz kolejny zaprosić pomorską młodzież (w nieodległej przyszłości) na spotkanie na PRUSZCZAŃSKIEJ FAKTORII usytuowanej tuż obok najpracowitszej rzeki w Polsce – Raduni.
Do zobaczenia na szlaku rajdu. Czuwaj!
(ZB)
BŁYSKAWICZNE CIASTO
Harcerz musi być przygotowany na każdą okoliczność, mnie z moimi harcerzami przytrafiła się taka niespodziewana sytuacja. Na jedną z normalnych zbiórek drużyny (przygotowywaliśmy się do wyjazdu na obóz) przyszli bardzo mili goście. Jak tu ich przyjąć, żeby nie tylko piosenką. Przyboczny rzuca: może ciastem? Dobry pomysł, ale skąd teraz ciasto? Woda grzeje się już na kawę czy też herbatę, ja wydaję polecenia.
Grzesiu: 1 szklanka mąki,
1 szklanka cukru
1 szklanka kaszy manny
3gramy proszku do pieczenia – wszystko wymieszać!
Tomek, ty smarujesz wewnątrz prodiż, co tam mamy, Kasia, Rama czy też inna Palma.
Dobrze, dobrze, dam sobie radę – odpowiada.
Jastrzębski, a ty największy chłop obierasz i tarkujesz jabłka. Ile? Dawaj, dawaj, ile zdążysz.
Goście przywitali się, piosenka na powitanie. Zaparzamy kawę i herbatę.
Grzesiu: jedna szklanka mieszaniny + ciut, jedna warstwa jabłek, druga szklanka mieszaniny + ciut, druga warstwa jabłek, trzecia szklanka mieszaniny + ciut, i na wierzch wiórki, kawałki z ½ kostki palmy, i do prądu.
Popijamy sobie kawę i herbatę (co kto ma). Harcerze przygotowują spis niezbędnego ekwipunku i sprzętu obozowego, który musimy zabrać ze sobą. Sprawdzają co już mamy, odnotowują co będzie jeszcze trzeba przynieść z domów, czy też zakupić. Druhu a ja widziałem w sklepie gospodarstwa domowego taką bardzo dużą grzałkę, do wiadra z wodą. Może sobie kupimy? Też myślę, że może się nam przydać.
Wspólny pląs i piosenka, jeszcze jedna tzw. „doparzka” i harcerze podają cieplutkie kliny z ciasta. Co za wyśmienita skórka, taka słodziutka i w ogóle. Szkoda, że Jastrzębski tak mało skroił jabłek, ale i tak wszystkim smakowało.Harcerze byli dumni, że im się udało czymś poczęstować miłych gości.
Jeżeli chcesz poznać smak tego błyskawicznego ciasta to spróbuj sam go upiec, a zapewniam Cię, że już po 20 minutach będziesz się oblizywał i czekał na następną okazję.
Życzę smacznego.
(ZB)
ŚWIĘTO PIECZONEGO ZIEMNIAKA
Jesienią 1982 w trzecim roku pracy mojej drużyny harcerskiej (6 DH przy SP nr 2 w Pruszczu Gd.) zorganizowaliśmy tematyczną zbiórkę (w Klubie M 6) poświęconą ZIEMNIAKOM. Było to nasze Święto Pieczonego Ziemniaka, na które zaprosiliśmy rodziców.
Zastępy, harcerki i harcerze w ciekawej formie przedstawili historię związaną z pojawieniem się w naszym jadłospisie ziemniaków. Wszyscy dowiedzieliśmy się, że Peruwiańczycy jedzą ziemniaki od ponad 8 tysięcy lat. Pierwszymi Europejczykami, którzy zetknęli się z tą rośliną byli hiszpańscy konkwistadorzy (poł. XVI w.).
Ziemniaki, które dopłynęły do Europy ok. 1570 roku, z początku były jedną z wielu egzotycznych ciekawostek odkrytych przy okazji poszukiwań prawdziwych bogactw, złota, srebra i kamieni szlachetnych. Zamiast na stoły, ziemniaki trafiły na grządki botaników.
Do gospodarczego wykorzystania ziemniaków, czyli ich uprawy na dużą skalę w Europie przyczynili się Anglicy. We Francji początkowo uważano ziemniaki za roślinę szkodliwą, wywołującą wysoką gorączkę po ich spożyciu (jadano je surowe).
Uprawa ziemniaków w Polsce, początkowo jako roślin ozdobnych, zaczęła się od króla Jana III Sobieskiego. Po wyprawie wiedeńskiej (1683) miał ich sadzonki przywieść dla najdroższej sercu Marysieńki. Nie zdobył ich na Turkach, lecz podarował mu je cesarz Leopold I ze swoich ogrodów w Wiedniu. Na większą skalę „jabłka ziemne” czyli ziemniaki w Polsce zaczęto uprawiać za panowania króla Augusta III Sasa (1733-1763). Wykorzystanie ziemniaków znacznie wzrosło po opracowaniu techniki ich magazynowania w kopcach.
Bulwy po ugotowaniu stanowią cenny pokarm człowieka. Pozostałe części rośliny są trujące. Ziemniak jest też ważną rośliną pastewną, jako gotowany był podstawą tradycyjnej metody żywienia świń. Jest ważną rośliną przemysłową, używa się go do produkcji spirytusu, mączki ziemniaczanej.
Na świecie istnieje ponad 10 tysięcy odmian ziemniaków, w Polsce w Krajowym Rejestrze Odmian znajduje się 118 odmian.
W Polsce stosowane są również inne nazwy tej rośliny: barabola (gwara kresowa – Lwów), kompera (język łemkowski), kartofel (z niemieckiego – zwłaszcza dialekt śląski, ale także w całym kraju), pyra (gwara poznańska), grula (gwara góralska – wschodnie Podhale), bulwa (język kaszubski), perka (dawniej – od Peru), rzepa (Orawa, zachodnie Podhale), swapka (Orawa). Może ktoś zna jeszcze inne nazwy, używane przez swoje babcie, prababcie? (jabłka ziemne, bulwy belzebuba).
Ziemniak doczekał się w Polsce dwóch monumentów: w Biesiekierzu (obecne zachodniopomorskie) któryw herbie ma bulwę ziemniaka, oraz w Poznaniu na Łęgach Dębińskich. Pomniki ziemniaka znajdują się również w : Słoweni (Šenčur – koło Kranj), Chorwacji (Ananova, na terenie parku), Austrii (Prinzendorf – w ścianie miejscowego kościoła), USA (w Muzeum Ziemniaka w Idaho).
W drugiej części zbiórki harcerze prezentowali przygotowane (przy wydatnej pomocy mam) potrawy z ziemniaków (było ich tak dużo, że ich nie wymienię, Wy spróbujcie). Druhny na kuchence gazowej smażyły smaczne plince, placki ziemniaczane, które posypane cukrem lub maczane w śmietanie znikały z talerzy w mig.
Już nigdy od tego czasu nie spróbowałem w ciągu jednego spotkania tylu ziemniaczanych potraw (kluski rzucane, kopytka. pierogi ruskie, frytki, ziemniaki zapiekane, ziemniaki w mundurkach, sałatki ziemniaczane, kiszkę ziemniaczaną, placki ziemniaczane,..). Wszystkich nazw nie spamiętałem, lecz mogę Was zapewnić, że wszystkie były bardzo smaczne.
Do zobaczenia przy „ziemniaczanym stole”. Czuwaj !
(ZB)
RUBIKOWY MISTRZ GRZESIU (1982/83)
Harcerze mojej 6 DH w Pruszczu Gd. (SP Nr 2) ciągle szukali nowych wyzwań. Graliśmy już w Warcaby 100 Polowe, biegaliśmy w biegach na orientację, nauczyliśmy się pływać, zdobywaliśmy Odznaki Turystyki Pieszej nie wspomnę o grach zespołowych typu piłka kopana czy też rzucana.
Co tu jeszcze? W tym czasie bardzo popularna była „Kostka Rubika” (gra logiczna), którą wymyślił Węgier niejaki Erno Rubik (1974 r.). Ci starsi, około 40-tki to na pewno pamiętają. Co to był za szał. Każdy chciał mieć taką kostkę. Ale ułożenie jej to już nie takie hop, siup.
Harcerze zaczęli współzawodnictwo w zastępach, potem w drużynie. Ci najlepsi potrafili zejść z ułożeniem kostki poniżej jednej minuty. Gdzie nam jeszcze było do rekordu?
W rozgrywkach w Klubie M-6 czy MDK-u trójka z naszej drużyny zawsze była w finale zgarniając wszystkie nagrody.
W końcu trzeba walczyć o tytuły. Do walki wyznaczyliśmy zastępowego Grzesia. Podczas zawodów ustanowił on rekord, zdobywając tytuł Mistrza Miasta i Powiatu, osiągając niewiarygodny czas 12sek.
Weź spróbuj! Ćwiczenie czyni mistrza.
PS
- Erno Rubik pierwszy raz układał kostkę miesiąc.
- Pierwszy zanotowany rekord z 1980 roku wynosił 54sek.
- Obecny rekord 7,08sek. ustanowił Holender Erik Akkersdijk na mistrzostwach Czech Open
w 2008 roku.
- Na trzecim miejscu jest Polak Tomek Żołęzowski z Płocka z czasem 7,91sek.(Mistrz Polski)
(ZB)
BIEG NA ORIENTACJĘ
Późna wiosna 1982r., już drugi rok z harcerzami z 6 DH (SP Nr 2 w Pruszczu Gd.) ćwiczymy posługiwanie się kompasem i mapą. Zorientowanie mapy w terenie i wyznaczenie azymutu na charakterystyczne punkty, czy też marsz na azymut to dla nas „mały pikuś”.
Ćwiczenia na sucho w harcówce, sali gimnastycznej, praktycznie sprawdzaliśmy podczas wędrówek i rajdów oraz na obozie. Chęć rywalizacji nie tylko wewnątrz drużyny czy też szkoły wyzwoliła w nas potrzebę poszukania tak zwanych „zawodowców”. Tych, którzy prawie zawodowo zajmują się Biegami na Orientację (BnO). Poznajemy zasady biegu na orientację, podstawowe terminy i ich opis.
Dowiadujemy się, że bieg na orientację jest dyscypliną olimpijską (jednak nie wpisaną do programu olimpiady). W skrócie, polega on na pokonaniu w jak najkrótszym czasie wyznaczonej trasy, posługując się mapą i kompasem, odnajdując jednocześnie ustawione punkty kontrolne (PK). Potwierdzenie znalezienia PK oznakowanego lampionem dokonujemy specjalnym perforatorem (kasownikiem). Do każdego PK, oznaczonego numerem identyfikacyjnym przyporządkowany jest inny perforator.
Dowiedzieliśmy się też, że kolebką Biegu na Orientację jest Skandynawia, gdzie zostały rozegrane pierwsze zawody (31 październik 1897r. w Norwegii). Od 1961 roku działa Międzynarodowa Federacja Sportów na Orientację (IOF) z siedzibą w Finlandii.
W Polsce bieg na orientację znalazł swoich zwolenników pod koniec lat 60,a w1967r. Polska stała się członkiem IOF-u. Już w 1970 roku nasi reprezentanci wzięli udział w Mistrzostwach Świata, które rozgrywane były w NRD.
Tak przygotowani zgłaszamy do organizowanych przez PTTK zawodów cztery trzyosobowe patrole (żeby było raźniej aniżeli pojedynczo – indywidualnie). Odbywały się one na wzgórzach morenowych obok „Pachołka” w Oliwie.
