|
To będzie kolejna relacja z wyprawy do Tunezji. A właściwie z kilku wypraw, bo byłem w tym kraju parę razy i poznałem go dość dobrze. Nie chcę jednak skupiać się na urokach krajobrazu czy architektury. Nie mniej ciekawe jest życie codzienne ze szczególnym uwzględnieniem relacji obywatel-państwo lub obcokrajowiec kontra rozmaite instytucje.
Od razu trzeba powiedzieć, że swoistą enklawą w tej materii jest wyspa Dżerba. Zaludniona nie tylko przez turystów z Europy, ale i emerytów oraz przedstawicieli wolnych profesji, głównie z Francji. Tam pewne zasady są przestrzegane mniej rygorystycznie.
Ojciec prezydent
Tunezyjczycy kochają swojego prezydenta. I chyba jest to uczucie szczere. Obywatele nauczyli się uwielbiać pierwszego prezydenta niepodległej Tunezji, Habiba Burghibę, a teraz uwielbiają jego następcę, Zin al-Abidin Ben Alego. Ten pierwszy wprowadził rządy silnej ręki, odrzucając islamski ortodoksyjny charakter państwa. Burghiba dbał o swobody obywatelskie, ale w zamian domagał się swoistego kultu jednostki. Obecny prezydent prowadzi podobną politykę, a opozycja sprzyjająca ortodoksom i terrorystom siedzi w więzieniach. W wyborach powszechnych kilka lat temu Ben Ali uzyskał niemal stuprocentowe poparcie. Wierzę, że to poparcie autentyczne, a wybory nie były sfałszowane.
Świadectwem na to może być pewna Polka, którą spotkaliśmy w stolicy kraju, Tunisie. Kobieta mieszka w Tunezji 20 lat i niechętnie wypowiada się na tematy polityczne. Ale powiedziała, że zawsze będzie głosować na obecnego prezydenta, bo ten gwarantował prawa obywatelskie dla kobiet.
Próbowałem porozmawiać z nią o zamachu na synagogę do jakiego doszło w 2002 roku na Dżerbie. W ataku al-kaidy zginęło 21 osób. I cóż usłyszałem od osiadłej w Tunezji Polki? Że to były niegroźne zamieszki. O ofiarach ani słowa.
Dlaczego? Tunezyjczycy boją się władzy. Bo choć o tym niemal w ogóle się nie mówi, to jednak jest to państwo policyjne. Obywatele ? prawie w całości muzułmanie, nie mogą modlić się na ulicy, wszak to państwo islamskie typu tureckiego - świeckie, ale o polityce i władzy też mówić głośno nie można. Jednym zdaniem - masz prawa, z których możesz korzystać, ale władzy nie podskakuj.
Portrety prezydenta są obecne w wielu miejscach. W wielu punktach kręcą się patrole policji. Uzbrojeni policjanci strzegą posterunków (jakby było czego), nie wolno fotografować pałacu prezydenckiego (ale on tak pięknie komponuje się jako tło ruin Kartaginy...), dziennikarze są szczegółowo przepytywani na lotniskach, w jakim celu przyjechali i w jakiej redakcji pracują (jeśli w deklaracji wizowej nieopatrznie przyznają się do wykonywanej profesji), prasa tylko chwali władzę, nigdy zaś jej nie krytykuje.
Zaprawdę, dziwaczna aksamitna dyktatura.
