KOMENTARZE
  • Cegielski urodził się w Ławkach koło Trzemeszna a nie w Gnieźnie Więcej ...

  • Przeczytałam Wasze -Kochane Druhny i Druhowie -wspomnienia. Przy wielu wzru... Więcej ...

  • fajna ta remiza Więcej ...

  • Jestem bylą mieszkanką Wiśliny ,i bardzo się cieszę ,że mogłam poznać histo... Więcej ...

  • Bardzo ciekawy pomysł na opisanie życia brygidek. I myślę, że potrzebny. Sa... Więcej ...

  • W Poznaniu znajduje się StuG IV ,Panzer IV został wykopany w tym roku w kwi... Więcej ...

  • super Więcej ...

Dziadek-pradziadek "Cz. 2 - czas międzywojenny"
PDF Drukuj
Wpisany przez Łuki   
wtorek, 02 lutego 2010 09:31

Po Traktacie Ryskim sowieci po prostu otworzyli bramę łagru i jednego dnia wyrzucili wszystkich Polaków „na wolność”. Nie przetrwały w opowieściach rodzinnych szczegóły miejsc, w których pradziadek mojego syna przebywał. Był młody, cieszył się, że przeżył i jedyne o czym myślał, to wrócić do domu.  Podróż przez Rosję wciąż ogarniętą rewolucją, nie był prosta – szczególnie, kiedy nie ma się pieniędzy ani zapasów żywności. Pociągi jeżdżą jak chcą, jeżeli w ogóle jeżdżą. Pozostaje każda okazja transportu, własne nogi i możliwość pochwycenia się byle jakiej pracy – choćby za jedzenie. Rosjan wspominał dobrze. Zwykli ludzie, zgnębieni rewolucją i nędzą, nie byli wrogo nastawienia do włóczęgi. Pewnie większość nie wiedziała co to Polska i język polski. Na ludziach przyzwyczajonych do mieszaniny narodów i kultur obszarpany jeniec nie robił większego wrażenia. Zwykle dostawał pracę w gospodarstwach rolnych, za dach nad głową, wyżywienie i trochę wałówki na dalszą drogę. Miał okazję poznawać inne kultury i zwyczaje. W jednej z wsi dalekowschodnich poczęstowany herbatą odstawiał pustą filiżankę na stół po czym gospodarze z niezmiennym uśmiechem napełniali ją ponownie. I tak kilkanaście razy, bez skutku próbując wyjaśnić, że już więcej nie może. Nie chciał gospodarzy urazić, więc pił bezradny walcząc z bólem własnych kiszek. Wreszcie ktoś siedzący obok dopił swoją cherbatę i odstawił filiżankę do góry dnem. 

Dzięki sporadycznym połączeniom kolejowym miał szansę skracać sobie drogę dosiadając się do zatłoczonych wagonów pełnych migrujących ludzi. Najważniejsze było jechać na zachód. Nie ważne gdzie, ważne, żeby chociaż kilkaset kilometrów, z nadzieją, że w innym mieście znajdzie się inne, przypadkowe połączenie – często dopiero po kilku miesiącach. Dzięki temu zwiedził Ermitaż w St. Petersburgu i widział słynne schody w Odessie nie wiedząc, że wkrótce przejdą do światowej historii kinematografii. Niewykształcony, biedny chłopak z podłódzkiej wsi miał okazje zetknąć się z najwyższą forma kultury i odebrać porządną edukację praktyczną z zakresu geografii Azji i Europy Wschodniej.

Jego prawnuk w tym wieku, być może będzie zwiedzał inne kraje jako student stypendysta, a może podejmie studia poza Polską. Gruntownie wykształcony, obyty z innymi kulturami i religiami dzięki wyjazdom turystycznym i naturalnym dostępie do wszech otaczającej, choćby nawet popularnej wiedzy, nie wpadnie w pułapkę zwyczajów herbacianych. Będzie przyglądał się innymi z ciekawością człowieka otwartego na świat - w porządnym ubraniu turysty, ze spokojnym dystansem człowieka naturalnie poszerzającego swoje horyzonty.  