Dowódcy patroli otrzymali specjalne numery i karty startowe (musieliśmy wpłacić tzw. wpisowe). Harcerze patrzyli się w te karty jak „sroka w gnat”, jakieś symbole, znaki, numery itp. Ja podtrzymywałem swoich na duchu, bo patrząc po wyposażeniu i ubiorze mieliśmy do czynienia z doświadczonymi wygami. My to jeszcze nawet nie amatorzy, ale liczy się chęć i zapał. Oczywiście poparte kondycją i zmysłem orientacji.
Co kilka minut komisja sędziowska wypuszczała kolejne patrole. Jednocześnie w biegu brali udział seniorzy, weterani, juniorzy i młodzicy. Każda grupa wiekowa miała swoją trasę i swoje punkty kontrolne. Po godzinie po lesie, góra, dół, lewo, prawo, biegała już ponad setka śmiałków. Pierwsi zaczynali wracać. Start i meta były w tym samym miejscu (teoretycznie więc nie można było się zgubić).
Ja kręcę się wokół komisji, przyglądam się weryfikacji kart startowych. Godzina startu, czas powrotu, punkty kontrolne – okazało się, że niektórzy mają skasowane w karcie nie swoje PK, to znaczy, że pobłądzili. Wyjaśnienia, protesty i spieranie się z komisją.
Myślę sobie: ale jaja, jak tam nasi. Czy wszystko znaleźli? Czy przypadkiem nie zabłądzili?
O, jedni już są, ale brak im jednego PK. Jeszcze chcą biec i szukać lampionu, który umknął ich uwadze. Już ich nie widać, zginęli za zakrętem. Na mecie już kilkanaście patroli. O, docierają nasi. O dziwo, dwa patrole razem. Karty w porządku. Czas patrolu, który startował później bardzo dobry, jest aktualnie najlepszy. Jest kolejny nasz zespół, ale nie ma tych co byli pierwsi jakąś godzinę temu. Wysyłam wszystkich naszych na poszukiwania.
Sędziowie zaczynają likwidację tras, zbierają lampiony, kasowniki. No człapią nasi, całe szczęście wszyscy się znaleźli. Jeden patrol dostał w nagrodę kompas i książkę.
Posilamy się, popijamy herbatę i zadowoleni z osiągnięć szykujemy się w drogę do Pruszcza. Druhu, ale naprawdę tego jednego punktu kontrolnego nie było, tłumaczą się ci co pobłądzili.
Wszystko w porządku druhowie i tak byliśmy bardzo dobrzy jak na nasze możliwości. Najważniejsze, że coś wygraliśmy. Na drugi raz będzie jeszcze lepiej.
Czuwaj!
PS. Podczas prezentacji tego wspomnienia druhna Ula (UG) przypomniała mi, że w tym biegu uczestniczyły również harcerki z jej drużyny (19 DH im. J. Korczaka ze SP Nr 3 w Pruszczu Gd.). Jak wspomina, to tego dnia pogoda była deszczowa, a jej harcerki bardziej znały się na śpiewaniu aniżeli na mapie i kompasie. Czego nie robi się dla towarzystwa i wspólnej zabawy. Przez cały czas trwania biegu modliła się, nie o dobry wynik jej drużyny (cała drużyna biegła „kupą” – jako jeden patrol), lecz o to żeby dziewczęta szczęśliwie dotarły do mety. Jaka była szczęśliwa gdy mogła uściskać swoje, przemoczone podopieczne. „Druhno, już nigdy więcej. To był koszmar. Mamy dość”, to były pierwsze słowa jej harcerek gdy dotarły do mety. Jak się później okazało, zajęły jedno z pierwszych miejsc w swojej kategorii wiekowej. Jadąc już do domu, w autobusie wspominały trudy biegu mówiąc, „fajnie było”.
(ZB)
NOCNY RAJD WZGÓRZAMI MORENOWYMI
1983r. 6 DH w SP Nr 2 w Pruszczu Gd. Mamy już zaliczone dwa obozy drużyny, w Lubiatowie (1981) i Tardzie (1982) oraz Rajd Brzegami Radunu (1981/82 – trasa Gdańsk, Pruszcz Gd., Goszyn, Kolbudy, Żukowo, Babi Dół, Somonino, Ostrzyce) i Rajd Wiślany (1982/83 – trasa Kwidzyn, Gniew, Subkowy, Tczew, Gdańsk). Zapragnęliśmy jeszcze czegoś wymagającego większego wysiłku.
Zaprosiliśmy do wspólnej całonocnej wyprawy wzgórzami morenowymi (od Gdyni do Gdańska) zaprzyjaźnione drużyny. (19 DH z Pruszcza Gd. druhny Uli, drużynę z Łęgowa druha Sławka, drużynę turystyczną z Tczewa – imię drużynowej uleciało mi z pamięci).
W majowy wieczór wszyscy spotkaliśmy się ok. godz. 20-tej w bazie harcerskiej gdyńskich harcerzy „Bryza”. (Wysiąść trzeba było na przystanku Gdynia – Wzgórze Nowotki, obecnie Wzgórze Św. Maksymiliana).
Wspólna kolacja, gorąca herbata. Dobrze, że jest piękna pogoda. Odprawa komendantów grup rajdowych, rozdanie map. Omówienie tras. Ustalenie punktów zgrupowań, wspólnych zabaw i przerw prowiantowych. Przed nami ok. 20km marszu leśnymi ścieżkami, między śpiącymi osiedlami. Na wspólnym śniadaniu mamy spotkać się w Domu Harcerza ok. godz. 8.
Jest nas ponad 50 osób, wyruszamy w odstępach kilku minutowych w trzech grupach.
Z „Bryzy” kierujemy się na Witomino (pod górę) obok placu wyznaczonego na spotkania przy harcerskich ogniskach (kto to miejsce jeszcze pamięta?). Brzegiem osiedla (na paluszkach), tylko od czasu do czasu ktoś zapala latarkę, sprawdza szyk i dalej. Przekraczamy asfaltówkę (Małokacka) po chwili tory kolejowe (jedni górą, drudzy dołem – tunelem). Mijamy Mały Kack (słychać szczekanie psów, to pewnie ci co wyszli przed nami mijają zabudowania tego osiedla). Po chwili spokój, znowu las, jakiś potok. Trasa prowadzi do granic Karwin i Wielkiego Kacka. Z prawej strony wąwóz a w nim tory kolejowe. Jest asfalt (Wielkopolska krzyżuje się z Sopocką).
Tutaj dłuższy postój. Księżyc wysoko na niebie pięknie oświetla otwarty teren. Zaczynamy konsumpcję swojego prowiantu (kanapki, bułki, batony, herbata z bazy – jeszcze ciepła). Ktoś próbuje rozpalić butlę gazową i po chwili częstuje gorącym kisielem. Wszyscy tańczą „Kto majtkiem na okręcie”, „Bugi, Bugi”, „Dwóm tańczyć się zachciało”. Tczewiacy brzdękają na gitarze, nawet im to wychodzi. Śpiew piano. Wszyscy są zadowoleni. Nie do końca wiedzą co ich jeszcze czeka. No dość tego dobrego. Ruszamy w dalszą drogę.
Minęła północ. Idąc jakieś pięćset metrów Sopocką, witamy nowy dzień po czym odbijamy w lewo do lasu. Z lewej strony pozostawiamy Bernadowo i Brodwino. Przekraczamy kolejny asfalt (Jacka Malczewskiego w Sopocie) i dalej prosto w las. Z lewej strony pozostawiamy osiedla Przylesie i Mickiewicza. Kolejny asfalt (ul. Mikołaja Reja – dolina Świemirowska). Kto to powiedział? „Polacy nie gęsi swój język mają”, no właśnie bohater tej ulicy – Rej, i jakby na przekór tego wchodzimy tutaj na Drogę Esperantystów (drogę języka stworzonego przez innego wielkiego Polaka z Białegostoku – Zamenhofa).
Na drodze tej mijamy Dąb Esperantystów, pamiątkę Światowego Kongresu Esperantystów w Gdańsku w 1927r. oraz pamiątkowy kamień. Przedzieramy się pomiędzy ogródkami, podmokłym terenem. Jeszcze chwila i już Gdańsk, ale do centrum to jeszcze ho, ho. Mija godzina i spotykamy się na „Pachołku” w Oliwie. Kolejny bufet (własny) dla strudzonych wędrowców. Pląsy tańczą już tylko nieliczni. Ile jeszcze do Domu Harcerza? Wyraz grymasów na twarzach uczestników rajdu zmusza nas do zmodyfikowania trasy. Nie wejdziemy do „Doliny Radości”, bo co to za radość godzinę dłużej wędrować. Chlebaki już puste, ostatnie krople herbaty wypite.
Schodzimy w dół obok katedry, ul. Cystersów, Leśną i Podhalańską do ul. Polanki. Tu już chodnikiem, w miarę równo i prosto. Mijamy (z prawej) Szpital Marynarki Wojennej, (z lewej) Meczet. Szeregi wędrowców rozciągnęły się na przestrzeni kilkuset metrów. Niektórzy zasypiają w marszu. Przepraszają gdy wejdą na drzewo. Jest coraz jaśniej, ruchu na ulicach nie ma. Jeszcze trochę wysiłku i widać wieże gdańskich kościołów i Zieleniak. Nareszcie jesteśmy Za Murami w naszym domu, Domu Harcerza. Nikomu nie w głowie rozstawiać szklanki i talerzyki na śniadanie. Wszyscy siadają na podłodze wyciągając nogi. Dyżurni w kuchni zwracają uwagę, że to dopiero 6-ta rano, a śniadanie było zamówione na 7-8-mą, więc zdążą ze wszystkim. My nie będziemy czekać na wykwintne podanie. Jemy jak leci, no i ta smaczna słodziutka herbata.
Pożegnalny krąg, jakiś taki nierówny. No i dalej do autobusów na Pruszcz i pociągu na Tczew. Czuwaj! (ZB)
PANI JASIA A OBOZOWE KRÓWKI
Pani Jasia, druhna Machnio nasza niezapomniana szefowa kuchni i kucharka w jednym, a bywało, że była i trzy w jednym, matkowała harcerzom. Jedno, co ją trochę denerwowało, to jak ktoś po sobie nie posprzątał w kuchni, pozostawiając bałagan i brudne patelnie.
Ale, ale, skąd te brudne patelnie w kuchni, przecież jest służba kuchenna.
W nocy, gdy wszyscy śpią, to po podobozach i w zgrupowaniu krążą oprócz duchów również wartownicy. To sprawdzą bramę, to sprawdzą plac apelowy, to maszt czy wisi flaga. Czas upływa powoli. Tajemniczość nocy wyzwala marzenia, a może by tak coś słodkiego? No, no, ale skąd tu teraz coś słodkiego, gdy zapasy z niedzieli odwiedzin już skończyły się, a najbliższy sklepik w nocy oczywiście zamknięty.
Ale wśród wartowników bywali „obozowi recydywiści” tak zwani wyjadacze, którzy zaliczyli już kilka obozów, nie mówiąc o biwakach. Ci mieli ciekawe pomysły. Co by tu jeszcze?
I tak zrodziła się swego rodzaju tradycja na obozowe krówki. Wystarczyło trochę mleka lub słodkiej śmietany, trochę cukru, trochę tłuszczu (masła), patelnia i żar w piecu. Po pół godzinie można było już się zajadać ciągnącymi krówkami. Ale nikt już nie myślał o posprzątaniu po tej słodkiej uczcie.
Ten nieporządek w kuchni podnosił ciśnienie szefowej, która przez kwadrans musiała powyzywać tych niechlujów.