Hotelowa przygoda
W tamtejszych hotelach, jak w wielu innych krajach żyjących z turystyki, obowiązuje zakaz wnoszenia do pokoju napojów oraz innych produktów, które można kupić w hotelu. Oczywiście można kupić znacznie drożej. Nigdy tego zakazu nie przestrzegam, za to zawsze podczas wyjazdów do Afryki używam wody butelkowanej. Na ogół wnoszę kontrabandę w plecaku. I raz chciałem zrobić podobny manewr, tyle że się zapomniałem. Kupiłem w sklepie zgrzewkę dwulitrowych butelek wody po 300 milimów za flaszkę (1 dinar ? 1000 milimów) i umieściłem kilka z nich w plecaku, w ręku została mi jedna. Kiedy zbliżałem się do bramy hotelowej zatrzymał mnie ochroniarz (tam przed każdym hotelem urzęduje taki cieć) i łamaną angielszczyzną zwrócił mi uwagę, że wodę musze albo wypić, albo zostawić na zewnątrz. Postawiłem flaszkę na chodniku przed nim i skierowałem się do hotelu. Tymczasem cieć pobiegł co sił w nogach do recepcji i zaalarmował obsługę. Zostałem zatrzymany, a wezwany na miejsce menedżer hotelu zażądał pokazania mu zawartości plecaka, w którym jak słusznie podejrzewał była reszta butelek. Wywiązała się piekielna awantura w językach angielskim i francuskim. Oburzony krzyczałem, że to mój plecak, ze nie dam się zrewidować, że jak chce to mogę przez tydzień siedzieć w recepcji i tak dalej i tak dalej. Menedżer w końcu zaproponował kompromis. Ja mu oddam flaszki z plecaka, a on codziennie będzie mi oddawał po jednej. Obawiając się, że są gotowi wezwać na miejsce policję (a tamtejsza policja raczej się nie certoli z przestępcami takimi jak ja), poszedłem na ten układ. W ciągu następnych kilku dni odzyskałem 3 z 6 zarekwirowanych flaszek. Resztę odpuściłem, bo miałem już nowy zapas przemyconej do hotelu wody. W końcu nikt tam bez powodu do plecaków nie zaglądał. Mnie zrewidowano, bo ujawniłem się niosąc butelkę w ręku. Było to w hotelu Le Prince w mieście Nabeul. Woda w hotelowym barze kosztuje tam 2 dinary, czyli kilkaset procent więcej niż w sklepie.
Okiem obserwatora
Tunezja się rozwija. Rozbudowuje się. Za kilka lat pod Tunisem powstanie ogromne, nowoczesne lotnisko. Ale równocześnie powstają wciąż nowe budynki, przybudówki, poddasza, dostawki, szopy itp. Tam nikt nie potrzebuje pozwoleń na budowę, a każdy na budowie domów się zna. Albo tak mu się wydaje. W efekcie architektura przedmieść przypomina miejscami brazylijskie fawele. Szczęśliwie katastrof budowlanych jakoś brak. Albo przynajmniej oficjalne media o nich nie informują, a nieoficjalne po prostu nie istnieją.
Ciekawostką, na która zwróciłem uwagę jest fakt, że tamtejsza kawa w kawiarniach jest ohydna. Po prostu słona. A wydawać by się mogło, że w końcu to napój arabski. Tunezyjczycy innego smaku kawy nie znają i są z tej swojej bardzo dumni. Kilka razy musiałem kłamać w kawiarniach, że kawa smakuje mi wybornie.
W czasie ?święta barana? ? Kurban Bajram (przez dwa dni wszystko jest nieczynne, nawet otwartą aptekę trudno znaleźć), zarzynane są tysiące sztuk tych sympatycznych zwierząt. Potem, bezpośrednio na ulicach odbywa się barbeque. Głowy i kopyta baranie opieka się nad ogniem. Można je jeść od razu lub wrzucić do garnka z wywarem na zupę. Jeśli ktoś lubi smak spalenizny - polecam. Reszta zwierzęcia spożywana jest szczęśliwie w rodzinnym gronie.
Niestety, Tunezyjczycy uważają, że turyści są chodzącymi bankomatami. Chcą zarabiać na każdym i przy każdej okazji. Naciągają na cenach towarów i usług. Warto się targować, ale efekty nie zawsze są zadawalające. Proszą o drobne datki przy byle okazjach ? wskazanie drogi na przykład. Za to taksówki są bardzo tanie, ale cenę trzeba ustalić zanim wsiądzie się do auta.
Czy warto jechać do Tunezji? Oczywiście! Ale koniecznie trzeba pojeździć po tym kraju, korzystając na przykład z wycieczek fakultatywnych na Saharę, do Tunisu, Kartaginy, albo lokalną komunikacją autobusową itp. itd. Nie polecam wypożyczania samochodu na własną rękę. Oni tam jeżdżą jak dzicy, a przy stłuczkach, o które nietrudno, wypożyczalnia naciągnie nieświadomego Europejczyka na grube pieniądze za zniszczoną, a nieubezpieczoną szybę czy oponę.
DOŁĄCZ DO NAS 
|
Komentarze