 Po kilku latach Stefan wrócił na swoją wieś, ale już inny, z inną perspektywą, może innymi pomysłami na życie. Jego młodszy o dwa lata brat, który uniknął służby wojskowej powiedział mu, że buduje się port, polski port, gdzieś koło Gdańska. Każdy wziął swoja krowę z ojcowizny, sprzedał i ruszyli na północ. Pierwszą pracę znaleźli przy budowie torów kolejowych z Gdyni do COP-u. Odebrali przy okazji pierwszą lekcję robotniczego fachu. Brygadzista, widzący młodych, ambitnych chłopaków sypiących ziemię pod pokłady z zacięciem chłopa i tracących w oczach siły wziął ich na stronę i pokazał „zawodowców”. Spokojnie, rytmicznie machających łopatami. Tak, żeby się nie zmachać – w równym tempie. Nauczyli się systematyczności i zaczęli odkładać każdy grosz. Ich pierwszą inwestycją był barak, który postawili w „kartonowej Chylonii”. Podzielili go na kilka części i wynajmowali: jedną nożownikowi, drugą prostytutce. Najemcy płacili uczciwie i terminowo, bo fach mieli dobry i poszukiwany w tym czasie na rynku młodego, budującego się miasta. Dzięki temu właściciele baraku mogli zacząć rozglądać się za wynajęciem pomieszczeń na swój pierwszy sklep. Znaleźli nieduże pomieszczenia – najważniejsze, że było wejście od ulicy i dwa pokoje zaplecza. Od frontu obsługiwali klientów handlując czym się dało: najlepiej wódką i produktami spożywczymi. Na zapleczu urządzili pokój dzienny z sypialnią w jednym pomieszczeniu, a w drugim pokój bilardowy. Zaczęli wieść życie wyemancypowanych kawalerów. Z tej części historii nie wiele przetrwało w opowiadaniach rodzinnych przekazywanych przez prababcię mojego syna. Może nie pamiętała, a może nie wiele wiedziała, bo pewnie mąż nie bardzo chciał się chwalić urokami życia kawalerskiego. Z czasem bracia otworzyli drugi sklep i ściągnęli do Gdyni swoją młodszą siostrę. Obydwaj przekroczyli trzydziestkę, jako kupcy byli już ustabilizowani, mieli pieniądze. Nadszedł czas na założenie rodziny.

Jego prawnuk w tym wieku być może będzie prowadził własną, międzynarodową firmę. Zawód programisty wymaga  stałego kontaktu z nowościami, ciągłego dokształcania i siłą rzeczy jest ponadnarodowy. Dobre studia i duże szanse na dobrze płatną pracę pozwolą mu szybko się usamodzielnić i myśleć o własnej rodzinie. Jeśli pasja pracy nie pochłonie go zbytnio, będzie miał w tym wieku dzieci. Może zbuduje już dom, niekoniecznie w Gdyni i nie koniecznie w Polsce.

Pradziadek mojego syna poznał młodą Kaszubkę. Rocznik 1913. Okoliczności ich poznania są nie znane. Zachowały się jedynie zdjęcia na pustej ulicy świętojańskiej, z jednym samochodem migającym gdzieś w dalekiej perspektywie. Jakaś fotka  młodej kobiety na plaży, weseli ludzie na Kamiennej Górze, pradziadek z kolegą przy poczcie w Gdyni. Kilka migawek, resztki wrażeń z fotografii i wspomnień o czasach szczęścia i dostatku. Kto pamiętał, że stary Żyd, oszukał go przy zakupie garnituru? Naciągał z tyłu, kiedy pradziadek oglądał jak leży z przodu, a potem naciągnął przód, kiedy odwrócił się, żeby zobaczyć jak leży z tyłu. Po założeniu w domu, garnitur wyglądał jak ze starszego brata i do niczego się nie nadawał. Mimo wszystko Żydzi pełnili ważną rolę w handlu – mieli sklepy zamknięte w sobotę i otwarte w niedziele, Polacy odwrotnie. Dzięki temu, można było robić zakupy siedem dni w tygodniu. Naturalny symbioza gospodarcza, bez awantur związkowców w sieciach sklepowych i specjalnych ustaw weekendowych.

W 1938 roku pradziadek wziął ślub. Młodzi planowali kupić samochód – citroena 7CV.  Oglądali już nawet kilka modeli.  I wtedy coś się zaczęło psuć. Najpierw prababcia mojego syna nie została wpuszczona do żydowskiego sklepu. Jak mówiła, przed sklepem stał harcerz z długim nożem i kazał jej iść zrobić zakupy u Polaka. Żyjąc w błogiej nieświadomości nie odróżniała ONR-owaca od harcerza, nie znała pojęcia antysemityzmu. Czasem się na Żydów narzekało, ale tak jak narzekało się na Niemca czy sąsiada Polaka. Niemców znali zresztą wielu. Dla Kaszubki, język niemiecki był drugim językiem po języku polskim. Chodziła do niemieckiej szkoły, miała przyjaciół Niemców z dzieciństwa. Spotykali się razem, przyjaźnili, a jak przy dzieciach rozmawiali na „dorosłe tematy” i nie chcieli, żeby je rozumiały przechodzili na niemiecki. Wszyscy byli kilkujęzyczni.      

link do cz. 3

budowa portu w Gdyni


Google Map
ContentMap by Turismo.eu

DOŁĄCZ DO NAS
 

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież


Zgłoś nadużycie