W duchu jednak była szczęśliwa, że krówki smakowały i wieczorem znowu pozostawiała w kuchni niezbędne produkty do tej receptury.
S M A C Z N E G O!
(ZB)
PYZÓWKA – TEATRZYK SAMORODNY
Chorągwiane zimowisko szkoleniowe między innymi dla Kierowników Referatów Młodzieży Młodszej w Pyzówce. (27.12.1971 – 05.01.1972)
Cała wesoła ferajna z Gdańska dojechała pociągiem do Nowego Targu skąd już autobusem PKS do ośrodka w Pyzówce. Zajęcia te „na sucho” w pomieszczeniach, jak i te w terenie były bardzo interesujące. Kilka razy odwiedziliśmy również Nowy Targ i Muzeum Podhalańskie na Rynku. W muzeum zapoznaliśmy się z nowotarskim rzemiosłem cechowym: szewstwem, kożusznictwem, kowalstwem, kapelusznictwem, stolarstwem, tkactwem, bednarstwem i garncarstwem. Podziwialiśmy obrazy nowotarskich malarzy w tym Michała Rekruckiego, rzeźby Anny Dobrzańskiej, Wacława Czubernata i nieprofesjonalnego twórcy Edwarda Sutora, ceramikę Jana Reczkowskiego i Zofii Czubernat. Podziwialiśmy też wiedeńską maszynę drukarską podarowaną dla Nowego Targu przez cesarza Franciszka Józefa (która pracowała od 1898 roku w drukarni Ignacego Borka).
Chodząc po nowotarskim rynku na każdym kroku spotykaliśmy „domorosłych rzeźbiarzy”, którzy na poczekaniu wykonywali przeróżne pamiątki z gór. Nie mówiąc już o nanoszeniu imion, inicjałów na zakupywane towary. Dwa ruchy dłutkiem i na ciupadze już było ZB (moje inicjały).
Oprócz dużej ilości przekazanych nam wiadomości merytorycznych w mojej głowie szczególne miejsce zajęły:
- noworoczny kulig z pochodniami i kiełbasą. Ile to razy każdy z nas spadł (niby niechcący) z sanek zaczepionych do sani ciągnionych przez parę koni. Bawiliśmy się śnieżkami jak dzieci.
Tak wesoło powitaliśmy nowy 1972 rok.
- No i Teatrzyk Samorodny, który prowadził dh Andrzej Starzec (zawsze towarzyszyła mu gitara). On jako specjalista od zuchów wpajał nam zasady wspólnych zabaw improwizowanych, szumnie nazywanych Teatrzykiem Samorodnym. Pamiętam, że w bajce o Smoku Wawelskim grałem jedną z nieszczęśliwych owieczek, która miała być zjedzona przez smoka. Gdy smok mnie połknął to tak się zablokowałem w jego wnętrzu, że o mało co nie doszło do urwania jego ogona wraz z odbytem. Bawiliśmy się wspaniale. Każdy chciał być szewcem Dratewką, a druhny oczywiście pięknymi księżniczkami.
Andrzejku tak trzymać. Grać trzeba całe życie.
(ZB)
PS - Z tego co pamiętam to chyba i druhna Lutka Pendlowska z naszego hufca też była wśród tych księżniczek ?
HARCERSKA DEMOKRACJA
W 1962 roku naczelne władze harcerskie zadecydowały, że funkcje komendantów hufców, chorągwi i władz centralnych będą kadencyjne i z wyboru. Ja wówczas miałem już bierne i czynne prawo wyborcze – byłem drużynowym drużyny zuchowej, którą przekazał mi druh Władysław Woś.
Wśród instruktorów małe poruszenie. Jak to, to my musimy wybierać nowego komendanta, gdy dotychczasowy (dh Teodor) nam odpowiada. Co tam odpowiada, lepszego to chyba nie znajdziemy. Ale jak mus to mus, ale musimy NASZEGO TEODORA wybrać, ażeby czasami nie przysłali nam kogoś z zewnątrz. Przygotowania do I Konferencji Hufca idą pełną parą. Wyznaczony termin – listopad 1962 r., wybrane miejsce – sala konferencyjna w Komitecie Powiatowym PZPR ( obecny Urząd Miejski). Zadania rozdane, każdy robi swoje. Ja wraz z młodszymi instruktorami odpowiedzialni jesteśmy za wystrój sali i dekorację na zewnątrz budynku. Oprócz tablic z gazetkami harcerskimi drużyn, zdjęciami z akcji harcerskich, wystawy kronik drużyn, szczepów i hufca musimy coś zrobić, ażeby wszyscy przechodnie i mieszkańcy miasta wiedzieli, że to spotkanie harcerskie a nie jakiś kolejny partyjny spęd.
Wiecie co, harcerstwo najbardziej kojarzy się z namiotami, dlatego koniecznie jednym z elementów scenografii (dekoracji) musi być ładny, nowy namiot. „Masz rację” potakują pozostali członkowie zespołu. To ty z Heńkiem zrobicie ten namiot. Gdzie tu rozbić namiot i dodatkowo go wystroić? Totem i inne akcesoria harcerskiej pionierki, ażeby stworzyć piknikową a zarazem podniosłą atmosferę. Padło na korytarz, jest duży i obszerny, a oprócz tego namiot stamtąd będzie widoczny z zewnątrz. Zamiast śledzi i szpilek używamy gwoździ (oj ostrożnie, ażeby nie kazano nam wymieniać parkietu). Jeszcze kawałek gałęzi imitujący drzewo, jakiś trójnóg z garnkiem, parę suchych polan jako ognisko, zielona trawka z brystolu i kolejny element scenografii gotowy. Pracy jest jeszcze co niemiara, wieszamy krzyż harcerski w głównej sali i hasło z „naszymi bijącymi sercami dla ojczyzny”. Nie zapominamy o kwiatach, o już minęła 22. Jeszcze raz rzut oka na salę, stoły (czy wszystkie wywieszki na swoich miejscach, komisja skrutacyjna, komisja wyborcza, komisja wnioskowa itd.), miejsce dla śpiewających zuchów. W tym czasie pozostali pisali, a raczej wygładzali swoje referaty, głosy. Rozchodzimy się do jutra.
Następnego dnia, wszyscy na galowo, z orderami i medalami gromadzą się przy kronikach, wymieniając swoje wspomnienia. Inni wypatrują siebie w rozwieszonych zdjęciach.
Powitanie gości, sztandar, hymn i poszło… Przemowy (Stefana – jeszcze kapitana, Witka, Zdziśka-Sybiraka, Władka, Steni – przyszłej pani poseł, Antoniego - sztormana i innych) przeplatane śpiewem no i wybór komendanta. Gdy na salę weszli uśmiechnięci członkowie komisji wyborczej było jasne, że nasz Teodor będzie nadal nam przewodził. Sto lat, sto lat, kwiaty i uściski.
Była to moja pierwsza konferencja dlatego tak utkwiła mi w pamięci. Później uczestniczyłem w kolejnych konferencjach hufcowych, chorągwianych, Zlocie Młodych Przodowników Nauki i Wyszkolenia Bojowego w Krakowie i Zjeździe ZHP w Warszawie. Jeszcze jedna konferencja szczególnie zapisała się w mojej pamięci. Ta z listopada 1984 roku, na której przekazywałem funkcję Komendanta Hufca (którą pełniłem społecznie) swojej następczyni druhnie Małgorzacie Słowik, którą wybrało instruktorskie zgromadzenie. Ja niestety musiałem zrezygnować z tej zaszczytnej funkcji gdyż wówczas już od ośmiu miesięcy pełniłem funkcję Naczelnika Miasta (Burmistrza) Pruszcza Gdańskiego. Nawał pracy zawodowej uniemożliwiał mi aktywny udział w pracy instruktorskiej.
Instruktorem harcerskim pozostałem, pozostaję i będę. Czytając te wspomnienia wiedz, że jestem z Wami. Czuwaj!
(ZB)
SPECJALISTA OD KOŃCÓWEK
Gdy przyjrzymy się zapisom Prawa Harcerskiego na osi czasu historii ZHP, znajdziemy tam wiele ważnych cech charakteru, którymi winien wyróżniać się harcerz, instruktor. Nawet w Organizacji Harcerskiej (OH – 1956) był zapis „Harcerz chce umieć więcej niż umie”, a w 1964r. został on jeszcze bardziej rozszerzony i brzmiał „Harcerz chce wiedzieć więcej niż wie, umieć więcej niż umie”. Znalazł się on również w uchwalonym na VII Zjeździe ZHP w 1981 roku Prawie Harcerskim.
O jednym harcerzu, instruktorze, do którego ten zapis pasuje jak ulał chcę opowiedzieć w tym wspomnieniu. Chodzi o naszego „pietuchę”, który przez cały czas podnosił i podnosi swoją wiedzę i umiejętności na wyższy poziom. Czyni to dalej pomimo, że jest już „50 +”, na emeryturze i nosi tytuł dziadka. Znana jest mu maksyma głoszona przez Sokratesa, „Wiem, że nic nie wiem” i czym więcej poznaje stara się to drążyć dalej.
Kolejnym przystankiem w jego marszu po wiedzę była obrona pracy magisterskiej na Uniwersytecie Gdańskim. Od tego październikowego popołudnia 1980 roku stał się dla nas „specjalistą od końcówek”. Oczywiście nie chodziło w tej pracy o to, jak kto kończy, czy też jak zaczyna, co wykorzystywali w swojej obronie inni.
Nas jako „…wiernych przyjaciół i niezawodnych kolegów” („Harcerz jest wiernym przyjacielem i niezawodnym kolegą” – Prawo Harcerskie, 1957r.) nie mogło zabraknąć pod drzwiami sali, w której starał się przekonać komisję do swoich rozważań. Dla nas to był czeski film. A propos, musiał nauczyć się też czeskiego, który był mu potrzebny do obrony „końcówek”.
Żeńka, Ludka, Daszka, Jadźka, Danka, Jurek, Boguś, ja i inni którzy gdzieś zagubili się w fałdach mojej kory mózgowej – za co ich przepraszam, przestępujemy z nogi na nogę. Czytamy ogłoszenia i anonse na tablicach. Denerwujemy się chyba bardziej od bohatera tego jesiennego, pogodnego dnia. O tu coś ciekawego, litery duże nawet bez okularów idzie przeczytać. „Państwo, w którym policjant zarabia więcej niż nauczyciel jest państwem policyjnym”, w podpisie Lenin. Czyżby to ten gościu z Pałacu Zimowego? Oglądamy się dyskretnie wokół, patrząc kto nas obserwuje, nauczyciele czy policjanci?
O już jest, nareszcie! Uśmiechnięty, to znaczy wszystko w porządku, możemy składać gratulacje i kwiaty. Pełne zaskoczenie, bo naszą eskapadę do nowego niedawno oddanego gmachu Uniwersytetu planowaliśmy w ścisłej konspiracji.
Edziu zamyśla się, - „harcerz jest pracowity i wytrwały, w życiu stawia sobie wielkie cele”, co będzie następnym? Na dziś to kawa, herbata i ciasto.
Niedługo jednak kolejne wyzwania, komputeryzacja. Wprowadza jako pierwszy do pruszczańskich szkół (SP Nr 2) komputer ZX Spectrum i przekonuje do jego zalet młodzież.
Dzisiaj pewnie z rozrzewnieniem patrzy na całe sale komputerowe, internet w szkole, dziennik elektroniczny. Ale jeszcze jest coś do zrobienia, jak nie w Kręgu Instruktorskim to wśród emerytów i rencistów. Jak pozostanie trochę czasu to parę e-maili do przyjaciół. Na dzień 14 lutego 2010r. (Walentynki) miał na Naszej Klasie 986 znajomych. No i jeszcze wnuki do szkoły i ze szkoły.
