JoomlaStats Activation
- Ąśram - wakacje z medytacją.
- Jesienna Poezja - sardyński likier z jagód
- Parowozy dymiące historią.
- Exploseum. Wybuchowa historia Bydgoszczy.
- Będomin Batalia Napoleońska 2011
- Jeep safari
- Mój pierwszy raz w Turcji
- Jachcice. Historia pewnej dzielnicy.
- O człowieku, który umiał obserwować.Tiziano Terzani.
- Osama bin Laden prywatnie. (cz.2)
- Osama Bin Laden prywatnie. (cz.1)
- Kanaryjskie szaleństwo
- Ściąga. Hiszpania ? Portugalia w 12 dni (cz.2)
- Ściąga. Hiszpania - Portugalia w 12 dni (cz.1)
- Święta głowa i nieczysta stopa. Niezwyczajne zwyczaje.
- Cegielski urodził się w Ławkach koło Trzemeszna a nie w Gnieźnie Więcej ...
- Przeczytałam Wasze -Kochane Druhny i Druhowie -wspomnienia. Przy wielu wzru... Więcej ...
- fajna ta remiza Więcej ...
- Jestem bylą mieszkanką Wiśliny ,i bardzo się cieszę ,że mogłam poznać histo... Więcej ...
- Bardzo ciekawy pomysł na opisanie życia brygidek. I myślę, że potrzebny. Sa... Więcej ...
- W Poznaniu znajduje się StuG IV ,Panzer IV został wykopany w tym roku w kwi... Więcej ...
- super Więcej ...
| Wpisany przez hexenhof |
| środa, 07 kwietnia 2010 23:35 |
|
Suchość w ustach i zapach strawionego alkoholu – dochodzący gdzieś z boku, natrętnie wwiercający się w nozdrza – były pierwszymi wrażeniami, jakie dotarły do mnie po nieznośnie bolesnym przebudzeniu. Otwierając powoli oczy, zdążyłem uchwycić ciężki wzrok korpulentnej pani, która uprzednio otwierając demonstracyjnie balkon, odświętnie ubrana, zmierzała właśnie do wyjścia. Przez chwilę kontemplowałem nieznaną mi bliżej, świecącą mosiądzem lampę. Zakupioną zapewne w niedalekim Rzemieślniczym Domu Towarowym. Potem zacząłem szukać źródła smrodu. Zajęło mi to tylko chwilę. Cuchnącą krynicą była zupełnie naga dziewoja, która – sobie tylko znanym sposobem, znalazła się jakoś tuż obok mnie. Całkowicie dobudzony i lekko spanikowany spojrzałem nieco niżej. Uff – byłem w spodniach. Czego nie można było powiedzieć o moim koledze z klasy. Leżącym w kałuży czegoś, dokładnie w naszych nogach. Uwolniłem się z pod stosu zwłok i przez otwarty przez starszą panią balkon, wyłoniłem się na świeże powietrze. Wciągnąłem je w płuca, zanim z podartej paczki udało mi się wydłubać ostatniego, pomiętego Caro. Było ciepło, może nie bardzo gorąco. Świeciło piękne słońce a z głośników oddalonego o kilkaset metrów kościoła dochodziły mnie kolejne fragmenty najświętszej liturgii. Nie dałem rady. Wróciłem do mieszkania, poszukując śladów naszego gospodarza. Nie było to trudne, bo mieszkanie miało tylko trzy pokoje. W pierwszym zalegały zwłoki. Drugi należał do starszej pani, która w obawie przed własnym synem, zamykała go na klucz. Drzwi były całe. Co za tym idzie - tam być go nie mogło. Pozostał trzeci. Dochodził z niego nieludzki charkot, zmieszany z nieokreśloną wonią. Potu i padliny. Bingo! To właśnie tu leżał właściciel mieszkania. Wielki facet, 130 kilogramów wagi, gwizdał przez sen. Dzwięk ten podchwytywał leżący u jego stóp, równie wielki bokser. Pies działał jak zepsuty wzmacniacz, zamieniając gwizd w nieokreślony charkot. Wielki facet i wielki pies. Gwizd i charkot. Ślina. Smród i padlina. Otworzyłem okno i wystawiłem przez nie głowę. Przez chwilę kontemplowałem panią w fartuchu w kropki, która na trzecim piętrze sąsiedniego, szarego 10 – piętrowca, postanowiła umyć właśnie okno od kuchni. Zawsze mi się podobała. Szkoda że miała aż 30 lat i nie chciała na mnie zwrócić uwagi. Ale – miała prawo. Ja kończyłem właśnie 17 – cie. Wszystko co miłe nie trwa wiecznie. Niezwykle wciągające misterium niedzielnego mycia okna przerwał brutalnie męski wrzask, dobiegający z „mojego” bloku. To łysy stoczniowiec ryczał na swojego sąsiada, który w czasie kiedy ja kontemplowałem grochy, malował zieloną olejną swoją starą Skodę. Raz – Dwa. Raz – Dwa. Raz – Dwa. Zamaszyste ruchy ławkowcem zmieniały nie do poznania odrapaną wytwornicę spalin. W takim razie – po co te wrzaski? Rzut oka na rejestrację i wszystko jasne. Ten z dołu pomylił samochody. Jego klamot stał parę metrów dalej. Zielony ławkowiec zmieniał zaś doczesność własności łysego z VII piętra. Afera. Po chwili znudził mi się samotny byt wśród kilkunastu trupów. Próbowałem dobudzić gospodarza. Na próżno. Tylko spasiony kundel wypadł z interferencji i zamiast charkotu, zaczął generować powarkiwania. Warczał na mnie. Co było robić. Odpaliłem stojące na meblościance radio „Trubadur”. Miałem szczęście. Akurat leciało „Z malowanej skrzyni” . Jakaś ludowa artystka wyciągała ciągle ten sam refren, brzdąkając przy tym na rozstrojonej bałałajce. Pies stulił uszy i zaczął skamleć. Ja zaś rozkręciłem radio na cały regulator i wyniosłem się na balkon. Po pół godziny z pokoju rozległ się głośny trzask. Radio zaczęło milknąć, uciszane wielką jak bochen chleba, dłonią właściciela mieszkania. Pies ze skowytem uciekł do kuchni, budząc po drodze do życia leżące na jego drodze zwłoki. -Dzień dobry tu mówi Warszawa. Jest niedziela , 4 Czerwca 1989 roku, samo południe.- To było ostatnie zdanie, jakie dobiegło mnie, z katowanegona śmierć „Trubadura”. Właśnie rodziła się Wolna Polska DOŁĄCZ DO NAS |
Zgłoś nadużycie