Jak Ty znajdujesz czas na to wszystko? Ale nie zapominaj o nas. Do zobaczenia.
(ZB)
RAJD WIŚLANY
Rok harcerski 1982/83. Harcerze z 6DH im. Obrońców Wybrzeża (SP Nr 2) w Pruszczu Gd. mają już zaliczone dwa obozy drużyny, w Lubiatowie (1981) i w Tardzie (1982) oraz Rajd Brzegami Raduni (1981/82). Stawiają przed sobą kolejne ambitne wyzwania, cele. Zamierzają przejść wzdłuż końcowego biegu królowej polskich rzek, Wisły – od Kwidzyna do Gdańska. Ukoronowaniem całorocznej pracy ma być Zgrupowanie Obozów Drużyny w Czorsztynie. Do udziału w którym zaprosiliśmy „Podkóweczki” – zuchy od druha Andrzeja Starca z ich opiekunką druhną Żenią Redwans.
Rajd Wiślany rozpoczęliśmy od dawnego Polskiego Gimnazjum w Kwidzynie we wrześniu a zakończyliśmy go w maju pod pomnikiem na Westerplatte. Cały rajd jeżeli chodzi o długość trasy – 8 etapów (Kwidzyn – Gniew, Gniew – Subkowy, Subkowy – Tczew, Tczew – Kieżmark, Kieżmark – Mikoszewo, Przekop Wisły, Świbno, Świbno – Przegalina, Sobieszewo, Sobieszewo – Górki Wschodnie, Wisła Śmiała, Ptasi Raj, Górki Zachodnie – Wisłoujście, Westerplatte), to znowu nie taki wyczyn. Logistycznie to już jednak poważny problem.
Wszystkie etapy zaczynały się i kończyły poza naszym miastem. Dojazd był kłopotliwy, a powrót jeszcze bardziej, nie mówiąc już o problemach zgrania przepraw przez Wisłę w Opaleniu, Gniewie i Mikoszowie. Ile trzeba było wykonać telefonów, ażeby upewnić się czy dana przeprawa przez Wisłę jest czynna (a telefonów komórkowych wówczas nie mieliśmy). Już podczas pierwszego etapu było kilka niespodzianek.
Spotkaliśmy się na dworcu w Pruszczu Gd. (grupa 20 harcerzy) przed godziną 7. w sobotni poranek. Pogoda zadowalająca, zwłaszcza że nie padał deszcz. Bilety mamy w garści i czekamy na przyjazd pociągu relacji Gdynia – Toruń (bez przesiadki do Kwidzyna).Wjeżdża na tor przy peronie drugim, ale co to? Pociąg przypomina puszkę konserw. Po uchyleniu drzwi na zewnątrz wystają części pasażerów, a to plecy, a to nogi. Jak tu wejść do środka. Biegamy w lewo i prawo, szukając miejsca. Niestety wszędzie jest pełno, nawet w pierwszej klasie. Co robić? Dzielimy się na kilkanaście 2-3 osobowych zespołów i próbujemy wejść do środka. Ja z konduktorem dopychamy harcerzy i zamykamy drzwi. Pociąg rusza, przed nami ponad godzinna podróż. Co przystanek wychylam się sprawdzając, ażeby któryś z naszych
za szybko nie wysiadł. Miałem nadzieję, że może w Tczewie i Malborku trochę pasażerów wysiądzie i będziemy mogli zgrupować się w jednym wagonie. A tu jeszcze dopychają się. Oj, gdyby nie te plecaki to byłoby trochę lepiej. W końcu Kwidzyn, wysiadka. Są wszyscy, ciężko było ale najważniejsze, że bez przesiadek. (Teraz o ile się orientuję to, ażeby pokonać tą trasę trzeba minimum raz lub dwa razy przesiadać się, bo mamy Regionalne, Tanie i jeszcze jakieś koleje).
Szybkim krokiem udajemy się do dawnego Polskiego Gimnazjum, Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Żeromskiego (obecnie – od 1997r patronem szkoły jest
dr Władysław Gębik, jej pierwszy dyrektor, ówczesny Przewodniczący Związku Polaków w Niemczech),ażeby obejrzeć Izbę Pamięci, gdzie zgromadzone są pamiątki po tych, co walczyli o polskość Powiśla. Te słynne obrzędowe gimnazjalne chrzciny nad brzegiem Wisły, naprzeciw polskiego Opalenia po drugiej stronie rzeki – granicy. Następnie rzut oka na zamek kapituły pomezańskiej i w dalszą drogę. Docieramy do Wisły, na przeciwnym brzegu widać zabudowania Opalenia. Okazuje się, że przeprawa promowa z uwagi na duży poziom wody jest zawieszona. Otrzymujemy też informację, że najprawdopodobniej przeprawa w Gniewie też jest zawieszona. Pozostaje nam powrót do Pruszcza koleją.
Ach te widoki i przygody na następnych etapach rajdu.
Podróż do Gniewa z przesiadką w Morzeszczynie. Co to za ciuchcia na trasie Morzeszczyn – Gniew. W połowie drogi do Subków przepiękne widoki w okolicach Białej Góry, gdzie odbija od Wisły jej odnoga Nogat. Co za nazwy wiosek, Wielkie Słońca, Małe Słońca. Gdzie tu szukać słońca, chyba że któryś z rolników tak mówi do swojej wybranki, „Ty moje Wielkie Słońce, słoneczko”. Zbytnio nie zastawialiśmy się nad etymologią tych nazw.
A ta jajecznica z 60 jaj u zootechnika Witka Sokołowskiego (w Subkowach), przedwojennego szlachcica bez ziemi, po której nikomu nie chciało się dalej iść. A przed nami jeszcze kilkanaście kilometrów, początkowo lewym brzegiem a od mostu w Knybawie prawym brzegiem Wisły aż do Lisewa Malborskiego. Jakie piękne zabytkowe mosty, drogowy i kolejowy. Nareszcie Tczew (którego zabudowania obserwowaliśmy już
od dłuższego czasu) miasto kolejarzy jak potocznie je nazywano.
A te ujścia i śluzy na Martwej Wiśle (Leniwce). Śmiała Wisła, która sama utorowała sobie drogę do Bałtyku (1840r.) nie czekając aż ktoś jej wykona przekop tak jak w Świbnie i Mikoszowie (1895r.). Niezapomniane widoki w Ptasim Raju na wyspie Sobieszewskiej. Warto było znosić te trudy wędrówek ażeby to wszystko poznać.
Czuwaj!
(ZB)
RAJD BRZEGAMI RADUNI (1981/82)
Latem gdy jest ładna pogoda, słoneczko przygrzewa to nawet najgorsza fajtłapa potrafi wybrać się na wędrówkę. Nie baczy na swój ubiór ani obuwie.
Nie, to nie dla nas, to nie dla harcerzy z 6DH im „Obrońców Wybrzeża” przy SP Nr 2 w Pruszczu Gdańskim. Dlatego też postanowiliśmy w roku harcerskim 1981/82 wędrować jesienią, zimą i wiosną. Raz w miesiącu w sobotę wybierać się będziemy na wspólną wędrówkę, poznając piękno naszej „małej ojczyzny”, piękno ziemi gdańskiej, Kaszub i Pomorza.
Zaczęliśmy od rajdu wzdłuż Raduni, „Rajdu Brzegami Raduni”. Nie tylko wędrowaliśmy, lecz przed poszczególnymi etapami rajdu zgłębialiśmy historię danej okolicy, zapoznawaliśmy się ze znajdującymi się na trasie zabytkami i współczesnymi osiągnięciami technicznymi.
Na pierwszych dwóch etapach, wzdłuż Kanału Raduni i wzdłuż starego koryta Raduni z Pruszcza Gd. do Gdańska było dużo zabytków.
Na kolejnych etapach zwiedzaliśmy elektrownie wodne posadowione na rzece Raduni. Największą w Bielkowie zwiedzaliśmy nie tylko z zewnątrz ale również wewnątrz, zapoznając się z zainstalowanymi w niej maszynami. Było tu mniej zabytków, ale za to piękne widoki. A po minięciu ostatniej elektrowni w Rutkach weszliśmy w obszar rezerwatu przyrody, „Przełom Raduni”. Coś pięknego, niezapomniane widoki, aż chciało się zostać i podziwiać, lecz nogi same niosły nas do przodu.
Na szlaku mijając turystów serdecznie się pozdrawialiśmy, przekazując również wskazówki co do przeszkód na trasie.
Przeszliśmy ponad 100km zdobywając oprócz sprawności harcerskich brązową Odznakę Turystyki Pieszej.
Zapraszamy na trasę, z kijkami lub bez, nie pożałujesz.
(ZB)
SREBNE WESELE
Lipiec 1969 roku, Zlot Chorągwiany na Biskupiej Górce. Nasz druh Stefan Szymecki (już major) pełni zaszczytną funkcję z-cy komendanta całego zlotu. Komendantką naszego podobozu Hufca Pruszcz Gd. jest dh. Helenka Ciuryło, ja jako jej oboźny prowadzam harcerzy na zajęcia.
Prowadzona jest rywalizacja sportowa, pionierki obozowej, zajęcia kulturalne a wieczorem ogniska. Na zlocie są ważni i mniej ważni, ale najważniejsi są instruktorzy, którzy urodzili się w 1944 roku. Do nich zaliczała się druhna Danusia Struczyńska. Miała tyle samo lat co PRL – czyli obchodziła jubileusz srebrnego wesela.
Piosenkę o tym jubileuszu nucili wszyscy. Jednak największą zazdrość wzbudziło w nas młodszych i tych przejrzałych instruktorach, imienne zaproszenie na Bal 25 latków, który odbywał się w gmachu Żaka i na terenie przylegającego do niego parku – 22 lipca. Stoły „szwedzkie”, koktajle owocowe i inne, żywa muzyka, jednym słowem wyżerka i zabawa do samego rana.
Znam to z opowiadania Danusi, gdyż ażeby „królowie” mogli się bawić, my szarzy harcerze i instruktorzy pilnowaliśmy porządku w podobozach i przygotowaliśmy się do zwijania zlotu.
Porządek musi być, tak jest! Druhu komendancie hm. Zbigniew Brągoszewski melduje …
(ZB)
CZARNOBYLOWE ZAMIESZANIE
Czytając swoje wspomnienia zawarte w pierwszym wydaniu „Harcerskich wspomnień”, na III Zlocie Instruktorów hufca ZHP Pruszcz Gd. Przywidz 2010 (11-13.06) wszyscy z podziwem zauważali: „ale ty masz pamięć”. Byli wśród nas jeszcze bardziej pamiętliwi, a raczej pamiętający jeszcze inne ciekawe przeżycia.
Druhna Krystyna Szulc z Pszczółek zapytała czy pamiętam jak na posiedzenie komendy hufca wtargnął funkcjonariusz milicji? No właśnie, to też ciekawe. Wróciła mi pamięć. A było to tak.
W poniedziałek 28 kwietnia 1986r. uczestniczyłem w posiedzeniu komendy hufca, którego tematem prawdopodobnie była zbliżająca się akcja letnia i majowe święta. Zaraz po pracy w Urzędzie Miejskim (pełniłem wówczas funkcję Naczelnika Miasta Pruszcz Gd.) o godz. 16:00 zjawiłem się w komendzie hufca. Atmosfera jak zwykle była rodzinna i sympatyczna. Popijamy kawę i herbatę. Miecio Puszkarz (kwatermistrz) jak zwykle siedzi na kasie. Melduje ile mamy na koncie i co można planować jeśli chodzi o finanse. Inni wspominają obozowe przeżycia. Krystyna wygłasza jakiś śmieszny monolog i zabieramy się do pracy.
Wtem pukanie do drzwi. Otwieramy, w drzwiach stoi posterunkowy, przez okno zauważam stojący radiowóz MO. Zanim minęło nasze zaskoczenie, on już melduje: „Panie Naczelniku, ma pan pilnie udać się do Urzędu Miejskiego i oczekiwać na bardzo ważną informację od Wojewody Gdańskiego”. Ledwie zdążyłem podziękować za informację, już go nie było. Co to może być za ważna informacja? – Zastanawiam się nie tylko ja, lecz jak oni mnie tu znaleźli? Nikomu przecież nie mówiłem, że tu będę. Cooo? – może mnie inwigilują? E tam, oni właściwie winni wiedzieć prawie wszystko, ale prawie to nie znaczy wszystko. Dalsza dyskusja i praca jakoś się nie klei, ten milicjant wprowadził pewne zamieszanie. Rozchodzimy się. Krystyna autobus do Pszczółek ma za jakąś godzinę, więc zaprosiłem ją do urzędu. Raźniej mi będzie czekać na tą „ważną wiadomość”.
W urzędzie wita mnie sprzątaczka, o pan Naczelnik – już do pracy? Czy ktoś może jest jeszcze w urzędzie? – pytam. Nie, nie, spokój. Ja będę jakąś godzinkę, przekazuję sprzątaczce. Ledwie zaparzyłem kawę, w pomieszczeniu dalekopisu coś ruszyło. Ta, ta, ta… trzaskają ramiona dalekopisu (nie było wówczas jeszcze faksów, telefonów komórkowych ani maili – poczty elektronicznej). Ciekawość mnie zżera, czytam literka po literce nie czekając na koniec depeszy. Co? Skażenie promieniotwórcze? Krowy z pastwisk?! Stan gotowości – alarm dla służb samoobrony! No i się zaczęło.
Tak się składa, że alarmów jako harcerz i instruktor ZHP przeżyłem sporo i dla mnie to nie nowość. Tylko nie wolno wpadać w panikę. Telefon do kierownika służby obrony cywilnej. W ciągu 30 minut melduje się w urzędzie chorąży ( w stanie spoczynku), pan Henryk. No panie Heniu, co pan tam masz odnośnie obrony radiologicznej? Co, co…? Dawaj pan wszystko co pan masz. Co to jeszcze nie rozpakowane? To dostaliśmy niedawno, jeszcze nie zdążyłem. To uruchom pan ten sprzęt i przyjdź do mnie.
„Krowy z pastwisk” – ile my mamy krów w Pruszczu? W zachodniej części miasta, pamiętam że krowy były w Technikum Ogrodniczym, ale to dawne czasy. No i jedną krowę mieli Żelaźni z Grunwaldzkiej, ale jakiś złodziej zabił im ją. (To była głośna sprawa gdyż trafiło na wielodzietną i niezbyt posażną rodzinę). Pastwiska są jeszcze we wschodniej części miasta, ale po kilku telefonach uspokajam się. W naszych warunkach jeszcze krów się nie wypasa na pastwiskach, pozostają w oborach.
Zamieszanie zrobiło się takie, że nie zauważyłem kiedy urząd opuściła druhna Krystyna i czy powiedziała mi Czuwaj, czy też Do widzenia?
Zgłasza się pan Henio, aparat nie działa – melduje. Dawaj pan instrukcję, - punkt po punkcie, a gdzie jest zasilanie? A, a… Panie Heniu, tu kasa i biegiem do kiosku po dwie baterie 4,5V. Po chwili przeprowadzamy próbę wskaźnika promieniowania radioaktywnego. Wszystko działa, ale ze wskazań wynika, że nic nam nie grozi. Pewnie ta fala radioaktywna jeszcze do nas nie dotarła, lub wiatry północno zachodnie odepchnęły ją na wschód. Ale my już jesteśmy gotowi, dyżur całodobowy w sekretariacie wyznaczony i mogę spokojnie iść spać do domu. Słońce zaszło o 19:54.
Po drodze do domu cały czas nurtowało mnie pytanie: „jak oni mnie znaleźli w tej komendzie hufca?”
PS
Dopiero następnego dnia okazało się, że całemu temu zamieszaniu winny był „Czarnobyl” – pożar IV bloku elektrowni jądrowej na Ukrainie. (26 kwietnia 1986r. dwa dni wcześniej). Okazało się, że była to największa katastrofa w historii energetyki jądrowej i jedna z największych katastrof przemysłowych XX wieku.
Tego dnia (28.06.1986r.) o godz. 7:00 stacja monitoringu radiacyjnego w Mikołajkach zarejestrowała aktywność izotopów promieniotwórczych w powietrzu ponad pół miliona razy wyższą, niż normalnie. O godz. 10:00 Centralne Laboratorium Ochrony Radiologicznej w Warszawie ogłosiło alarm. Kilka godzin później my z panem Heniem byliśmy przygotowani do monitorowania sytuacji w naszym mieście. Potem były jeszcze jakieś płyny Lugola itp.
Pan Henio jeszcze przez kilka dni straszył urzędników, biegając z wskaźnikiem radiopromieniowania, włączając od czasu do czasu sygnał alarmowy.
Był to jeden z pierwszych w PRL przypadków, kiedy władze polskie mimo początkowych oficjalnych zaprzeczeń strony radzieckiej podjęły działania wbrew ich zaleceniom, ale w interesie własnych obywateli.
Według współczesnej oceny sytuacji (Wikipedia) skażenie atmosfery nad Polską radioaktywnym jodem było znacznie poniżej progu zagrożenia.
Wszystko rozeszło się po kościach.
(ZB)
HARCERSKIE CHRZCINY
W tej harcerskiej uroczystości nadania imienia osobiście nie brałem udziału, ale jako członek społeczności harcerskiej w szkole TPD w Pruszczu Gd. (obecne ZSO Nr 1) byłem jej świadom.
Wśród starszych harcerzy jak Danuta Struczyńska, Barbara Szumiło, Jerzy Reguła kręcił się również druh Hartmund (zastępowy, przyboczny). Jego imię nikomu nie przeszkadzało, ale było trudne do zdrobnienia i brzmiało tak jakoś twardo. Rada Starszych ustaliła z druhem Hartmundem, że w trakcie składania zobowiązania instruktorskiego przyjmie on nowe harcerskie imię – Sławek. Pokłosiem tego harcerskiego chrztu była późniejsza urzędowa zmiana imienia naszego instruktora, Sławka Heske. Imię to i pewnie nie tylko spodobało się także druhnie Husiar, która została panią jego serca i wychowała z nim dwójkę pięknych panien.
Tak się złożyło, że po okresie harcerskich harców jeszcze niejednokrotnie nasze drogi krzyżowały się. Pracowaliśmy razem w Fabryce Urządzeń Okrętowych „Techmet” w Pruszczu Gd. Działaliśmy w Spółdzielni Mieszkaniowej „Radunia” gdzie był on członkiem Rady. Mieszkaliśmy przez kilkanaście lat drzwi w drzwi, na osiedlu „Sady”.
Niestety, teraz mogę Cię odwiedzić i pozdrowić harcerskim zawołaniem – Czuwaj!, będąc na Cmentarzu Komunalnym przy ul. Spokojnej w Pruszczu Gd. Wiedz Sławku, że pozostałeś w naszej harcerskiej pamięci.
Wspólnie z tymi co Cię pamiętają i z tymi co Cię znają z naszych przekazów, na zlotach instruktorskich zapalamy dla harcerskich zapaleńców, „co już odeszli”, symboliczny znicz przy ognisku, wieczornicy. W tym roku (2010) również Twój znicz będzie palił się obok znicza naszego pierwszego drużynowego, dh. Antoniego Schneidera i przybocznej Danuty Struczyńskiej.
Niestety rok rocznie tych zniczy przybywa, w zeszłym roku płonęły 32 znicze. Cześć pamięci instruktorów ZHP, którzy odeszli na wieczną wartę.
(ZB)
ZDOBYWANIE MUROWAŃCA
(Zimowisko instruktorskie w Zakopanem 27.12.64.-05.01.65)
Zaczęliśmy kolejny harcerski rok 1964/65 mając w pamięci bardzo pracowitą akcję letnią:
- Zgrupowanie obozów hufca w Stężycy,
- Kolonię zuchową w Węsiorach,
- Obóz harcerski (drużyn ze szkoły TPD w Pruszczu Gd.) w przepięknej kotlinie kłodzkiej w Międzygórzu (moje wspomnienie „Ogród Bajek i inne uroki Międzygórza),
- Obóz rowerowy na trasie Kołobrzeg – Szczecin Dąbie – Czaplinek – Pruszcz Gd. (moje wspomnienie „Cudowne dzieci dwóch pedałów”).
Wrześniowe uroczyste rozpoczęcie roku harcerskiego w drużynach, szczepach, hufcu i zaczęło się. Na horyzoncie planu widzimy już czekające nas niespodzianki i nowe przeżycia podczas planowanej akcji zimowej i letniej.
Dla wyróżniającej się kadry instruktorskiej komenda hufca organizuje zimowisko instruktorskie w Zakopanem. Oczywiście zimowisko szkoleniowo – wypoczynkowe, tzn. w dzień się szkolimy a w nocy wypoczywamy.
Drogę do Zakopanego pokonaliśmy w zarezerwowanych przedziałach pociągu. Między Krakowem a Zakopanem czekały nas jeszcze dwa halsy (zmiany kierunku jazdy, do przodu, do tyłu itd.) Nareszcie napis, tablica ZAKOPANE.
W Zakopanem – zimowej stolicy, zakwaterowaliśmy się w domach góralskich w dzielnicy Olcza. Przygotowując się do prowadzenia śródrocznych harcerskich wędrówek zaplanowaliśmy zdobycieMurowańca (wejście na Halę Gąsienicową).
Ja jestem jednym z prowadzących wyprawę .Zbieramy dostępne materiały o trasie (oj, jaka szkoda, że wówczas nie było jeszcze Internetu). Instruujemy wszystkich odnośnie wyposażenia i ubioru (ażeby ktoś marzący o czekającym nas balu sylwestrowym, nie ubrał się jak na bal). Tak przygotowani wyruszamy do Kuźnic. Tu dylemat, czy zgłosić nasze wejście na szlak, czy też nie. Zgłosić, nie zgłosić ?... rozsądek i przykład dla przyszłych organizatorów wędrówek nakazuje zgłosić, ale jak damy znać, że zeszliśmy ze szlaku gdy będziemy wracali inną drogą.(Z uwagi na mogącą zmienić się pogodę mieliśmy przygotowane kilka wariantów zdobywania Murowańca i zejścia z Hali Gąsienicowej).
Jednak zgłaszam wejście naszej grupy na niebieski szlak, podając liczbę osób, nasze miejsce zakwaterowania oraz planowany termin powrotu do bazy. Gęsiego wchodzimy na szlak – na wschód od Kuźnic. (Idziemy gęsiego lecz nie na Gęsią Szyję – moje wspomnienie „Jak to było na Gęsiej Szyi”). Wybraliśmy ten szlak (niebieski – początkowo wiedzie on nas wraz ze szlakiem zielonym) pomimo jego większej skali trudności, a nawet niebezpieczeństwa podczas załamania się (złej) pogody mając w perspektywie czekające nas piękne widoki. Pogoda jak na razie jest nam przychylna. Po 15 minutach skręcamy w prawo (pozostawiając szlak zielony), pokonujemy dość strome podejście, ścieżką brukowaną dużymi kamieniami, cały czas zwracając uwagę na stawiane stopy by nie skręcić kostki. Po to były potrzebne buty z cholewkami, chociaż „zuchy”. Po 40 minutach (z krótkim odpoczynkiem – w celu przeformowania szyku, słabsi do przodu) skręcamy bardzo ostro w lewo i osiągamy zalesiony szczyt Boczania (1224m n.p.m.). Kolejne kilkaset kroków i osiągamy (po ok. 15 minutach) szczyt Wysokie (1287m n.p.m.). Jakie to wysokie?, kiedy w koło tyle wyższych wierchów – zastanawiamy się. Jeszcze kilkanaście minut i wychodzimy z lasu i idziemy odsłoniętą granią Skupniowego Upłazu. Tutaj musimy bardzo uważać na oznakowanie szlaku, gdyż zalegający śnieg zakrył część oznakowań. Druhna Teresa Pasik swoją postawą w marszu wszystkim dodaje otuchy. Jakby chciała powiedzieć, że ta trasa to dla nas mały pikuś. Boczny wiatr nie poprawia nam jednak samopoczucia. Całe szczęście, że nie pada i jest dobra widoczność. O, naprzeciw nas jakaś młoda para turystów (ich grzeje chyba miłość?). Zaciągniemy języka, co nas jeszcze czeka. Ale oni – okazało się – idą z Doliny Jaworzynki, nie byli na Hali Gąsienicowej, wracają bo przemarzli (byli zbyt lekko ubrani).
Przekraczamy przełęcz między Kopami (1499m n.p.m.), z prawej strony dołącza do nas żółty szlak. Jeszcze 20, 30 minut Równią Królową i przed nami widok na Dolinę Gąsienicową i na Murowaniec (1500m n.p.m.). No nareszcie dłuższy odpoczynek i konsumpcja suchego prowiantu.
Schronisko niestety było nieczynne. Nie można było otrzymać wrzątku. Przed nami z prawej wyciąg krzesełkowy na Kasprowy Wierch i charakterystyczne kontury budynku Obserwatorium Meteorologicznego. W kierunku organizatorów marszu zwracają się błogie spojrzenia, zwłaszcza instruktorek z pytaniem, to już koniec? No nie, jeszcze powrót. O jej – pieszo? Może coś da się zrobić ażeby ulżyć naszym nogom. No, macie szczęście bo od niedawna (1962r) czynny jest wyciąg krzesełkowy z Hali Gąsienicowej na Kasprowy Wierch i nie będziemy musieli dalszej drogi żółtym szlakiem (nasz niebieski szlak prowadzi dalej nad Czarny Staw Gąsienicowy i na Zawrat) pokonywać pieszo (około 1,5 godziny marszu). Co za radość. A z Kasprowego kolejką linową? Tak, tak. Jesteście kochani, niech żyją nasi dzielni przewodnicy – słychać gromkie okrzyki druhen.
Obeszliśmy jeszcze dookoła budynek Murowańca podziwiając jego architekturę. Zbudowany on był w latach 1921-25 przez Polskie Towarzystwo Tatrzańskie. Po pożarze (1963r.) w 1964 roku schronisko zostało odbudowane, jeszcze było widać świeże fugi między dużymi nie obrabianymi głazami, stanowiącymi jego zewnętrzne mury. U wejścia do schroniska wmurowana jest tablica poświęcona pamięci Adama Asnyka (odsłonięta w 1930r.). Ciekawostką związaną ze schroniskiem są znajdujące się na balustradzie klatki schodowej tzw. przez górali „krzyżyki niespodziane” (znaki swastyki). Był to także ulubiony symbol Mieczysława Karłowicza.
No koniec marudzenia, zbieramy się. Każdy wyposażony w bilecik, wskakuje na krzesełko i po paru minutach zeskakuje na szczycie Kasprowego Wierchu (1987m n.p.m.).Tu już można cos kupić i do zjedzenia, picia jak i wszech obecne ciupagi (te normalne i te w formie długopisu). Jeszcze obowiązkowa kolejka (jak się okazuje nie tylko wówczas) do wagonika kolejki linowej i zjeżdżamy ok. 900m w dół. No nareszcie Kuźnice (1000m n.p.m.), wyskakiwać.
Po tych przeżyciach jeszcze wieczornica i przygotowanie do przywitania Nowego 1965 Roku podczas mającego się odbyć nazajutrz balu sylwestrowego.
Oj ta pamięć! Tyle zapamiętałem, ale z kim tańcowałem i pląsałem w sylwestrową noc nie pamiętam.
(ZB)
JELENIOGÓRSKI TEATR
Jest rok 1966, ja już studiuję, mój brat Marek jest w klasie maturalnej. Zaraz po świętach Bożego Narodzenia wyjeżdżamy na Dolny Śląsk na zimowisko instruktorskie naszego hufca i hufca Starogard Gdański.
O jakie piękne „obce” druhny. Zaprzyjaźniamy się, ja z Hanią, brat z Elą. Pobyt w takim towarzystwie musi być wspaniały. Mijają kolejne dni, pełne ciekawych zajęć i wypraw. Tu chciałbym opisać, nie tyle co nasze popołudniowe slalomy na szerokiej szufli od węgla z pobliskiego wzgórza, lecz całodzienny wypad do Szklarskiej Poręby i wizytę w teatrze jeleniogórskim. (Komendantem zimowiska był dh Stefan Szymecki – jeszcze kapitan).
Udaliśmy się zaraz po śniadaniu pociągiem do Szklarskiej Poręby. W planie mieliśmy zwiedzenie ośrodka narciarskiego a w godzinach wieczornych liznąć trochę kultury odwiedzając jeleniogórski teatr im C.K. Norwida. Pogoda była względna, od czasu do czasu wyjrzało nawet słoneczko, śniegu dużo, czasu też, a tu w Szklarskiej tylko kilka ulic. Dochodzimy do wyciągu narciarskiego, przy ulicy – oczywiście – Turystycznej. Nie ma zbyt dużej kolejki, to co? Może wjedziemy na szczyt? To będzie atrakcja, zwłaszcza że wjazd jest dwuetapowy. Mimo, że byliśmy ubrani raczej „do teatru” niż na wyprawę górską, chęci były silniejsze, a kto nam zabroni „szczytować się”.
Dolna stacja wyciągu jest na wysokości 710,8m n.p.m. I sekcja kolejki linowej „Szrenica” ma długość 1417m i wznosimy się o 174m.Siedzimy parami w dwuosobowych gondolach. Atmosfera i pogoda wyśmienita, ale, ale co to tam u góry, coś ciemnego? Wysiadamy z gondoli i przechodzimy do II sekcji kolejki linowej. Tym razem przed nami prawie taka sama długość trasy do przejazdu, bo 1341m, lecz wzniesiemy się o 429m. Górna stacja kolejki usytuowana jest na wysokości 1309,6m n.p.m. Opinam się szczelnie płaszczem, podnoszę kołnierz, na głowę zawiązuję sobie „mapę Polski” (chustkę - suwenir, którą kupiła sobie Hania. Ona ma włóczkową czapkę, a ja jestem z gołą głową). Dwuosobowe krzesełka (gondole) krążą w kółko. Hop, udało się, siedzimy. Teraz jeszcze zabezpieczyć się przed wypadnięciem i jazda w górę. Dołem szusują narciarze, czasami jesteśmy bardzo wysoko, czasami prawie nogami dotykamy czubki świerków. Co to się dzieje? W jednej chwili zrywa się wiatr, gondole zaczynają się niebezpiecznie bujać. Wokół śnieg, pada z góry, pada z boku, pada od dołu. Zaczynamy rozgrzewać się śpiewem. „Towarzystwo weteranów”, każdy zna tych panów, „Maryśka”, „Sokoły”, wyczerpuje się repertuar. „Szumi dokoła las”, nic nie widać, tylko śnieżny puch. Kolejka się zatrzymuje. Pewnie zadziałały jakieś zabezpieczenia, ale my tu jesteśmy, w górze chyba o tym wiedzą. Jechaliśmy gdzieś w środku grupy. Mija kilka albo kilkanaście minut, a tu nic. Może skoczyć w dół, ale trochę strach, co tam mamy pod nogami.
Nagle kolejka ruszyła. Nic nie widać, ktoś łapie nas za ręce i wyciąga z krzesełek. Idę na zgiętych nogach, nie mogę ich wyprostować. Nie wiem gdzie jestem, pewnie na szczycie, o jakie przyjemne uderzenie ciepła. Ktoś wepchnął mnie do budynku schroniska. No nareszcie coś widać, gwar niesamowity, wszyscy otrzepują się i rozgrzewają.
Dostaję herbatę z „duchem”, powoli zaczynamy się poznawać. Cała nasza grupa jest w komplecie. Spodnie, buty mokre a tu trzeba jeszcze wrócić. A co będzie jak pogoda się nie poprawi? Jakiś miejscowy pesymista czy też żartowniś mówi, że trzeba będzie nocować. A my mamy jeszcze teatr!
W schronisku nie byli przygotowani na tak duże zapotrzebowanie obiadowe, ale herbatę dostaliśmy gratis. A na coś konkretnego będziemy musieli poczekać aż się poprawi pogoda i zjedziemy te prawie 600m w dół. Szczęśliwi jesteśmy, że nie musieliśmy wisieć na trasie, a z tego co słyszę groziło to nam, bo procedury bezpieczeństwa nakazywały bezwzględnie wstrzymać ruch kolejki. Nasi „pierwsi” walczyli o nas, o tych z tyłu jak lwy. (W tym miejscu jeszcze raz im bardzo dziękuję w imieniu własnym i w imieniu tych co byli za mną). Po jakichś 2 godzinach wrócił humor, poprawiła się pogoda i widoczność. Szybko, szybko na dół, może w dół da się szybciej, nic z tego. Nareszcie – Turystyczna 25 i ciepły posiłek w knajpie. (Mielony, nie mielony, byle ciepły).
Gdy usiedliśmy na balkonie jeleniogórskiego teatru od razu usnęliśmy. Obudziły nas oklaski. Dobrze, że nikt nie chrapał. Po 22-giej zameldowaliśmy się w naszej bazie w Wojcieszowie.
Może ktoś mi przypomni, na jakiej to sztuce byliśmy?
ZB
P.S. Druhna Hania (Jędrzejczyk) niestety już nie żyje. Byłem na jej pogrzebie, leży na cmentarzu w Starogardzie Gdańskim, zaś druhna Ela (córka dyrektora PKS O/Starogard Gd.)
zaraz po szkole wyjechała do Niemiec.
OBÓZ Z KORZENIOPLASTYKIEM
(Sobieszewo Orle 1971r.)
Ważnym elementem obozów harcerskich jest umiejętność tworzenia totemów przy wykorzystywaniu naturalnych materiałów, niejednokrotnie dziwów przyrody. Po odpowiednim ich połączeniu lub wyeksponowaniu można osiągnąć wspaniały efekt.
Chcąc w tej dziedzinie osiągnąć jak najlepsze efekty zaangażowany został na dwa turnusy obozu hufca w Sobieszewie Orlu (lipiec i sierpień 1971r.) zawodowy rzeźbiarz – korzenioplastyk (nazwiska i imienia nie pomnę).
Po oficjalnym otwarciu obozu w codziennym rozkładzie dnia był zarezerwowany czas na zbieranie dziwnych korzeni i gałęzi, z których pod kierunkiem zaprzyjaźnionego z harcerzami rzeźbiarza młodzież wykonywała przepiękne totemy. Wśród wykonanych totemów najwięcej było podobizn zwierząt. Przy użyciu piły (lisi ogon), świdra, dłutek, noży, kołków i kleju stworzony został szpaler totemów, od bramy obozowej do placu apelowego. Wystrugane jelenie, żyrafy, słonie, konie, psy, koty, krasnale i leśne ludki witały wszystkich gości przybywających do obozu.
Nasz korzenioplastyk nauczył nas patrzeć na kawałek zwykłego kija czy też korzenia. Obracając go w lewo, prawo i dookoła próbowaliśmy zmusić naszą wyobraźnię, ażeby wydobyć z niego to co w tym surowym korzeniu, pieńku było „zaklęte”. Później należało już tylko dorobić brakujące elementy (z innych kawałków drewna), czasami coś podrzeźbić i już mogliśmy z dumą patrzeć na nasze dzieło.
W niedziele odwiedzin rodzice harcerzy z podziwem oglądali te nasze ZOO, wystrój tablicy rozkazów oraz dekoracje przed namiotami. Nam instruktorom ten kilkudniowy kurs też przyniósł dużo umiejętności i satysfakcji.
Do dzisiaj w mojej altance na przydomowej działce wisi przepiękna głowa jelenia z porożem, którą wykonałem prawie 40 lat temu.
Zachęcam Was do szukania tych cudów, które zaklęte są w zdawałoby się nikomu niepotrzebnych korzeniach i odpadach drewna.
(ZB)
P.S.
Na drugim turnusie dh Edward Pietek (Komendant Zgrupowania) jeszcze bardziej powiększył tę naszą kolekcję drewnianych dziwów tak, że musiał z nimi wyjść poza teren obozu.
„NAPOLEON” W PRUSZCZU GDAŃSKIM
Od kilku lat obserwuję zainteresowanie młodzieży historią a raczej jej militarnym odłamem. Spotkałem grupy rycerskie z okresu cesarstwa rzymskiego (ostatnio jeden taki oddział zaprezentował swój ordynek i zwyczaje podczas „nocy muzeów” na placu obok zabytkowego kościoła p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego – maj 2010).
Grupy rycerstwa średniowiecznego prześcigają się w rodzaju uzbrojenia i ubioru (Kasztelania Gdańska, której członkami jest kilkunastu młodych pruszczan i pruszczanek brała udział w 600 rocznicy bitwy pod Grunwaldem – lipiec 2010).
Podczas Dni Pruszcza i nie tylko obserwować mogliśmy musztrę paradną oddziału wojsk napoleońskich (12 Pułku Xsięstwa Warszawskiego) ubranych w przepiękne, kolorowe mundury ze stylowymi plecaczkami na barkach.
O innych bardziej współczesnych grupach historyczno rekonstruktorskich nie wspomnę.
My harcerze i instruktorzy wkładając swoje uniformy (o wiele tańsze, a mające również 100 letnią tradycję) możemy też wspaniale się jednoczyć we wspólnej zabawie.
Nawiązując do więzów Pruszcza nie tylko z Rzymską Faktorią lecz do śladów Marszałka Lefebvre´a i Cesarza Napoleona na naszej pruszczańskiej ziemi, przypomniała mi się chwila powitania współczesnego „Napoleona” na wojskowym lotnisku w Pruszczu Gd.
Miało to miejsce 09 września 1967r. W godzinach popołudniowych przed naszym hufcowym barakiem (naprzeciwko Pogotowia Ratunkowego) zebrała się drużyna sztandarowa hufca. Wszyscy jak malowani, mundurki wyprasowane, spodnie w kant, rogatywki na bakier. O druhnach nie wspomnę, one szczególnie wystroiły się na powitanie „żabojadów”, jak to wówczas popularnie nazywano francuzów. Ach te wystające loki spod beretów, te podkolanóweczki … Co ja tam będę mówił, przecież wiecie, że polskie to najpiękniejsze są dziewczyny. My dumnie prężyliśmy przy nich swoje torsy. Całością dowodził osobiście druh komendant Teodor Cejrowski. Z uwagi na podniosłość uroczystości powitania do pocztu sztandarowego wyznaczeni zostali instruktorzy. Mi przypadł zaszczyt niesienia sztandaru.
Pruszcz żył przylotem głowy państwa francuskiego od kilkunastu dni. To, że będzie lądował w Pruszczu Gd. na naszym, wojskowym lotnisku, bo tylko ono jest przystosowane do przyjmowania tak dużych samolotów napawało nas dumą. Ale sama duma to za mało, były jeszcze inne materialne korzyści. Cała trasa przejazdu gen. Charles´a de Gaulle była odnawiana. Ulice Powstańców Warszawy i Chopina (wówczas wybrukowane „koci łbami”) dostały nowe krawężniki i gładki dywanik asfaltowy (czyżby francuska limuzyna nie była odporna na te nasze „kocie łby”?). Wszystkie strychy domów przy trasie były obowiązkowo posprzątane a okna w dachach i wykuszach zabite gwoździami. W naszym domu też. (Mieszkałem wówczas przy ul. Chopina 10, obecny nr 22, na pierwszym piętrze – zabytkowy budynek mieszkalny z XIX w.). A cała droga z Pruszcza do Gdańska wystrzyżona na kancik (trawników nie trzeba było malować, ale krawężniki i płoty oraz elewacje tak). Całość przypominała mi dekorację do jakiegoś filmu.
Na płytę lotniska dotarliśmy przed godz. 14-tą. Delegacje ze szkół i zakładów pracy oraz kompania reprezentacyjna wraz z orkiestrą wojskową już były na placu. Co chwila sprawdzaliśmy szyk, czy równo stoimy. Podjeżdżały i odjeżdżały samochody z lokalnymi dostojnikami. Dał się też zauważyć charakterystyczny „cylinder – czapka” francuskiego żandarma (chyba z konsulatu francuskiego). Mija jedna godzina, mija druga godzina, mija trzecia godzina a tu nic. Generała ani widu ani słychu. Chciałoby się krzyknąć, „Gdzie jest generał ?”, to jednak film z innej bajki, ale my stoimy jakbyśmy byli Jonaszami.
No, nareszcie słyszymy okrzyk jest, jest, orkiestra rozpoczyna marsza generalskiego. Milicjanci biegają w lewo, w prawo. Stop, stop – fałszywy alarm.
Zaczyna kropić. Po kolejnym fałszywym alarmie i kilku taktach muzyki czekamy cierpliwie dalej, zastanawiając się ile może trwać lot z Paryża do Pruszcza. Czy aby na pewno już wylecieli? Dobrze, że tylko mży a nie leje.
No, wreszcie ląduje samolot. Generał (wysoki chłop + czapka) wyróżnia się w witanej grupie i ten charakterystyczny nos. Odegrany zostaje hymn francuski i polski, poczty sztandarowe na baczność i już kolumna samochodów znika za bramą lotniska. Kolumna przemknęła ulicami Pruszcza nie zwalniając nawet na przejeździe kolejowym. Zatrzymała się dopiero w Sopocie pod Grand Hotelem gdzie w apartamencie prezydenckim rozlokował się francuski gość. My rozchodzimy się do domów.
Dalszy przebieg wizyty de Gaulle´a znam z opisów prasowych. Dowiedziałem się, że ze wzruszeniem przyjechał do miasta, które odwiedził w 1920r. jako francuski żołnierz.
W niedzielę pożegnanie już nie było z taką pompą. Bynajmniej nasz sztandar wisiał w gablocie, a drużyna sztandarowa była na wędrówce.
Czuwaj „Napoleonie”!
(ZB)
PS (ZB) Stojąc na płycie lotniska nudziliśmy się jak norki, nogi stawały się sztywne, lecz oczy były rozbiegane. O, energicznie maszeruje milicjant z pruszczańskiej komendy. Ale co to? Czyżby się tak bardzo śpieszył na obstawę uroczystości, że w ciemno zakładał skarpetki, jedna niebieska druga czerwona, a przy tym przykrótkie spodnie. Zaraz, zaraz, czyżby to tak miało być regulaminowo przy witaniu francuskiego gościa? (niebieski i czerwony to barwy francuskiej flagi, ale gdzie biały?). Czy ktoś to również zauważył?
(ZB) Po powrocie do domu nie zastałem mamy. Siostra poinformowała mnie, że już dawno jacyś dwaj panowie po cywilnemu (przedstawili się, że są z milicji) poprosili ażeby mama udała się z nimi na posterunek celem wyjaśnienia jakiegoś zajścia. Udałem się zaraz na komisariat przy ul. Witta Stwosza. Wchodzę do środka, patrzę że w poczekalni siedzi mama, sama. Pytam się, co jest? O co chodzi?. Odpowiada, że nie wie. Coś miała wyjaśnić, wzięli ją na świadka, ale jak trzy godziny temu ją tu zostawili, to już nikt się nie zgłosił. Próbowałem sprawę wyjaśnić u dyżurnego lecz ten niby nic nie wiedział, i że właściwie to możemy iść do domu. Później gdy próbowałem to wyjaśnić okazało się, że mama pracując w sklepie RTV „Społem” przy ul. Chopina (obecnie sklep ze szkłem) podczas luźnych rozmów w sklepie na temat mającej się odbyć wizyty gen. de Gaulle´a wyraziła się, że ona tego całego de Gaulle´a ma w d…. Uczynny kierownik sklepu (ksywka Hefajstos) doniósł o tym fakcie gdzie trzeba. Stąd profilaktyczne zatrzymanie „nieprzyjaciela francuskiego prezydenta”, którym okazała się moja mama Stefa.
To były czasy.
(ZB)
Gdy (07.09.2010) prezentowałem to wspomnienie druhowi Markowi Morawskiemu on stwierdził, że też wówczas był na płycie lotniska (jako nie zrzeszony).
Z całej wizyty to najbardziej utkwiło mu w pamięci lanie jakie oberwał od ojca. A było to tak.
Jako 10-cio letni szkrab przez dziurę w płocie dostał się na teren lotniska mimo, że wartownik próbował go złapać i przepędzić. Pogoda była dżdżysta, on z kluczem na szyi pochłonięty tą tajemniczością wyprawy na lotnisko zapomniał, że nikt nie dostanie się do domu bo on ma klucz. Gdy wrócił do domu po czterech godzinach, zmoczony ojciec przypomniał mu o kluczu. To „napoleońskie” a raczej „de Gaulle´owskie” lanie ma w pamięci do dziś.
SIERPIEŃ 1980 R
Gdy oglądałem w telewizji uroczystości na krakowskich błoniach z okazji 100 rocznicy harcerstwa (sierpień 2010r.) i koncert z okazji 30-lecia Solidarności (21.08.2010.) naszły mnie wspomnienia z tamtych lat.
Jest sierpień 1980 roku, jestem pracownikiem Fabryki Urządzeń Okrętowych „Techmet” w Pruszczu Gdańskim, należę do kierownictwa zakładu. Działam społecznie w harcerstwie (hufiec Pruszcz Gdański). Nie należę do solidarności, jestem od 1967 roku członkiem branżowych związków zawodowych (nie wiem ja to się stało – chyba z automatu, składki potrącają mi też automatycznie przy pensji).
Zakład nasz przystępuje do Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego (MKS). Wszyscy robotnicy, pracownicy umysłowi wraz z kierownictwem firmy solidarnie okupujemy zakład. Zabezpieczamy majątek firmy (maszyny, hale, magazyny…) przed ewentualną próbą prowokacyjnego jego zniszczenia, gdyż dochodzą nas informacje z MKS-u o próbach prowokacji w stoczniach i innych zakładach.
Ja jako instruktor harcerski mogłem ten całodobowy, ciągły pobyt na terenie zakładu potraktować jako biwak, obóz szkoleniowy. Starałem się go jakoś poukładać, zaplanować (pobudka, toaleta, śniadanie, czytanie dokumentów, rozmowy w grupach, obiad, spacer, czytanie, dziennik TVP, kolacja, nocna warta itd. itd., na koniec na materac dmuchany- nie na styropian).
W dzień wyznaczeni przez Komitet Strajkowy przedstawiciele załogi stoją przy wejściu na zakład blokując możliwość wejścia i wyjścia. (Bramy wjazdowe zamknięte i udekorowane flagami narodowymi). Tylko nieliczni mogą opuszczać zakład. Nocą pełnimy wartę na wyznaczonych odcinkach wokół ogrodzenia zakładu. Ja również po kilka godzin w nocy ochraniałem zakładowy płot betonowy od strony wału Raduni (za pomieszczeniami magazynu głównego, w którym przebywał i zabezpieczał go pan Jerzy Wojnicz).
Każdy ze strajkujących przebywał na terenie zakładu w obrębie swojego miejsca pracy. Ja przebywałem w pokoju na drugim piętrze (pierwszy na prawo od głównych schodów, prawie naprzeciw sekretariatu), przeglądając dokumenty firmowe, czytając plany rozwoju zakładu, ale wolnego czasu miałem aż nadto. Wspólne posiłki na stołówce, oglądanie DTV, oraz spotkania informacyjne z łącznikami którzy przyjeżdżali z MKS-u to były główne atrakcje w tej monotonnej robotniczej rewolcie. (Utkwiło mi w pamięci jedno ze spotkań, gdy swoje odczucia z pobytu w sali BHP przedstawiał nasz delegat, pan Dziwisz-młodszy).
Ażeby urozmaicić sobie czas pobytu na terenie zakładu, zacząłem przepisywać gazety codzienne (które udawało mi się zdobyć) alfabetem Morse´a. Każdą wolną chwilę wykorzystywałem do ćwiczenia harcerskiej metody porozumiewania się.
Kropka, kreska, koniec… i tak dalej.
Puk, puk-puk, koniec… i tak dalej.
Ti, ta-ta, koniec… i tak dalej.
Ćwiczyłem alfabet Morse´a dochodząc po kilku dniach do perfekcji. Może mi się kiedyś przydać, nie tylko do zabawy z harcerzami, myślałem gdy członkowie Zakładowego Komitetu Strajkowego poprzez radiowęzeł instruowali jak postępować na wypadek wejścia do kraju obcych wojsk interwencyjnych. (Przekręcanie znaków drogowych, udzielanie błędnych informacji, itp.). Całe szczęście, że nie doszło do tego, a rozsądek władzy zaowocował podpisaniem porozumień i mogliśmy normalnie nadal pracować dla dobra swoich rodzin i ojczyzny.
Druhny i druhowie, ćwiczenie czyni mistrza, więc ćwiczcie przez całe życie, a Wasze dokonania wpiszą się na dalsze karty 100 letniej historii harcerstwa polskiego.
Czuwaj!
(ZB)
CICHY BOHATER
W sierpniowy poranek (2010r.) śpieszę się na kolejkę SKM w Pruszczu Gd. ażeby dojechać do pracy.(Dojazd samochodem przez te korki na obwodnicy i na Trakcie Św. Wojciecha to istna makabra). Przekraczając kanał Raduni przez mostek obok Urzędu Miejskiego (były gmach Komitetu Powiatowego PZPR, w którym czasowo miały swoją siedzibę Komenda Hufca ZHP oraz Biblioteka Pedagogiczna) zauważam klepsydrę z wydrukowanym nazwiskiem Śmietański. Zaraz, zaraz, jeszcze raz spoglądam na ten skrawek papieru i staram się czytać ze zrozumieniem. „Zmarł 22.08.2010r. w wieku 98 lat, Bernard Śmietański.” Tak, tak, to musi być on, słynny pruszczański opiekun zieleńców, komunalny ogrodnik. Któż ze starszych mieszkańców naszego grodu go nie pamięta. Można go było codziennie spotkać albo samego lub z 1-2 osobową brygadą ogrodników dbających o miejską zieleń. Strzygł trawniki, sadził kwiatki, docinał żywopłoty i tak w kółko przez cztery pory roku. Będąc na emeryturze też nie mógł się rozstać ze swoimi zieleńcami. Zdolność kojarzenia odpowiednich kolorów, kompozycji zieleni na tle krajobrazu musiała odziedziczyć po nim jego córka Renata, która ukończyła Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych w Gdańsku (obecnie -Akademia Sztuk Pięknych, absolwentka pruszczańskiego liceum).
Idąc tak dalej ścieżką w kierunku dworca, przecinając ulice Kossaka, Waląga, i Witta Stwosza nachodziły mnie myśli o cichych, skromnych bohaterach naszego miasta. Ilu ich przewinęło się na przestrzeni ostatniego półwiecza.
Chociażby niezapomniany ks. prałat Józef Waląg (dziekan), to jego walka o dusze podopiecznych, została doceniona przez mieszkańców Pruszcza Gd., którzy w podzięce za to jego imieniem nazwali główny deptak w mieście.
Rysiu Piekarski – 45 lat w służbie administracyjnej, który jako zwykły referent zabezpieczał pierwsze ogólnopolskie wybory w Pruszczu Gd. trzymając posterunek przy siedzibie Miejskiej Komisji Wyborczej. (Budynek po byłym kinie Krakus, wówczas budynek starostwa i urzędu miejskiego był dopiero w planach). Na zasłużoną emeryturę przeszedł przekazując piastowane stanowisko Sekretarza Urzędu Miasta swojej podopiecznej, pani Halince.
Józefa Krośnicka – ambasador naszego miasta, opiewająca historię i piękno Pruszcza Gd. i regionu w swoich książkach.
Leon Charyton – główny przedsiębiorca. To tylko u niego w Zakładzie Gospodarki Komunalnej i w Cukrowni były dwa miejskie środki lokomocji ciągane przez „gniadego” i „karego”. (Pierwsza siedziba ZGK była przy ul. Stalina 10, obecnie ul. Chopina 22). Ach, te niezapomniane wyjazdy na ogólno miejskie pikniki i grzybobrania. Kto to pamięta?
Pierwsi miejscy urzędnicy pan Władysław Pawelec i mieszkający obok niego przy ulicy Witta Stwosza pan Rogalski.
Mijam stadion, a iluż sportowców przewinęło się przez tę bieżnię i murawę? Pani Jadwiga Marko (J. Marko-Książek), siatkarka, absolwentka naszego liceum (1957r.) – brała udział w olimpiadzie w Tokio (1964) i Meksyku (1968) dwukrotnie zdobywając brązowy medal. (Mieszkała z rodzicami przy ul. Dworcowej, jej ojciec był zawiadowcą stacji w Pruszczu Gd.)
Edward Jurkiewicz, koszykarz z ulicy Chopina, reprezentant Polski, uczestnik Igrzysk Olimpijskich w Meksyku (1968). Dłoń miał tak dużą, że gdy witałem się z nim nie mogłem zgiąć palców, a piłkę do kosza trzymał tak jak my normalni śmiertelnicy piłeczkę palantową.
Władysław Komar (olimpijczyk-Tokio 1964r., Meksyk 1968r.,Monachium 1972r. – złoty medal, kulomiot, skoczek wzwyż, dziesięcioboista), który ukończył liceum wieczorowe w Pruszczu Gd.
Zbigniew Czyż, „bramkarz dziesięciolecia” pruszczańskich piłkarzy (Czarni Pruszcz).
Pływacy skaczący z trampoliny i wygrywający zawody na odkrytym basenie obok Raduni, Mazurek, Gorwa i Pelc.
Miłośnik kolarstwa, pan Gaweł (pracownik ZIM-u, późniejszego PRIMU a ostatnio przemianowanego na Primex), który do śmierci nie rozstał się ze swoją kolarzówką.
Ryszard Wysocki, nauczyciel wf-u w Liceum Ogólnokształcącym, budowniczy pruszczańskiej potęgi w ciężarach.
Zygmunt Patyna, opiekun sportowców i zapalony działacz młodzieżowy, Związku Młodzieży Wiejskiej (były dyrektor MOSiR-u)
A jak tu nie wspomnieć o ulubionych pedagogach, profesorze śp. Stanisławie Piotrowskim (organizatorze szkolnictwa w Pruszczu Gd. sierpień-wrzesień 1945r. szkoła przy ul. Wojska Polskiego, obecne ZS Nr 2) , profesorach Stanisławie Buckim, Jerzym Bruzdewiczu, pani profesor Elżbiecie Karaczko.
Dochodzę do dworca PKP (który mnie witał w 1956 roku gdy tu po raz pierwszy przyjechałem z rodzicami), wsiadam do SKM i do pracy.
Ale, ale, z prawej stary nieczynny przejazd kolejowy. (Stała wymówka dla uczniów, którzy spóźniali się do szkoły, „panie profesorze przetaczali buraki i szlaban był zamknięty”). Dalej park przy ul. Westerplatte, który sadziliśmy ze śp. Władysławem Wosiem.
O ilu cichych bohaterach nie wspomniałem, a było i jest ich jeszcze wielu, którzy swoją codzienną pracą starają się jak najlepiej mogą służyć swojemu miastu, swojej małej Ojczyźnie i krajowi.
Czuwaj druhu Teodorze Cejrowski! (długoletni komendant hufca ZHP)
Czuwaj druhu Albinie Machnikowski! (instruktor harcerski, długoletni inspektor oświaty w powiecie gdańskim)
Czuwaj druhny i druhowie!
(ZB)
PS. W niedzielę 26.08.2010r. ks. prałat Stanisław Łada poinformował uczestniczących we mszy świętej parafian o tym, że odszedł od nas (cichy bohater) Bernard Śmietański.
INSTRUKTORZY HUFCA ZHP PRUSZCZ GDAŃSKI
.
Tłustym drukiem zapisano komendantów hufca.
INSTRUKRORZY HUFCA ZHP PRUSZCZ GDAŃSKI
CI, CO ODESZLI NA WIECZNĄ WARTĘ
Drogi CZYTELNIKU,
jeśli czytając nasze wspomnienia
zapragniesz też zostać harcerskim instruktorem
to się bardzo cieszymy i witamy w naszej
harcerskiej rodzinie.
Edward Pietek e-mail:
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
tel. kom. 693-701594
Zbigniew Brągoszewki e-mail:
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
DOŁĄCZ DO NAS tel. kom. 502-076939 |
Zgłoś nadużycie
TOP UŻYTKOWNICY
TOP HISTORIE
TAGI


Komentarze
Harcerstwo to najmilsze chwile, najwspanialsze przeżycia. Moje Harcerstwo przeżywałam w Lublinie, w Szczepie "Młody Las im. dh hm Maryli Arciszewskiej". Moja Komendantka zmarła niespełna rok temu. Mam do przekazania dużo wspomnien; jeśli mozna [?] to przekażę. Bardzo chciałabym. Nie potrafiłam zrozumiec dlaczego darzę tak wielką sympatią /bardziej niż innych/ Ulkę Niklas? Otóż, Uleńka jest też z Lublina! Moje serce wyczuło bliską mu Osobę. Czuwaj! Serdecznie pozdrawiam.